29.08.2024, 09:55 ✶
– Jestem prawie pewna… że Basilius też znalazł sposób, żeby ci się za to uwięzienie jakoś tak pięknie odwdzięczyć. W iście prewettowskim stylu.
Z Laurenta niezłe ziółko bywało także w Hogwarcie, gdy czasem zdawał się celowo prowokować pewne sytuacje, by potem udawać niewiniątko. Ale tak ogólnie to chłopak wzbudzał w Brennie instynktu opiekuńcze, chociaż przecież był młodszy od niej o ledwo kilka miesięcy. Za to Basilius? Chociaż był Krukonem, i wydawał się taki rozważny i odpowiedzialny, to Brenna czasem widywała w jego oczach złośliwe błyski, a w sposobie, w jaki niekiedy się uśmiechał, cień uśmiechu, który gościł nieraz na ustach choćby Vincenta, gdy coś knuł albo się wyzłośliwiał.
Poważny, rozważny uzdrowiciel Basilius nie był tylko rolą, ale z pewnością stanowił zaledwie jedno z oblicz Prewetta. Ten mechanizm Brenna doskonale rozumiała.
– Hm… myślę, że… – zawahała się na moment. Młotek. Dzięki jej przestrodze Patrick zdecydował się na zniszczenie kamienia w Limbo, gdy nie wiedział, co robić i przerwał Voldemortowi czerpanie mocy z kręgu życia i śmierci. Ale czy była to faktyczna przepowiednia, czy może tylko przypadek? – Faktycznie ma jakieś dziwaczne możliwości. Wiesz, że potrafi używać fal także na osobach, które nie umieją z nich korzystać? Albo czegoś podobnego. Ale pewnie widzi tylko fragmenty, które wiele nie dają, zwykle tak jest z przepowiedniami…
I tak było jej zimno, ale nowy chłód wypełnił ciało, kiedy Atreus wspomniał o jesieni w ogniu. W jego rodzinie wielu było jasnowidzów, a ona już dostała przestrogę w tym temacie: to jednak, że więcej osób doświadczyło wizji świadczyło o tym, że… zjawisko będzie na większą skalę. Że wcale nie dotyczyło tylko Doliny, że wuj nie doznał proroctwa, bo dotyczyło go osobiście.
Zawahała się na moment, krótki jak trzepot skrzydeł motyla.
– Ktoś widział Dolinę w ogniu, i mroczny znak nad naszym domem – przyznała, choć do tej pory z nikim poza mieszkańcami i Patrickiem się tym nie dzieliła. Było to coś, o czym nie zapominała od początku sierpnia, coś na co próbowała się przygotować – rozważała na przykład zaproponowanie Crawleyom, zwłaszcza Vincentowi… jesiennej wycieczki gdzieś poza Anglię. Może przekonanie mamy i ojca, aby przenieśli się na jakiś czas do Księżycowego Stawu, chociaż wątpiła, by któregokolwiek się na to zgodziło.
Wizja śmierci z rąk śmierciożerców nie była dla niej niczym nowym. Od wielu miesięcy tkwiło w Brennie przekonanie, że nie dożyje końca tej wojny – że zginie w powodzi zielonego światła. Ale pierwszy raz w życiu Brenna czuła, że Warownia, dom i twierdza w jednym, przestała być bezpieczna.
Nie napawało ją to do tej pory taką paniką, jak powinno, ale teraz jakoś ciężej było panować nad emocjami i z każdą sekundą upewniała się, że do licha: walnęła ją jakaś klątwą. Powinna pewnie iść do szpitala, ale bardzo, bardzo nie chciała zostać sama. Nie było to racjonalne odczucie, normalnie nawet ze swoim lekceważeniem dla własnego zdrowia, poprosiłaby o możliwość skorzystania z kominka, ale w Mungu mogłaby skończyć w tłumie obcych ludzi. I przerażało ją to, chociaż przecież bywało, że – nie będąc nigdy sama w pracy czy w domu, gdy w którymś z pokoi zawsze ktoś był – szukała od czasu do czas samotności czy w ciszy wrzosowisk, czy pośród drzew Kniei, czy w anonimowym tłumie Londynu.
– Obawiam się, że przegapiłam ten moment kradzenia sztućców. To pewnie było wtedy, kiedy meble zaczęły wokół latać – powiedziała, z bladym uśmiechem. Sama nie wiedziała, co myśleć o tym przedziwnym śnie. Nie był traumatyczny jak ten na statku, nie był nawet straszny, raczej namieszał w głowie i to głównie z uwagi na obecność w nim Atre, ale jednak… po co ktoś tak ich urządził? – Widziałeś, jak Gerry okładała pięściami przypadkowe osoby? To też było niezłe, zwłaszcza jak ogłuszyła Tommy'ego, a potem rzuciła się go cucić. Ten grajek też tam był, chodził pod koniec po przewracanych stołach… nie znam go, ale we śnie zdawał mi się znajomy i znałam jego imię. Jaskier – dodała, jakby z pewnym wahaniem, ale zaraz uśmiechnęła się już całkiem szczerze. Odgoniła myśli o ogniu: o mrocznym znaku. Nie chciała teraz myśleć o zbliżającej się jesieni, o płomieniach i o, być może, rychłej śmierci.
Może właśnie dlatego, że ta mogła niedługo nastąpić, wolała skupić się na teraźniejszości.
– Masz naprawdę strasznie wysokie mniemanie o moich zdolnościach, wiesz? Teleportuję ludzi na Nokturn, usypiam i tkam sny, co jeszcze potrafię? Może jak odkryję wszystkie te umiejętności, to pokonam Voldemorta na pstryknięcie palców – oświadczyła i faktycznie pstryknęła palcami, ale jakoś nic się nie stało. – Wszystko jedno. Byleby było ciepłe. Nawet woda. Chociaż… może lepiej nie mieszanka na sen, bo tu ci zasnę. – Zwłaszcza, że to nie tak, że sypiała ostatnio dużo, więc mogłaby szybko ją pokonać.
Z Laurenta niezłe ziółko bywało także w Hogwarcie, gdy czasem zdawał się celowo prowokować pewne sytuacje, by potem udawać niewiniątko. Ale tak ogólnie to chłopak wzbudzał w Brennie instynktu opiekuńcze, chociaż przecież był młodszy od niej o ledwo kilka miesięcy. Za to Basilius? Chociaż był Krukonem, i wydawał się taki rozważny i odpowiedzialny, to Brenna czasem widywała w jego oczach złośliwe błyski, a w sposobie, w jaki niekiedy się uśmiechał, cień uśmiechu, który gościł nieraz na ustach choćby Vincenta, gdy coś knuł albo się wyzłośliwiał.
Poważny, rozważny uzdrowiciel Basilius nie był tylko rolą, ale z pewnością stanowił zaledwie jedno z oblicz Prewetta. Ten mechanizm Brenna doskonale rozumiała.
– Hm… myślę, że… – zawahała się na moment. Młotek. Dzięki jej przestrodze Patrick zdecydował się na zniszczenie kamienia w Limbo, gdy nie wiedział, co robić i przerwał Voldemortowi czerpanie mocy z kręgu życia i śmierci. Ale czy była to faktyczna przepowiednia, czy może tylko przypadek? – Faktycznie ma jakieś dziwaczne możliwości. Wiesz, że potrafi używać fal także na osobach, które nie umieją z nich korzystać? Albo czegoś podobnego. Ale pewnie widzi tylko fragmenty, które wiele nie dają, zwykle tak jest z przepowiedniami…
I tak było jej zimno, ale nowy chłód wypełnił ciało, kiedy Atreus wspomniał o jesieni w ogniu. W jego rodzinie wielu było jasnowidzów, a ona już dostała przestrogę w tym temacie: to jednak, że więcej osób doświadczyło wizji świadczyło o tym, że… zjawisko będzie na większą skalę. Że wcale nie dotyczyło tylko Doliny, że wuj nie doznał proroctwa, bo dotyczyło go osobiście.
Zawahała się na moment, krótki jak trzepot skrzydeł motyla.
– Ktoś widział Dolinę w ogniu, i mroczny znak nad naszym domem – przyznała, choć do tej pory z nikim poza mieszkańcami i Patrickiem się tym nie dzieliła. Było to coś, o czym nie zapominała od początku sierpnia, coś na co próbowała się przygotować – rozważała na przykład zaproponowanie Crawleyom, zwłaszcza Vincentowi… jesiennej wycieczki gdzieś poza Anglię. Może przekonanie mamy i ojca, aby przenieśli się na jakiś czas do Księżycowego Stawu, chociaż wątpiła, by któregokolwiek się na to zgodziło.
Wizja śmierci z rąk śmierciożerców nie była dla niej niczym nowym. Od wielu miesięcy tkwiło w Brennie przekonanie, że nie dożyje końca tej wojny – że zginie w powodzi zielonego światła. Ale pierwszy raz w życiu Brenna czuła, że Warownia, dom i twierdza w jednym, przestała być bezpieczna.
Nie napawało ją to do tej pory taką paniką, jak powinno, ale teraz jakoś ciężej było panować nad emocjami i z każdą sekundą upewniała się, że do licha: walnęła ją jakaś klątwą. Powinna pewnie iść do szpitala, ale bardzo, bardzo nie chciała zostać sama. Nie było to racjonalne odczucie, normalnie nawet ze swoim lekceważeniem dla własnego zdrowia, poprosiłaby o możliwość skorzystania z kominka, ale w Mungu mogłaby skończyć w tłumie obcych ludzi. I przerażało ją to, chociaż przecież bywało, że – nie będąc nigdy sama w pracy czy w domu, gdy w którymś z pokoi zawsze ktoś był – szukała od czasu do czas samotności czy w ciszy wrzosowisk, czy pośród drzew Kniei, czy w anonimowym tłumie Londynu.
– Obawiam się, że przegapiłam ten moment kradzenia sztućców. To pewnie było wtedy, kiedy meble zaczęły wokół latać – powiedziała, z bladym uśmiechem. Sama nie wiedziała, co myśleć o tym przedziwnym śnie. Nie był traumatyczny jak ten na statku, nie był nawet straszny, raczej namieszał w głowie i to głównie z uwagi na obecność w nim Atre, ale jednak… po co ktoś tak ich urządził? – Widziałeś, jak Gerry okładała pięściami przypadkowe osoby? To też było niezłe, zwłaszcza jak ogłuszyła Tommy'ego, a potem rzuciła się go cucić. Ten grajek też tam był, chodził pod koniec po przewracanych stołach… nie znam go, ale we śnie zdawał mi się znajomy i znałam jego imię. Jaskier – dodała, jakby z pewnym wahaniem, ale zaraz uśmiechnęła się już całkiem szczerze. Odgoniła myśli o ogniu: o mrocznym znaku. Nie chciała teraz myśleć o zbliżającej się jesieni, o płomieniach i o, być może, rychłej śmierci.
Może właśnie dlatego, że ta mogła niedługo nastąpić, wolała skupić się na teraźniejszości.
– Masz naprawdę strasznie wysokie mniemanie o moich zdolnościach, wiesz? Teleportuję ludzi na Nokturn, usypiam i tkam sny, co jeszcze potrafię? Może jak odkryję wszystkie te umiejętności, to pokonam Voldemorta na pstryknięcie palców – oświadczyła i faktycznie pstryknęła palcami, ale jakoś nic się nie stało. – Wszystko jedno. Byleby było ciepłe. Nawet woda. Chociaż… może lepiej nie mieszanka na sen, bo tu ci zasnę. – Zwłaszcza, że to nie tak, że sypiała ostatnio dużo, więc mogłaby szybko ją pokonać.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.