W sumie nie chodziło jej o to, aby go obrazić. Mogło wydawać się inaczej, ale taki już miała styl bycia. Nieco zadziorny, jakby ciągle prosiła się o konfrontację. Wynikało to z wielu powodów, między innymi z tego, że nigdy nie była traktowana poważnie przez mężczyzn, z którymi przyszło jej pracować. Wiecznie musiała coś udowadniać, nauczyła się, że warto pyskować, warto walczyć o swoje. Chcąc nie chcąc przybierała taką postawę również poza pracą, dla niektórych mogła wydawać się nieprzyjemna, ale średnio ją to obchodziło. Najważniejsze, że najbliżsi wiedzieli jaka jest naprawdę, że kiedy przychodzi co do czego, to pod tymi wieloma warstwami można znaleźć naprawdę wrażliwą osobę, skorą pomóc im z każdym problemem.
- Nie zdawałam sobie z tego sprawy... - rzuciła cicho - że to normalne. - Dodała jeszcze. Nie miała pojęcia, jakie zasady tutaj panują. To nie był jej świat, wolała zresztą zbytnio się w to nie zagłębiać. Minimum informacji było odpowiednią ilością, którą powinna posiadać.
Zastanawiała się czy praca w szpitalu jest bardzo powtarzalna. Pewnie trochę tak, medycy mieli stałe godziny pracy, wiedziała o tym z racji na znajomość z Bulstrode. Nigdy nie myślała o tym, jak często musi pozostawać po godzinach. Gdy trafi się jakiś poważny przypadek przed końcem pracy pewnie musieli się nim zajmować dopóki nie uratują życia. Mogło to być męczące, tak samo jak nocne godziny. W sumie ona miała nienormowany czas pracy. Nigdy nie wiedziała, jak szybko uda się jej dopaść bestię, ile czasu spędzi poza domem. Często wyjeżdżała za granicę, bo klienci byli zainteresowani głownie tymi rzadziej spotykanymi komponentami, sprowadzał im je, aby rodzinny interes się kręcił. Nie myślała nigdy o tym, jakby to było, gdyby na stałe pracowała na miejscu. Powoli wręcz wydawało jej się, że nie byłaby w stanie tego zrobić, nie potrafiłaby się tak zasiedzieć. Uwielbiała poznawać nowe miejsca, ich mieszkańców, a przede wszystkim polować na te bardziej niebezpieczne potwory, które można było spotkać głównie za granicą.
- Jest to nawet pocieszające, nie sądziłam, że ktoś może być głupszy. - Na jej twarzy pierwszy raz tego wieczora pojawił się uśmiech, niewielki, ale szczery, oczy również jej błysnęły. - Ciekawe, który będzie miał do opowiedzenia bardziej interesujące opowieści, mój kuzyn też jest w tym całkiem niezły. - Może dobrze mu zrobi, jeśli będzie miał obok kogoś podobnego sobie, chociaż z tego też mogło wyniknąć coś zupełnie przeciwnego. Była ciekawa, czy zaczną się licytować w tym, kto to, czego nie zrobił. To mogło być nawet całkiem zabawne, z drugiej strony przecież nawet nie miała pewności, czy wylądują w jednej sali.
- Uwierz mi proszę, że wolałabym być teraz w środku głuszy. - Rzuciła jeszcze, bo słowo przynajmniej zabrzmiało, jakby byłoby to coś gorszego od wizyty w szpitalu. Pogoda może nie była najlepsza, jednak nie straszna jej burza. Munga lękała się zdecydowanie bardziej. Fakt, przebywanie w lesie, podczas takiego oberwania chmury z wykrwawiającym się kuzynem mogło wydawać się przerażające, jednak pomyślała raczej o samotnej wizycie w tym miejscu, w taką pogodę. Nie było w tym nic strasznego. Uwielbiała oglądać takie spektakle będąc w ich centrum. Obserwowanie siły żywiołu to coś niesamowitego.
- Ale jak sobie życzysz, nie będę dla niego surowa. - Nie zamierzała już angażować się w tę sprawę. Zajmą się tym dorośli, nie ona. Miała nadzieję, że nikt nie będzie miał do niej pretensji o to, że John znalazł się dzisiaj w szpitalu. Wiedziała, że mogą to odebrać różnie. W końcu jej nic się nie stało, a on leżał w szpitalnym łóżku nieco pokiereszowany. Czy uwierzą jej, że zdarzyło się to na jego własne życzenie? Ojciec na pewno. Gerard zawsze stawał po jej stronie, nawet gdy nie miała racji. Miała niesamowite szczęście, że tak w nią wierzył, nawet kiedy nie do końca się z nią zgadzał. Nie mogła sobie wymarzyć lepszego ojca, na całe szczęście to on był nestorem ich rodziny i to on miał zawsze ostatnie słowo. Zdawała sobie sprawę, że dalsi krewni szepczą po kątach o tym, że owinęła sobie ojca wokół palca, może było w tym trochę prawdy, nie zmieniało to jednak faktu, że wszystko robiła dla niego, aby go również uszczęśliwić. Z matką jakoś nigdy specjalnie się nie liczyła, od dziecka jej więź z ojcem była zdecydowanie silniejsza.
- A, i jeszcze jedno, nie jestem panią, ani panienką - Trochę kuło ją w uszy, że zwracał się do niej w ten sposób, mimo, że od początku rozmowy mówiła mu na ty. Wyciągnęła przy tym swoją dłoń - lewą (Gerry była leworęczna), aby oficjalnie mu się przedstawić. Nie miała pojęcia o jego zasadach, o tym, że wolał się nie spoufalać z pacjentami, ani ich rodziną, najwyżej zignoruje ten gest. - Geraldine. - Powiedziała bez względu na to, czy uścisnął jej dłoń.
[a] - Tak, jak najbardziej to rozumiem, wydaje mi się, że to dotyczy większości osób. - Mało kto lubił się podporządkowywać, szczególnie w dziedzinie, w której czuł się pewnie. Trudniej było wtedy zaufać innym, w przypadku medyków tym bardziej bo chodziło o coś najcenniejszego własne życie i zdrowie. Nie potrafiła sobie wyobrazić jak to jest, kiedy ktoś inny musi zajmować się tym, do czego ciebie szkolono, gdy na szali jest twoje życie. Z drugiej strony może nawet zaczynała to rozumieć. Czyż w jej przypadku nie było bowiem podobnie? Jeden błąd i mogła stracić życie, zdecydowanie wolała polować sama, bo wtedy miała pewność, że jeśli coś pójdzie nie tak będzie to tylko i wyłącznie jej wina, no i nie chciała brać odpowiedzialności za stan zdrowia drugiej osoby. Nie mogła się wtedy skupić do końca na sobie i na tym, co chciała osiągnąć, z tyłu głowy bowiem zawsze pozostawał strach o swojego towarzysza, o to, że może nie wrócić do domu. Sobą się, aż tak bardzo nie przejmowała, to innych nie chciała zawieść.
Medycy mieli na sobie sporą odpowiedzialność, w końcu codziennie pomagali osobom, które tego potrzebowały. Wystarczył jeden mały błąd i czyjś mąż, żona, dziecko, rodzic mogli odejść z tego świata. Ciekawe, czy do tej odpowiedzialności dało się przywyknąć, czy jednak nie do końca.
- Tak, zdaję sobie z tego sprawę, że zazwyczaj korzysta się z pomocy jednego uzdrowiciela. Sama mam taką medyczkę, która zajmowała się mną jeszcze od czasów szkoły, już wtedy lubiłam pakować się w tarapaty. - Wiele razy wdawała się w bójki z innymi uczniami, bo stawała w obronie swoich mugolskich przyjaciół, zresztą nie był to jedyny powód. Geraldine miała bardzo krótki lont i byle pierdoła potrafiła wyprowadzić ją z równowagi, a do tego była skora do realizacji wszystkich głupich pomysłów swoich znajomych, no i grała w quidditcha, a tam też nie tak trudno było o urazy.
- Powiedzmy jednak, że dzisiaj nie była dostępna, no i nie chodziło o mnie. Przez to znalazłam się w Mungu. - Chciała się nieco z tego wytłumaczyć. Gdyby sprawa dotyczyła jej, pewnie leżałaby właśnie pod drzwiami Florence i czekała, aż ta wróci z dyżuru, albo znajdowała się w jej wannie, jak zazwyczaj.
- Nie pomyślałam o tym, upewnię się, że nie trafią w nieodpowiednie ręce. - Jeszcze nie do końca wiedziała w jaki sposób to zrobi, ale mężczyzna miał rację. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia co ona i mogli sobie pozwolić na to, aby od ręki kupić wszystkie potrzebne mikstury. Czasem zapominała o tym, jak wiele przywilejów miała dzięki swojemu bogactwu. Była przyzwyczajona do tego, że może sobie kupić to, czego potrzebuje w danej chwili. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Może na pierwszy rzut oka nie było po niej tego widać, bo nie nosiła się jak ktoś z wyższej warstwy społecznej, jednak do niej należała.