28.08.2024, 09:29 ✶
Nie zaskoczyło ją to, jak wyglądał pokój Morpheusa.
Przesunęła spojrzeniem po liściach, po atlasach, ale znała go, i za długo pracowała w Brygadzie, aby nie złożyć podstawowych faktów. Zobaczył liść w wizji, może jako symbol, i chciał się upewnić, że dobrze go rozpoznał, bo różne drzewa miały różne znaczenie, może gdzieś w tle i próbował na podstawie tego, jak wyglądał, oznaczyć czas lub miejsce.
– Mam poprosić Dorę albo Norę o pomoc? – spytała, przechodząc przez pokój w stronę wskazanego jej fotela. Przyjęła filiżankę i upiła trochę kawy: dwa łyki zaledwie, by pobudzić umysł, zmusić go do lepszej współpracy. Nie chciała wypijać całej, przynajmniej na razie. Mogło zdarzyć się tak, że słowa Morpheusa poderwą ją z miejsca i będzie musiała wybiec gdzieś, wcześniej udając w drzwi niektórych domowników, wątpiła jednak, by było to nagłe wezwanie. Ściągnąłby kogoś innego albo przyszedł do niej do Ministerstwa. A czy tego chciała, czy nie, musiała przespać te trzy czy cztery godziny, nawet jeśli sen zdawał się marnotrawstwem czasu. Brenna wcale nie była tak beztroska, by zakładać, że ktokolwiek może obywać się bez snu dłużej niż dwie czy trzy noce, i wcale nie chciała uzależniać się od eliksirów pobudzających.
Przypatrywała się Morpheusowi ciemnymi oczyma, w dłoniach ściskając filiżankę. Nie pytała: nie wiedziała, jakie pytanie byłoby właściwe, a przecież wezwał ją tutaj po to, by opowiedzieć o tym, co zobaczył i usłyszał. Bywały chwile, gdy mówiła, mówiła i mówiła, ale teraz czekała aż wuj znajdzie właściwe słowa i sam zechce podjąć opowieść.
Myślała o Beltane: o tym, że były przed nim różne, drobne znaki. Kradzież u Shafiqów, zniknięcie Arabelli Bulstrode, sny prześladujące jasnowidzów, pełne ognia i śmierci. I że ostatecznie nic im to wszystko nie dało, ani Zakonowi, ani Ministerstwu, bo ten pierwszy nie zrozumiał, co oznaczają, a to drugie zlekceważyło zagrożenie. I zastanawiała się, czy to, cokolwiek widział wuj, zostało mu zesłane, by mógł zobaczyć więcej, czy może tylko po to, by dodatkowo go pogłębić, bo i tak niczego nie mógł i nie mogli zmienić.
Przesunęła spojrzeniem po liściach, po atlasach, ale znała go, i za długo pracowała w Brygadzie, aby nie złożyć podstawowych faktów. Zobaczył liść w wizji, może jako symbol, i chciał się upewnić, że dobrze go rozpoznał, bo różne drzewa miały różne znaczenie, może gdzieś w tle i próbował na podstawie tego, jak wyglądał, oznaczyć czas lub miejsce.
– Mam poprosić Dorę albo Norę o pomoc? – spytała, przechodząc przez pokój w stronę wskazanego jej fotela. Przyjęła filiżankę i upiła trochę kawy: dwa łyki zaledwie, by pobudzić umysł, zmusić go do lepszej współpracy. Nie chciała wypijać całej, przynajmniej na razie. Mogło zdarzyć się tak, że słowa Morpheusa poderwą ją z miejsca i będzie musiała wybiec gdzieś, wcześniej udając w drzwi niektórych domowników, wątpiła jednak, by było to nagłe wezwanie. Ściągnąłby kogoś innego albo przyszedł do niej do Ministerstwa. A czy tego chciała, czy nie, musiała przespać te trzy czy cztery godziny, nawet jeśli sen zdawał się marnotrawstwem czasu. Brenna wcale nie była tak beztroska, by zakładać, że ktokolwiek może obywać się bez snu dłużej niż dwie czy trzy noce, i wcale nie chciała uzależniać się od eliksirów pobudzających.
Przypatrywała się Morpheusowi ciemnymi oczyma, w dłoniach ściskając filiżankę. Nie pytała: nie wiedziała, jakie pytanie byłoby właściwe, a przecież wezwał ją tutaj po to, by opowiedzieć o tym, co zobaczył i usłyszał. Bywały chwile, gdy mówiła, mówiła i mówiła, ale teraz czekała aż wuj znajdzie właściwe słowa i sam zechce podjąć opowieść.
Myślała o Beltane: o tym, że były przed nim różne, drobne znaki. Kradzież u Shafiqów, zniknięcie Arabelli Bulstrode, sny prześladujące jasnowidzów, pełne ognia i śmierci. I że ostatecznie nic im to wszystko nie dało, ani Zakonowi, ani Ministerstwu, bo ten pierwszy nie zrozumiał, co oznaczają, a to drugie zlekceważyło zagrożenie. I zastanawiała się, czy to, cokolwiek widział wuj, zostało mu zesłane, by mógł zobaczyć więcej, czy może tylko po to, by dodatkowo go pogłębić, bo i tak niczego nie mógł i nie mogli zmienić.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.