Przyglądała się mężczyźnie badawczo. Najwyraźniej sięgnął po drobny żart, ciekawe. Z początku ich rozmowy wydawało jej się, że atmosfera jest raczej nie do końca przyjemna, jak widać, wszystko mogło się bardzo szybko zmienić. - Obiecuję na mały palec, że nikomu nie zdradzę ten tajemnicy. - Wyciągnęła nawet ku górze lewą dłoń i wystawiła ten nieszczęsny palec. - Tylko nie zmuszajcie mnie do tego, żebym musiała tutaj pracować. - Na jej twarzy mógł zobaczyć rozbawienie. Sama wizja siebie w tym miejscu niesamowicie ją bawiła. Biedni ci, którzy musieliby skorzystać z jej usług, o Geraldine można było powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że była delikatna, ani w swoich gestach, ani w słowach. Mogłaby kogoś przypadkiem uszkodzić, albo powiedzieć coś zbyt nieprzyjemnym tonem. Nigdy w życiu nie rozważała nad tym, jakby to było, gdyby była uzdrowicielem. Stojący przed nią Greengrass jednak skłonił ją ku takich mrzonek, i choć była to chwilowa wizja, to naprawdę ją rozbawiła. - Na pewno nie jesteście tak zdesperowani, aby przyjmować tutaj kogoś mojego pokroju. - Dodała jeszcze nieco cichszym, konspiracyjnym tonem.
- Tak, większość tego, co uszyliśmy się w szkole leży gdzieś głęboko, zapomniana po zdanych egzaminach. Każdy zajął się swoją dziedziną, co wcale nie jest niczym dziwnym. - Ludzie mieli różne zainteresowania, różne prace. Bez sensu było zaśmiecać swój mozg informacjami, które nie były szczególnie potrzebne do życia codziennego. Wiadomo, jakąś podstawową, elementarną wiedzę wypadało mieć w każdym temacie, jednak mało kto posiadał takie umiejętności, aby być specjalistą we wszystkim, no, może poza Dumbeldorem, który był naprawdę wybitnym czarodziejem, ale takich było niewielu.
- Może to lepiej, że nie umiesz ich odróżnić, dzięki takim osobom jak ty, mam pracę. - Dodała z uśmiechem. Mało kto tak naprawdę znał się bardzo mocno na magicznych stworzeniach. Niektóre z nich było trudno od siebie odróżnić, jeśli nie posiadało się specjalistycznej wiedzy. Nie widziała w tym nic złego, ona miała problem z innymi dziedzinami magii i było jej z tego powodu raczej wszystko jedno.
- W tym faktycznie mogłabym wam pomóc, ale obawiam się, że mogłaby to być jedyna rzecz do której byłabym przydatna. - Widziała w swoim życiu wiele przypadków naprawdę kompletnej głupoty. Ludzie zbliżali się do stworzeń, o których nie mieli pojęcia, próbowali je oswajać. Ona musiała przychodzić im na ratunek. Czasem przynosiła zwłoki, i truchło stworzenia które odebrało życie. Niektórzy nie mieli za grosz zdrowego rozsądku i myśleli, że to świetna zabawa. Ona sama może nie należała do szczególnie zastanawiających się nad swoimi czynami osób, podejmowała decyzje spontanicznie, podczas walki także, ale wiedziała na co może sobie pozwolić. Znała swoje granice, wiedziała, że jej ciało jest maszyną stworzoną do zabijania magicznych stworzeń. Była tego bardzo pewna. Zresztą od lat pracowała nad tym, żeby właśnie tak było. Nawet jej zdarzały się błędy, jednak nie takie, aby kosztowało ją to najcenniejszej ceny - życia.
Yaxley przywykła do prowokowania, Ambroise jednak całkiem nieźle sobie z nią na początku poradził, stonował jej zachowanie. Oczywiście nadal miała w sobie ten swój pazur, ale zdecydowanie nie drapała tak mocno, jak potrafiła. Pogawędka należała do tych raczej przyjemnych, co ją zaskoczyło, bo nie spodziewała się spotkać w Mungu kogoś, z kim będzie mogła pogawędzić o czymś więcej niż o urazie swojego kuzyna. Tutaj jednak zupełnie przypadkiem przewijały się też inne tematy. Pewnie z każdym rozmawiał w ten sposób, musiał mieć za sobą setki takich rozmów o wszystkim i o niczym, nie przeszkadzało jej to jednak wcale.
- Nie ma się czego obawiać, moja rodzina korzysta z różnych metod, które potrafią naprawdę skutecznie pozbyć się z głowy głupot. - Powiedziała zupełnie lekko, chociaż ten komentarz mógł zostać odebrany różnie. Yaxleyowie byli raczej znani ze swojego nieokrzesania, nie byłoby nic dziwnego w tym, gdyby siłą próbowali naprostować sposób myślenia swoich latorośli.
- Dziwi mnie to, że nie zdajesz sobie z tego sprawy, to znaczy, że musisz się w tym upewniać. Mung to najstraszniejsze miejsce jakie istnieje. - Wolałaby zostać wrzucona do jaskini pełnej akromantuli, jeziora, w którym znajdowały się kolonie trytonów, mogłaby wymienić całą listę siedlisk magicznych stworzeń, których zapewne normalni ludzie bali się bardziej, jej największym lękiem nadal pozostawał szpital. - Lochy nie brzmią źle, o ile nie dokonujecie tam jakiś strasznych eksperymentów. - Rzuciła poważnym tonem, ale w jej oczach można było dostrzec błysk, który świadczył o tym, że próbowała zażartować. Jej poczucie humoru było dosyć mocno drewniane i nie trafiało do wszystkich.
- Czy będzie miło, to się dopiero okaże. - Odpowiedziała zaczepnie, nie wiedzieć czemu. Rzadko kiedy potrafiła powstrzymać się od tych nie do końca odpowiednich komentarzy. - Ach i Yaxley, Geraldine Artemis Yaxley, ale podejrzewam, że do tego już doszedłeś. - Nie trudno było się domyślić z jakiej rodziny pochodziła. Yaxleyowie należeli do grona najwyższych czarodziejów w Wielkiej Brytanii i jak jeszcze mężczyzn wysokich wcale nie brakowało, tak mało która kobieta mogłaby dorównać Geraldine wzrostem. Wyróżniała się, odkąd pamiętała. W czasach Hogwartu ten nietypowy wzrost był jej ogromnym kompleksem, dzieciaki się z niej wyśmiewały, z czasem zaczęła traktować go jako atut, pomagał jej podczas polowań, dzięki temu mogła równać się siłą z większością mężczyzn, dorównać im. Nadal kiedy pojawiała się w najróżniejszych miejscach ciekawskie spojrzenia skierowane ku jej osobie, ale nie przejmowała się tym tak bardzo, jak kiedyś, do wszystkiego można było przywyknąć, a przecież nie miała wypływu na to, że urosła taka wysoka, tego nie mogła zmienić. Może jako dziecko marzyła, żeby ktoś wymyślił jakąś miksturę, by na stałe mogła się nieco skurczyć, teraz jednak wcale nie żałowała, że nie ma takiej możliwości.
Wyczuła sztywność jego dłoni, nie wiedziała, z czego ona wynika. Nie dała jednak po sobie poznać, że dostrzegła, że coś jest nie tak, uważała to za nieco nietaktowne. Jej dłoń była nieco szorstka, nawet na palcach miała niewielkie blizny, które przypominały jej o tych stworzeniach, którym odebrała życie, była też dosyć ciepła, kiedy się denerwowała, to robiło jej się gorąco, a Mung powodował u niej ogromne rozdrażnienie.
- Nasz zawód raczej wymaga posiadania własnego medyka, nigdy nie wiadomo, kiedy coś odgryzie ci rękę, albo nogę. - Dodała jeszcze, jakby chciała wyjaśnić, że nie była to wcale kolejna fanaberia bogatej rodziny. W ich przypadku medyk, który zawsze czekał w gotowości mógł naprawdę ocalić wiele żyć. Nigdy nie wiadomo, kiedy powinie się noga. - trzy dni do tygodnia, tak jest. - Powtórzyła jeszcze po nim, dzięki temu prawdopodobieństwo, że o tym nie zapomni stawało się większe. Zdarzało jej się bowiem często nie pamiętać o takich sprawach.
- Zajmujesz się też takimi rzeczami? - Zapytała się jeszcze, chociaż nie wydawało jej się, aby faktycznie tak było. - Ciebie się nie boję, w przeciwieństwie do innych pracowników tego miejsca. - Dodała jeszcze, aby wyjaśnić skąd wzięło się to głupie pytanie. - Być może skorzystam z tej usługi..
Chyba wiedziała już wszystko, może był to odpowiedni moment, aby opuścić to miejsce, nim burza jeszcze nie rozpętała się na dobre. - Dziękuję za wszystko, na mnie już czas. - Dygnęła jeszcze całkiem zgrabnie jak na osobę jej rozmiarów i całkiem szybkim krokiem ruszyła w kierunku wyjścia z Munga.
Gdy tylko znalazła się przed wejściem do szpitala zatrzymała się na chwilę pod dachem, który znajdował się nad drzwiami. Odetchnęła głęboko chłodnym powietrzem, było naprawdę orzeźwiające, burze zawsze przynosiły wytchnienie, w tej sytuacji czuła to podwójnie. Opuściła miejsce, którego tak się bała. Deszcz dosyć mocno padał, nie przeszkadzało jej to zbytnio, nim jednak postanowiła udać się do domu wsadziła sobie w usta papierosa. Musiała zapalić, nałóg nie był czymś godnym pochwały, jednak od kilku lat fajki były jej przyjaciółmi. Odpaliła szluga swoją mugolską, srebrną zapalniczką, a później zaciągnęła się głęboko dymem, oparła się przy tym o szpitalną ścianę, jednak ten dzień nie był, aż taki straszny jak się jej wydawało.