29.08.2024, 21:13 ✶
– Czy to pierwsze będzie możliwe? – spytała. Nie wiedziała może o jasnowidzeniu bardzo wiele, ale zdawała sobie sprawę z tego, że wizje czasem bywały metaforyczne. – Pięć rzeczy. Jeśli określimy czas wizji, trzeba będzie usunąć z Doliny kilka osób – sprostowała rzeczowo, unosząc do ust kubek i wypijając jednak jeszcze jeden łyk. Nie była jeszcze pewna, jak daleko powinny sięgnąć te środki ostrożności, to już zależało od wizji, którą Morpheus zaczął zamieniać w płynne srebro.
Nie dopuścić do ataku śmierciożerców? Nie sądziła, że to możliwe. I na samą myśl ogarniały ją gniew i rozpacz, ale oba te uczucia ukrywała bardzo głęboko, przykrywając je warstwą determinacji i udawanego opanowania. Nie mogła rozpaczać. Ani nad tym, co wydarzyło się w Beltane, ani nad tym, co mogła przynieść jesień. Musieli działać.
– Lepiej, jeśli to zobaczę. Może coś zauważę – potwierdziła, czekając aż srebro przeleje się do myślodsiewni, by potem sięgnąć ku niej – by zanurzyć się we wspomnienie Morpheusa, w proroctwo, zesłane mu czy przez jakieś wyższe byty, czy tylko przez to, że plany śmierciożerców po raz wtóry były tak straszne, że odbijały się w snach jasnowidzów.
Były liście, wirujące na wietrze, był Morpheus, próbujący dotrzeć do domu, był siny dym, wskazujący na ogień, i były chmury, układające się w mroczny znak. Czy wisiał nad Doliną, czy nad Warownią? Czy ich dom – twierdza, przestał być bezpieczny? Brenna trwała jeszcze przez chwilę w bezruchu, dziwnie odrętwiała.
Czuła się tak okropnie zmęczona: i to wcale nie dlatego, że od dawna nie przespała porządnie całej nocy.
– Nie jestem pewna, czy to miałoby zwiastować twoją śmierć, skoro próbowałeś biec na ratunek – powiedziała w końcu, a jej głos zdawał się doskonale opanowany. Pomyślała, że ma szczęście. Istny dar, że przedziwna moc przodków sprawiła, że Brenna spoglądała w tył. Że nawet gdy oglądała najpaskudniejsze rzeczy, szukając śladów, które doprowadzą do zbrodniarza, nie musiała odnajdywać znaczeń w mglistych proroctwach, wyrzucać sobie, że czegoś nie zrozumiała, patrzeć na to, co nadejdzie, a co okazywało się nieuchronne. – Kupiłam dziś dom. Gdy się ogarnie, przeniosłabym tam Vincenta Crawleya, może jego dzieci. Nie wiem, czy mama się zgodzi, ale ją też. I jest jeszcze Strażnica – mruknęła. Księżycowy Staw nie był tak zabezpieczony jak Warownia, ale stał z dala od Londynu, z dala od wiosek, chętnie zamieszkiwanych przez czarodziei, i nie było powód, aby śmierciożercy zapuszczali się w tamtą okolicę.
Nie dopuścić do ataku śmierciożerców? Nie sądziła, że to możliwe. I na samą myśl ogarniały ją gniew i rozpacz, ale oba te uczucia ukrywała bardzo głęboko, przykrywając je warstwą determinacji i udawanego opanowania. Nie mogła rozpaczać. Ani nad tym, co wydarzyło się w Beltane, ani nad tym, co mogła przynieść jesień. Musieli działać.
– Lepiej, jeśli to zobaczę. Może coś zauważę – potwierdziła, czekając aż srebro przeleje się do myślodsiewni, by potem sięgnąć ku niej – by zanurzyć się we wspomnienie Morpheusa, w proroctwo, zesłane mu czy przez jakieś wyższe byty, czy tylko przez to, że plany śmierciożerców po raz wtóry były tak straszne, że odbijały się w snach jasnowidzów.
Były liście, wirujące na wietrze, był Morpheus, próbujący dotrzeć do domu, był siny dym, wskazujący na ogień, i były chmury, układające się w mroczny znak. Czy wisiał nad Doliną, czy nad Warownią? Czy ich dom – twierdza, przestał być bezpieczny? Brenna trwała jeszcze przez chwilę w bezruchu, dziwnie odrętwiała.
Czuła się tak okropnie zmęczona: i to wcale nie dlatego, że od dawna nie przespała porządnie całej nocy.
– Nie jestem pewna, czy to miałoby zwiastować twoją śmierć, skoro próbowałeś biec na ratunek – powiedziała w końcu, a jej głos zdawał się doskonale opanowany. Pomyślała, że ma szczęście. Istny dar, że przedziwna moc przodków sprawiła, że Brenna spoglądała w tył. Że nawet gdy oglądała najpaskudniejsze rzeczy, szukając śladów, które doprowadzą do zbrodniarza, nie musiała odnajdywać znaczeń w mglistych proroctwach, wyrzucać sobie, że czegoś nie zrozumiała, patrzeć na to, co nadejdzie, a co okazywało się nieuchronne. – Kupiłam dziś dom. Gdy się ogarnie, przeniosłabym tam Vincenta Crawleya, może jego dzieci. Nie wiem, czy mama się zgodzi, ale ją też. I jest jeszcze Strażnica – mruknęła. Księżycowy Staw nie był tak zabezpieczony jak Warownia, ale stał z dala od Londynu, z dala od wiosek, chętnie zamieszkiwanych przez czarodziei, i nie było powód, aby śmierciożercy zapuszczali się w tamtą okolicę.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.