29.08.2024, 19:42 ✶
Dobrze, że Basil był rozsądny i nie próbował o te kieckę dopytywać, bo najlepsze co mógł mu Atreus odpowiedzieć to 'taka różowa' oraz 'od Rosierów' jakby te dwie rzeczy miały nakreślić mu obraz z najlepszymi detalami. Niestety, obraz wymizdrzonej Millie był czymś, co ciężko było przekazać słowami i trzeba to było zobaczyć na własne oczy, nawet jeśli Atreus wolał nigdy tego nie widzieć.
- Tak? - rzucił, autentycznie w tym momencie zdziwiony. - Myślałem, że wystarczy ją mieć przy sobie - nawet sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął z nich muszelkę, obracając ją parę razy między palcami i przyglądając się jej. Ale wreszcie zmrużył oczy i spojrzał na Prewetta niechętnie, jakby lekko zniecierpliwiony. - Chodziło mi o to, że robiłem to żeby po pierwsze, zaspokoić jego fantazje, a dwa żeby się odczepił od tego pomysłu. Wytrącenie argumentu, że nie próbowałem, rozumiesz? - prawie mu to ostatnie słowo przeliterował, bo każda głoska brzmiała sztywno i z pewną niechęcią, jakby był jednocześnie rozczarowany i zirytowany tym, że nie pojmował tego co do niego mówił.
- Z resztą, co za różnica. Brenna kazała mu przestać, a mam wrażenie że on się jej troszkę boi, więc po sprawie - wzruszył ramionami, wsuwając pamiątkę znowu do kieszeni i zatrzymując już tam dłoń.
Czy wyobrażał sobie Brennę Longbottom w swojej rodzinie? Z obrączką na palcu, z jego nazwiskiem, jako jego żonę? Absolutnie nie i prawdę powiedziawszy, to nawet w tym momencie te wizje nie były w stanie wkraść się do jego głowy. Jakaś jego część wciąż myślała o jego ostatnich zaręczynach. Wciąż je odrobinę opłakiwała, bo gdzieś pomiędzy Beltane, zerwaniem z Elaine, zorientowaniem się w więzi i wszystkich wywołanym nią emocjami mało było czasu na całą resztę. Na to, co wcześniej siedziało gdzieś głęboko, przykryte przez natarczywą magię rytuału, która szarpała nim w stronę Brenny i dawała znać, kiedy ta robiła coś potwornie głupiego.
- Ja natomiast sobie nie wyobrażałem, ze dziesiąty raz dasz się wepchnąć do przejścia za ścianą, ale jak widać obydwoje lubimy siebie zaskakiwać - rzucił, z równą mu złośliwością.
Przez moment przyglądał się łagodnej wodzie, która znajdowała się między skałkami. Odbijała ładnie ciemne niebo, gwiazdy i wiszący między nimi księżyc. Nie widział nic oprócz nich i przez moment zastanawiał się, czy w ogóle coś powinien, ale wtedy uświadomił sobie, że coś słyszy. Melodię, którą czasem śpiewano z okazji sabatu beltane. Sabatu, który zwykle tak lubił, w maju tego roku zdawał się nienawidzić, a teraz na nowo wrócił do punktu wyjścia.
- Nie, nic. A ty?
- Tak? - rzucił, autentycznie w tym momencie zdziwiony. - Myślałem, że wystarczy ją mieć przy sobie - nawet sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął z nich muszelkę, obracając ją parę razy między palcami i przyglądając się jej. Ale wreszcie zmrużył oczy i spojrzał na Prewetta niechętnie, jakby lekko zniecierpliwiony. - Chodziło mi o to, że robiłem to żeby po pierwsze, zaspokoić jego fantazje, a dwa żeby się odczepił od tego pomysłu. Wytrącenie argumentu, że nie próbowałem, rozumiesz? - prawie mu to ostatnie słowo przeliterował, bo każda głoska brzmiała sztywno i z pewną niechęcią, jakby był jednocześnie rozczarowany i zirytowany tym, że nie pojmował tego co do niego mówił.
- Z resztą, co za różnica. Brenna kazała mu przestać, a mam wrażenie że on się jej troszkę boi, więc po sprawie - wzruszył ramionami, wsuwając pamiątkę znowu do kieszeni i zatrzymując już tam dłoń.
Czy wyobrażał sobie Brennę Longbottom w swojej rodzinie? Z obrączką na palcu, z jego nazwiskiem, jako jego żonę? Absolutnie nie i prawdę powiedziawszy, to nawet w tym momencie te wizje nie były w stanie wkraść się do jego głowy. Jakaś jego część wciąż myślała o jego ostatnich zaręczynach. Wciąż je odrobinę opłakiwała, bo gdzieś pomiędzy Beltane, zerwaniem z Elaine, zorientowaniem się w więzi i wszystkich wywołanym nią emocjami mało było czasu na całą resztę. Na to, co wcześniej siedziało gdzieś głęboko, przykryte przez natarczywą magię rytuału, która szarpała nim w stronę Brenny i dawała znać, kiedy ta robiła coś potwornie głupiego.
- Ja natomiast sobie nie wyobrażałem, ze dziesiąty raz dasz się wepchnąć do przejścia za ścianą, ale jak widać obydwoje lubimy siebie zaskakiwać - rzucił, z równą mu złośliwością.
Przez moment przyglądał się łagodnej wodzie, która znajdowała się między skałkami. Odbijała ładnie ciemne niebo, gwiazdy i wiszący między nimi księżyc. Nie widział nic oprócz nich i przez moment zastanawiał się, czy w ogóle coś powinien, ale wtedy uświadomił sobie, że coś słyszy. Melodię, którą czasem śpiewano z okazji sabatu beltane. Sabatu, który zwykle tak lubił, w maju tego roku zdawał się nienawidzić, a teraz na nowo wrócił do punktu wyjścia.
- Nie, nic. A ty?