27.08.2024, 21:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.08.2024, 21:31 przez Brenna Longbottom.)
Niechęć Brenny do Stanleya oscylowała jeszcze na bardzo umiarkowanym poziomie.
Nie ufała mu – bo dziadek i ojciec kazali nie ufać Borginom, i wiedziała, że ma to coś wspólnego z Crawleyami. Pełną historię miała poznać dopiero za kilka tygodni. Nikt nie groził Dorze na korytarzach kliniki, a dwudziestodwuletnia Brenna nie była na tyle przewidująca, aby choćby przeczuwać nadejście wojny i śmierciożerców. Później miała wspominać to jako jeden z lepszych okresów swojego życia, i była przepełniona energią oraz entuzjazmem, które wkładała zarówno w obowiązki służbowe, jak i wtrącanie się w życie krewnych i przyjaciół, a na jej głowie niewiele było zmartwień – może poza tym, co czasem widywała w kręgu widmowidza, ale po co za wiele o tym myśleć, skoro można skupić się na codzienności?
Stanley był więc po prostu kuzynem Anthony’ego i kimś, na kogo trzeba uważać. Musiało minąć trochę czasu, ale w pełni odwzajemniła płomień jego uczuć, na zawsze zaplątując pomiędzy nimi sznur zapiekłej niechęci.
Poprawiła bombki na niewielkim drzewu, ustawionym w kącie biura, wsunęła pierniczki do szuflad tych nieszczęśników, którzy tego dnia albo już byli w biurze, albo niedługo wrócą do niego z patroli, tak by osłonić im życie, a potem nucąc pod nosem kolędę uzupełniała swoje raporty i sprawdzała ostatni raport brata, tak na wszelki wypadek. Uniosła głowę znad papierów na moment, gdy Smitha i Johnsona posłano na Horyzontalną, ale ani trochę nie przejęła się, że zostali w biurze sami z Borginem. Trochę może żałowała, że tego Yule nie może spędzić z rodziną, ale zjedli razem świąteczne śniadanie, a prezenty czekały już rankiem przy łóżkach, więc nic nie szkodzi, że opuściła kolację.
– Jasne! – rzuciła tylko, i porwała płaszcz, kiedy okazało się, że muszą coś razem sprawdzić, i tak oto Longbottom oraz Borgin, ruszyli we dwoje w ciemną, grudniową noc.
*
Wiele, bardzo wiele ją kosztowało, aby nijak nie skomentować tego, że no trochę bił żonę, ale był bardzo miły i jeszcze tak smacznie piekł! W duchu Brenna zgrzytała zębami, ale jakoś powstrzymała gniewne słowa, cisnące się na usta i zdołała nawet utrzymać neutralny wyraz twarzy.
– Jak długo jest spokój? – spytała jeszcze tylko, nim kobieta znikła w pobliskiej bramie.
– Tak od dziesięciu minut cisza, ale wcześniej to tylko krzyki, i to łiii łeee, aż głowa pękała, inni sąsiedzi też na pewno słyszeli – zapewniła. I ledwo moment po tym, jak odeszła, na piętrze poruszyła się firanka: najwyraźniej kobieta postanowiła śledzić, co się dzieje.
– Cóż, może wykorzystał Yule na stworzenie arcydzieła sztuki cukierniczej i go poniósł entuzjazm. Ale może jest też absolutnym psychopatą i ostrzegał żonę, że będzie ją dalej lał – odpowiedziała, i gdy świadek znikł, przez jej twarz przebiegł nieładny grymas. Też sięgnęła po różdżkę, ale nie użyła jej od razu. Najpierw spróbowała zajrzeć do środka przez okna, ale w ciemnościach nic nie dało się dostrzec, przyjrzała się drzwiom i wreszcie w nie uderzyła, ot zgodnie z procedurami. Wyważać drzwi mogli dopiero po tym, jak grzecznie w nie zapukają.
– Panie Brunonie?! – zawołała, na wszelki wypadek ustawiając tarczę, bo kto wie, czy nie zechcą traktować Brygadzistów zaklęciami na dzień dobry. – Brygada Uderzeniowa! Otrzymaliśmy zawiadomienie. Proszę otworzyć, inaczej będziemy zmuszeni wejść do lokalu przy użyciu siły.
Nie ufała mu – bo dziadek i ojciec kazali nie ufać Borginom, i wiedziała, że ma to coś wspólnego z Crawleyami. Pełną historię miała poznać dopiero za kilka tygodni. Nikt nie groził Dorze na korytarzach kliniki, a dwudziestodwuletnia Brenna nie była na tyle przewidująca, aby choćby przeczuwać nadejście wojny i śmierciożerców. Później miała wspominać to jako jeden z lepszych okresów swojego życia, i była przepełniona energią oraz entuzjazmem, które wkładała zarówno w obowiązki służbowe, jak i wtrącanie się w życie krewnych i przyjaciół, a na jej głowie niewiele było zmartwień – może poza tym, co czasem widywała w kręgu widmowidza, ale po co za wiele o tym myśleć, skoro można skupić się na codzienności?
Stanley był więc po prostu kuzynem Anthony’ego i kimś, na kogo trzeba uważać. Musiało minąć trochę czasu, ale w pełni odwzajemniła płomień jego uczuć, na zawsze zaplątując pomiędzy nimi sznur zapiekłej niechęci.
Poprawiła bombki na niewielkim drzewu, ustawionym w kącie biura, wsunęła pierniczki do szuflad tych nieszczęśników, którzy tego dnia albo już byli w biurze, albo niedługo wrócą do niego z patroli, tak by osłonić im życie, a potem nucąc pod nosem kolędę uzupełniała swoje raporty i sprawdzała ostatni raport brata, tak na wszelki wypadek. Uniosła głowę znad papierów na moment, gdy Smitha i Johnsona posłano na Horyzontalną, ale ani trochę nie przejęła się, że zostali w biurze sami z Borginem. Trochę może żałowała, że tego Yule nie może spędzić z rodziną, ale zjedli razem świąteczne śniadanie, a prezenty czekały już rankiem przy łóżkach, więc nic nie szkodzi, że opuściła kolację.
– Jasne! – rzuciła tylko, i porwała płaszcz, kiedy okazało się, że muszą coś razem sprawdzić, i tak oto Longbottom oraz Borgin, ruszyli we dwoje w ciemną, grudniową noc.
*
Wiele, bardzo wiele ją kosztowało, aby nijak nie skomentować tego, że no trochę bił żonę, ale był bardzo miły i jeszcze tak smacznie piekł! W duchu Brenna zgrzytała zębami, ale jakoś powstrzymała gniewne słowa, cisnące się na usta i zdołała nawet utrzymać neutralny wyraz twarzy.
– Jak długo jest spokój? – spytała jeszcze tylko, nim kobieta znikła w pobliskiej bramie.
– Tak od dziesięciu minut cisza, ale wcześniej to tylko krzyki, i to łiii łeee, aż głowa pękała, inni sąsiedzi też na pewno słyszeli – zapewniła. I ledwo moment po tym, jak odeszła, na piętrze poruszyła się firanka: najwyraźniej kobieta postanowiła śledzić, co się dzieje.
– Cóż, może wykorzystał Yule na stworzenie arcydzieła sztuki cukierniczej i go poniósł entuzjazm. Ale może jest też absolutnym psychopatą i ostrzegał żonę, że będzie ją dalej lał – odpowiedziała, i gdy świadek znikł, przez jej twarz przebiegł nieładny grymas. Też sięgnęła po różdżkę, ale nie użyła jej od razu. Najpierw spróbowała zajrzeć do środka przez okna, ale w ciemnościach nic nie dało się dostrzec, przyjrzała się drzwiom i wreszcie w nie uderzyła, ot zgodnie z procedurami. Wyważać drzwi mogli dopiero po tym, jak grzecznie w nie zapukają.
– Panie Brunonie?! – zawołała, na wszelki wypadek ustawiając tarczę, bo kto wie, czy nie zechcą traktować Brygadzistów zaklęciami na dzień dobry. – Brygada Uderzeniowa! Otrzymaliśmy zawiadomienie. Proszę otworzyć, inaczej będziemy zmuszeni wejść do lokalu przy użyciu siły.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.