29.08.2024, 14:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.11.2024, 16:18 przez Brenna Longbottom.)
Jakkolwiek źle by to nie brzmiało: Brenna, mimo całej swojej energiczności, do tej nudnej pozornie, mozolnej roboty się wręcz garnęła. Nie chciała rzecz jasna tkwić na ulicznych patrolach, bo od monotonności takiej pracy szybko by miała dosyć, ale już władowywanie się do dziupl narkomanów czy obserwowanie potencjalnych miejsc transakcji, z nadzieją na rozwiązanie większej sprawy w mglistej przyszłości była jak najbardziej gotowa.
Chyba nie wyobrażała sobie raczej tego, z czym faktycznie za parę lat skończą w tej pracy, gdy Voldemort zacznie siać popłoch w Anglii, i jacyś tam drobni ćpuni stracą zupełnie na znaczeniu, a im przyjdzie pracować w wiecznym pędzie. Znaczy się: jej. Bo wujek Clemens skończy na Nokturnie, bez żony i bez włosów.
– Pewnie, pozdrowię – obiecała, zajadając się zapiekanym ciastem i zastanawiając się, co wypadałoby przynieść, skoro będzie szła na ten obiad, bo nad tym łamała sobie czasem głowę. Ten dylemat kogoś, kto miał pieniądze, i szedł do kogoś, kto też miał pieniądze, a chciał faktycznie dać coś przyjemnego, i to tak w miarę możliwości nie przesadzonego… problemy pierwszego świata. – Och, po Hogwarcie chciałaby pojechać do Francji, na jakieś tam szpanerskie kursy, wiesz, takie cukiernicze. Nie jest chyba sama pewna, co dalej, zdaje mi się, że chciałaby założyć własną restaurację, mam nadzieję, że faktycznie wróci i założy ją tutaj, a nie że zostanie już w tym Paryżu i będzie tam serwowała ludziom żabie udka…
Brenna nie była pewna, czy Norę na te szpanerskie kursy będzie stać, ale to był akurat najmniej problem. Pewnie nie zgodziłaby się, żeby Brenna ot tak je sfinansowała, ale mogłaby już się zgodzić, gdyby o, na przykład, złożyli się wszyscy po trochu i jej coś takiego sprezentowali na najbliższe urodziny. Odkładała jednak to chwilowo na później, jeśli Nora w ciągu paru najbliższych miesięcy nie zmieni zdania.
Myślała sobie, że dziwnie trochę będzie bez Nory, ale też dziwnie było poza Hogwartem, a wiedziała, że do tego przywyknie.
– Taaaa, w to nie wątpię. Byłam już na pierwszym patrolu na Nokturnie, to się napatrzyłam – stwierdziła, sięgając po kolejny przysmak, ale zaraz przestała jeść, przypatrując się Clemensowi uważnie, i wysłuchując każdego słowa. Wujek Clemens w końcu był bardzo mądry, i był takim dobrym gliną, a ona powinna wykorzystywać każdą okazję, żeby się więcej dowiedzieć.
Ale powinna też wykorzystywać każdą dodatkową sztuczkę, jaką miała w rękawie, uśmiechnęła się więc do niego, tak odrobinę przekornie.
– Mam spróbować na nich popatrzeć? – spytała. Jeszcze nie było to w wydziale nikomu poza jej rodziną i Caspianem znane, choć z czasem i parę innych osób przy różnych sprawach miało się dowiedzieć, ale była w końcu widmowidzeniem. Jeśli ten człowiek tu bywał, może mogłaby pomóc wujkowi trochę przyspieszyć niektóre sprawy. – Nie no, co ty, Rosa chyba uważała, że gdybym tam popatrzyła, to od samego patrzenia wszystko by się popsuło, przecież jestem żółtodziobem – roześmiała się.
Chyba nie wyobrażała sobie raczej tego, z czym faktycznie za parę lat skończą w tej pracy, gdy Voldemort zacznie siać popłoch w Anglii, i jacyś tam drobni ćpuni stracą zupełnie na znaczeniu, a im przyjdzie pracować w wiecznym pędzie. Znaczy się: jej. Bo wujek Clemens skończy na Nokturnie, bez żony i bez włosów.
– Pewnie, pozdrowię – obiecała, zajadając się zapiekanym ciastem i zastanawiając się, co wypadałoby przynieść, skoro będzie szła na ten obiad, bo nad tym łamała sobie czasem głowę. Ten dylemat kogoś, kto miał pieniądze, i szedł do kogoś, kto też miał pieniądze, a chciał faktycznie dać coś przyjemnego, i to tak w miarę możliwości nie przesadzonego… problemy pierwszego świata. – Och, po Hogwarcie chciałaby pojechać do Francji, na jakieś tam szpanerskie kursy, wiesz, takie cukiernicze. Nie jest chyba sama pewna, co dalej, zdaje mi się, że chciałaby założyć własną restaurację, mam nadzieję, że faktycznie wróci i założy ją tutaj, a nie że zostanie już w tym Paryżu i będzie tam serwowała ludziom żabie udka…
Brenna nie była pewna, czy Norę na te szpanerskie kursy będzie stać, ale to był akurat najmniej problem. Pewnie nie zgodziłaby się, żeby Brenna ot tak je sfinansowała, ale mogłaby już się zgodzić, gdyby o, na przykład, złożyli się wszyscy po trochu i jej coś takiego sprezentowali na najbliższe urodziny. Odkładała jednak to chwilowo na później, jeśli Nora w ciągu paru najbliższych miesięcy nie zmieni zdania.
Myślała sobie, że dziwnie trochę będzie bez Nory, ale też dziwnie było poza Hogwartem, a wiedziała, że do tego przywyknie.
– Taaaa, w to nie wątpię. Byłam już na pierwszym patrolu na Nokturnie, to się napatrzyłam – stwierdziła, sięgając po kolejny przysmak, ale zaraz przestała jeść, przypatrując się Clemensowi uważnie, i wysłuchując każdego słowa. Wujek Clemens w końcu był bardzo mądry, i był takim dobrym gliną, a ona powinna wykorzystywać każdą okazję, żeby się więcej dowiedzieć.
Ale powinna też wykorzystywać każdą dodatkową sztuczkę, jaką miała w rękawie, uśmiechnęła się więc do niego, tak odrobinę przekornie.
– Mam spróbować na nich popatrzeć? – spytała. Jeszcze nie było to w wydziale nikomu poza jej rodziną i Caspianem znane, choć z czasem i parę innych osób przy różnych sprawach miało się dowiedzieć, ale była w końcu widmowidzeniem. Jeśli ten człowiek tu bywał, może mogłaby pomóc wujkowi trochę przyspieszyć niektóre sprawy. – Nie no, co ty, Rosa chyba uważała, że gdybym tam popatrzyła, to od samego patrzenia wszystko by się popsuło, przecież jestem żółtodziobem – roześmiała się.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.