28.08.2024, 16:03 ✶
Jej matka poniekąd sprawiła, że odnaleźli w dorosłości wspólny język. Pani Greengrass bardzo ale to bardzo chciała wydać swoje dzieci za mąż, chociaż nawet nie ukrywała się z tym, że to na Roselyn jej najbardziej zależało. Na kawalerstwo przybranego syna patrzyła z ukosa, lecz doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jeżeli tylko by chciał: chłopak mógłby mieć prawie każdą pannę z dobrego, czystokrwistego domu. Pracował w Mungu, miał aparycję, a na dodatek nie był głupi. Jedyną wadą był - w jej opinii - pracoholizm. Zupełnie tak, jakby nie akceptowała faktu, że praca w Mungu nie była pracą od do konkretnych godzin.
Roselyn nierzadko narzekała na swoją matkę, a raczej na jej coraz śmielsze zapędy, by wydać ją za mąż. I chociaż Thomas Greengrass robił wszystko, byle tylko opóźnić ożenek swojego oczka w głowie, swojej Różyczki, to i mu powoli kończyły się pomysły. Thomas chciał, żeby Rose była kimś znanym w naukowym świecie. Kobieta podzielała jego wizję - wizję, w której nie było miejsca na mężczyznę, dziecko i rodzinę. Nie widziała siebie w dużym domu, w otoczeniu skrzatów, niańczącą kolejne pokolenie. Nie mówiła nie, ale to nie był na to czas. Miała jeszcze bardzo dużo czasu na dzieci, a nigdy nie ukrywała, że w tej chwili planuje skupiać się na karierze. Podobnie jak jej brat.
Greengrassówna wygładziła materiał luźnej, cienkiej spódnicy, idealnie przewiewnej na tę pogodę. Nie była za gruba czy za cienka: była po prostu idealna, podobnie jak luźna bluzka, którą niedbale wetknęła za gumkę spódnicy. Lubiła się nosić w ten sposób, gdy było ciepło. Opinające ciało ubrania sprawiały, że szybciej się pociła, a Rose nienawidziła się pocić. Nie lubiła wody - nawet tej, którą wydzielało jej ciało. Dlatego też starała się nawet nie płakać, chociaż gdy tylko zamknięto Knieję z końcem wiosny, nie mogła powstrzymać kilku łez. Spadły po policzku, gdy tylko zorientowała się, że to koniec samotnych wycieczek po lesie.
Gdy tylko Roise dołączył do niej i bez słowa położył na stoliku gazetę, przechyliła dzbanek nad jego filiżanką. Miała urokliwy wzór w pasteloworóżowe kwiaty, które - o ironio - nie były różami. Greengrassowie chyba bardzo je lubili, skoro aż dwójka ich dzieciaków nosiła wariacje nazwy tej rośliny.
- Myślisz, że naprawdę dołączyliby coś rzadkiego do tego... Tej gazety? - odezwała się z uśmiechem, nie kryjąc ani rozbawienia, ani ulgi, która wymalowała się na jej twarzy. Przecież brat zawsze mógł nie przyjść: wystarczyło, że coś poważnego zatrzymałoby go w szpitalu. Ona doskonale rozumiała, jak trudna była praca w Mungu i jak wiele wymagała wyrzeczeń. Uzdrowiciele mieli powołanie, którego nie mogli zignorować. Byli na każde skinienie poważnego wypadku, bo tak im nakazywało sumienie. U Ambroise było coś jeszcze: ambicja. Odłożywszy dzbanek na tackę, Rose ostrożnie podniosła fiolkę z nasionkiem. Przyjrzała mu się pod światło.- Nie znam. To jakaś egzotyczna przyprawa?
Cmoknęła niby z zamieszaniem, niby z rozbawieniem. Kącik jej ust drgnął - domyśliła się, że widać po niej było niewyspanie, stąd ten przytyk. Na kolejną uwagę nie mogła już zareagować inaczej, niż wesołym prychnięciem.
- Tak jak wtedy, gdy byliśmy młodsi, i próbowaliśmy trafić do swoich ust czekoladowymi fasolkami? - nieznacznie potrząsnęła fiolką, by nasionko obiło się o przezroczyste ścianki. - To żaden okaz kolekcjonerski, chociaż ma trochę nieregularny kształt. Wiesz co ja myślę? Że to odpadek od jakiegoś zielarza, który dostali półdarmo, i próbują naciągnąć naiwniaków.
Odłożyła fiolkę, kręcąc jednocześnie głową. To nie było możliwe, by tak tani i kiepski magazyn dołączał coś rzadkiego dla swoich klientów. Mimo to wiedziała już, że nawet jeśli wyrośnie z tego pospolita roślina, to ona i tak zasadzi nasiono, żeby się upewnić.
- Przyganiał kocioł różdżce, a sam smoli - zauważyła, przekrzywiając odrobinę głowę. Co za bezczelność: kto jak kto ale on w tej materii nie powinien jej pouczać, przecież sam pracował grubo ponad swoje siły. Wyraz jej twarzy jednak sugerował, że absolutnie nie miała mu tego za złe. Wiedziała, że się martwi i doceniała to, z każdym dniem coraz mocniej. - Obiecuję, że dzisiaj pójdę wcześniej spać. Ale musiałam w tym tygodniu trochę przycisnąć. Wiesz, w związku z t a j e m n i c ą.
Zniżyła głos do szeptu, posyłając bratu wesołe mrugnięcie. Jakby to, co robiła, było co najmniej nielegalne. A było nie dość, że całkowicie legalne, to na dodatek mogło pomóc wielu osobom! Roselyn była podekscytowana, chociaż z całej siły starała się to ukryć.
Roselyn nierzadko narzekała na swoją matkę, a raczej na jej coraz śmielsze zapędy, by wydać ją za mąż. I chociaż Thomas Greengrass robił wszystko, byle tylko opóźnić ożenek swojego oczka w głowie, swojej Różyczki, to i mu powoli kończyły się pomysły. Thomas chciał, żeby Rose była kimś znanym w naukowym świecie. Kobieta podzielała jego wizję - wizję, w której nie było miejsca na mężczyznę, dziecko i rodzinę. Nie widziała siebie w dużym domu, w otoczeniu skrzatów, niańczącą kolejne pokolenie. Nie mówiła nie, ale to nie był na to czas. Miała jeszcze bardzo dużo czasu na dzieci, a nigdy nie ukrywała, że w tej chwili planuje skupiać się na karierze. Podobnie jak jej brat.
Greengrassówna wygładziła materiał luźnej, cienkiej spódnicy, idealnie przewiewnej na tę pogodę. Nie była za gruba czy za cienka: była po prostu idealna, podobnie jak luźna bluzka, którą niedbale wetknęła za gumkę spódnicy. Lubiła się nosić w ten sposób, gdy było ciepło. Opinające ciało ubrania sprawiały, że szybciej się pociła, a Rose nienawidziła się pocić. Nie lubiła wody - nawet tej, którą wydzielało jej ciało. Dlatego też starała się nawet nie płakać, chociaż gdy tylko zamknięto Knieję z końcem wiosny, nie mogła powstrzymać kilku łez. Spadły po policzku, gdy tylko zorientowała się, że to koniec samotnych wycieczek po lesie.
Gdy tylko Roise dołączył do niej i bez słowa położył na stoliku gazetę, przechyliła dzbanek nad jego filiżanką. Miała urokliwy wzór w pasteloworóżowe kwiaty, które - o ironio - nie były różami. Greengrassowie chyba bardzo je lubili, skoro aż dwójka ich dzieciaków nosiła wariacje nazwy tej rośliny.
- Myślisz, że naprawdę dołączyliby coś rzadkiego do tego... Tej gazety? - odezwała się z uśmiechem, nie kryjąc ani rozbawienia, ani ulgi, która wymalowała się na jej twarzy. Przecież brat zawsze mógł nie przyjść: wystarczyło, że coś poważnego zatrzymałoby go w szpitalu. Ona doskonale rozumiała, jak trudna była praca w Mungu i jak wiele wymagała wyrzeczeń. Uzdrowiciele mieli powołanie, którego nie mogli zignorować. Byli na każde skinienie poważnego wypadku, bo tak im nakazywało sumienie. U Ambroise było coś jeszcze: ambicja. Odłożywszy dzbanek na tackę, Rose ostrożnie podniosła fiolkę z nasionkiem. Przyjrzała mu się pod światło.- Nie znam. To jakaś egzotyczna przyprawa?
Cmoknęła niby z zamieszaniem, niby z rozbawieniem. Kącik jej ust drgnął - domyśliła się, że widać po niej było niewyspanie, stąd ten przytyk. Na kolejną uwagę nie mogła już zareagować inaczej, niż wesołym prychnięciem.
- Tak jak wtedy, gdy byliśmy młodsi, i próbowaliśmy trafić do swoich ust czekoladowymi fasolkami? - nieznacznie potrząsnęła fiolką, by nasionko obiło się o przezroczyste ścianki. - To żaden okaz kolekcjonerski, chociaż ma trochę nieregularny kształt. Wiesz co ja myślę? Że to odpadek od jakiegoś zielarza, który dostali półdarmo, i próbują naciągnąć naiwniaków.
Odłożyła fiolkę, kręcąc jednocześnie głową. To nie było możliwe, by tak tani i kiepski magazyn dołączał coś rzadkiego dla swoich klientów. Mimo to wiedziała już, że nawet jeśli wyrośnie z tego pospolita roślina, to ona i tak zasadzi nasiono, żeby się upewnić.
- Przyganiał kocioł różdżce, a sam smoli - zauważyła, przekrzywiając odrobinę głowę. Co za bezczelność: kto jak kto ale on w tej materii nie powinien jej pouczać, przecież sam pracował grubo ponad swoje siły. Wyraz jej twarzy jednak sugerował, że absolutnie nie miała mu tego za złe. Wiedziała, że się martwi i doceniała to, z każdym dniem coraz mocniej. - Obiecuję, że dzisiaj pójdę wcześniej spać. Ale musiałam w tym tygodniu trochę przycisnąć. Wiesz, w związku z t a j e m n i c ą.
Zniżyła głos do szeptu, posyłając bratu wesołe mrugnięcie. Jakby to, co robiła, było co najmniej nielegalne. A było nie dość, że całkowicie legalne, to na dodatek mogło pomóc wielu osobom! Roselyn była podekscytowana, chociaż z całej siły starała się to ukryć.