Owszem, oboje wiedzieli, gdzie te myśli były kierowane - tam, gdzie ponure tematy codzienności skakały do gardła i przypominały o sobie z całą mocą grawitacji, żeby ściągnąć w dół i nie pozwolić unieść się na skrzydłach. Nie, to nie mogło być zabawne, nie mogło być miłe, ale potem wzrok kierował się na tak słodkie stworzenie, jak ten kot, koło którego teraz kobieta kucała, żeby móc go wziąć na ręce. Niby z kotami nie było tak jak z psami - kot nie skoczy ci do gardła i nie ugryzie ręki do stopnia, w którym będzie to niebezpieczne. Lecz jeśli chodzi o wyciąganie rąk do stworzeń, które cię nie znają, zawsze należy być uważnym. Nie chodzi nawet o krzywdę, chodzi o komfort drugiej istoty. Koty wolały być ignorowane w większości na początku. Dlaczego? Bo lubiły poznawać świat na swoich warunkach. Podejmować zbliżenie na swoich warunkach - tych najbardziej komfortowych. Nie to, żeby Laurent ignorował w pełni tego kociaka, który jeszcze dobrze nie wiedział nawet, jakie ma możliwości własnych nóg w tym uroczo-nieporadnym bieganiu, ale nie wyciągał do niego swoich rąk - po prostu obserwował tę parę w akcji. Niezwykle kochaną parę. Zamiast czarnych myśli był więc czarny kotek. Laurent na moment przysłonił dłonią usta, powstrzymując ziewanie, na jakie go brało.
- Więc sprzątanie to tylko przykrywka. - Zażartował delikatnie, bo nie wątpił wcale w to, że kobieta naprawdę sprzątała. Spoglądał na meble, blaty, wszystko rzeczywiście aż lśniło, pachniało. Lubił to - ten zapach, kiedy dom był świeży. Migotek nigdy nie dopuszczał do tego, żeby w jego domu był kurz i brud, ale mimo to jak było świeżo posprzątane to atmosfera była... inna. Co innego ogarniać podstawowe rzeczy, co innego zrobić porządki po kątach przynajmniej raz w tygodniu.
- Więc już jakąś podstawę mamy. Pierwsze wypieki za plecami. - On piekł jabłecznik, ona piekła babeczki, więc COŚ tam wiedzą... chyba nie może być to AŻ TAK trudne? Laurent nie miał pojęcia, że robienie ciasta do chleba nijak się ma do ciasta na jabłecznik czy babeczki. Każde z tych ciast było od siebie różne. - Cóóż... w eliksirach TRZEBA robić według określonej receptury, w ciastach... trzeba sprawdzać, czy ciasto ma dobrą konsystencję. - Zawahał się trochę, spoglądając na ten szczęśliwy uśmiech na twarzy kobiety. Brońcie wszyscy święci czarodzieje nie chciał grać na strunie zniechęcenia i negatywnego nastawienia, był w zasadzie pozytywnej myśli - jej się udała babeczka, jemu ciasto... z tą różnicą, że u niej babeczki robiła jej skrzatka, u niego - znajoma. Aczkolwiek dzielnie pomagał. - Poradzimy sobie. Chleb powinien wyjść doskonały. Chyba nie dodaliby do gazetu jakiegoś kiepskiego przepisu... - Rozejrzał się jakoś tak instynktownie za wspomnianą gazetą, która przecież powinna gdzieś tutaj leżeć. Tak jak już stały przygotowane składniki, zupełnie jakby rzeczywiście Victoria miała się przymierzać do tworzenia alchemii. Nigdy sam się nad tym nie zastanawiał - nad tym, jak wygląda realizacja takich przepisów i nie miał okazji porównać ich do alchemii, ale widział, jak robiła to Elaine. Z alchemią nie miał to NIC wspólnego. "Bo to się czuje". Wierzył na słowo. On sam niedowierzał temu, co się dzieje przed jego oczami. - Bardzo sympatyczny pomysł, swoją drogą. Podoba mi się. - Pochwalił ciepło i dopiero teraz, kiedy kocie oczęta na nim spoczęły to pochylił się, żeby wyciągnąć powoli palec do małego stworzenia i pozwolić mu samemu się zbliżyć, żeby go obwąchać. Victoria zaś zajęła się herbatą. Czarna kulka. Czarna kulka... Lekko się wzdrygnął i wyprostował, nerwowo zginając palce.
- Victorio... czy to byłby dla ciebie problem, gdybym poprosił, byś mnie przenocowała? Tylko tę jedną noc. Rano... rankiem i tak muszę wrócić do pracy.