29.08.2024, 23:16 ✶
Wizja Morpheusa była zaskakująco precyzyjna, przynajmniej pod niektórymi względami. Nie było w niej tylko ognia, ciemności i śmierci – był też dym, spowijający Dolinę, wirujące liście, wskazujące na jesień i chmury układające się w mroczny znak. Był on sam, usiłujący dotrzeć do domu, zanim będzie za późno. Proroctwo zdawało się zapowiadać atak śmierciożerców na Dolinę Godryka: atak na Warownię.
Mroczny Znak pojawiał się tam, gdzie kogoś zabito.
W Dolinie mieszkało wielu ludzi, których kochała, a posiadłość porośnięta bluszczem, otoczona przez owocowe drzewa, zawsze zdawała się bezpiecznym schronieniem. Stracili już Derwina: jasne było, że teraz znów kogoś stracą.
Ale to nie tak, że to było zaskoczenie, prawda?
Od dawna wiedziała, że to nie tak, że wszyscy przeżyją tę wojnę, a wszystko, co robiła, realizowała nie z myślą o własnym, szczęśliwym zakończeniu. Nie wpadała więc w panikę ani gdy Morpheus podzielił się z nią błyskającym srebrem wspomnieniem, pełnym dymu i ognia – ani teraz, kiedy okazywało się, że nie był jedyny. A raczej nie wpadałaby w nią, gdyby złowroga aura Little Hangleton nie działała dziś na nią w przedziwny sposób, sprawiając, że czuła się po prostu źle, nawet jeżeli teraz, kiedy on był obok, było jakoś lepiej, i chętnie ścisnęła wyciągniętą ku niej dłoń.
– Gdyby to był sen profetyczny, w którejś z tych szafek powinieneś znaleźć dżem porzeczkowy, taki wiesz, w koniecznie w ciężkim słoiku – stwierdziła chwilę później, kiedy szykował tajemniczą mieszankę, a ona usiadła na jednym z kuchennych krzeseł. Swoją drogą, spodziewała się raczej, że wybierze jednak czarną herbatę: odważny człowiek, skoro w obliczu tych wszystkich wyliczeń, jakie przedstawiał, zdecydował się sięgnąć po to, co pachnie jak herbata, ale w sumie to nie wiadomo, co to jest. Może to był dom jego ciotki, ale jednak, kobieta mieszkała w Little Hangleton. Musiała być trochę dziwna. – Poważnie, jak tak to przedstawiasz, to jestem jak nic najpotężniejszą czarownicą na świecie. Ale tak mam wrażenie, że jednak wolałabym wtedy nie utykać w środku nocy w dziwnym domu, gdzie lało mi się z dachu na głowę – powiedziała, z odrobiną rozbawienia, które mieszało się z nieprzyjemnym uczuciem chłodu gdzieś w środku: nie tylko tym sprawiającym, że było jej po prostu zimno, ale rozlewającym się także jakby po duszy od chwili, gdy znalazła tego dzieciaka. – Hej, w tej wersji wydarzeń to ja napuściłam na ciebie Flosie – dodała, przyjmując kubek z potencjalnie podejrzaną zawartością. Był gorący i dobrze, bo dłonie jakoś jej kostniały, i gdy upiła łyk, nie przejmowała się, że poparzyła sobie wargę. Ważne, że był ciepły. Że przez chwilę było jej ciepło. – Muszę, cholera, opanować lepiej te umiejętności, żeby jednak w Little Hangleton nie trafiały mnie jakieś dziwaczne czary. Jak zaraz nie przejdzie, chyba będę musiała wpaść do Thomasa albo Basiliusa – powiedziała, bo nie chciała pokazywać, jak jest spanikowana, ale cóż, i tak zachowywała się już jak wariatka, a poza tym zdążyła się przyznać, że dziś wioska coś dziwnie na nią działa. Sądziła, że przeszło zupełnie, ale gdy się od siebie odsunęli i zaczęli omawiać wizje pełne śmierci i ognia było przez chwilę gorzej – teraz znów zdawało się jej, że jest lepiej, ale nie była pewna, czy to znaczyło, że wszystko mija, czy przez tę gorącą mieszankę i efekt zaraz minie. – Nie wiem, o co wam wszystkim chodzi, ja naprawdę sypiam, ot w dziwnych porach, ale w naszej robocie to przecież normalne.
Czasem. I raczej rzadko więcej niż cztery godziny dziennie. Ale spała całkiem sporo na statku, jak płynęły do Afryki, więc się liczyło – odespała wtedy!
Mroczny Znak pojawiał się tam, gdzie kogoś zabito.
W Dolinie mieszkało wielu ludzi, których kochała, a posiadłość porośnięta bluszczem, otoczona przez owocowe drzewa, zawsze zdawała się bezpiecznym schronieniem. Stracili już Derwina: jasne było, że teraz znów kogoś stracą.
Ale to nie tak, że to było zaskoczenie, prawda?
Od dawna wiedziała, że to nie tak, że wszyscy przeżyją tę wojnę, a wszystko, co robiła, realizowała nie z myślą o własnym, szczęśliwym zakończeniu. Nie wpadała więc w panikę ani gdy Morpheus podzielił się z nią błyskającym srebrem wspomnieniem, pełnym dymu i ognia – ani teraz, kiedy okazywało się, że nie był jedyny. A raczej nie wpadałaby w nią, gdyby złowroga aura Little Hangleton nie działała dziś na nią w przedziwny sposób, sprawiając, że czuła się po prostu źle, nawet jeżeli teraz, kiedy on był obok, było jakoś lepiej, i chętnie ścisnęła wyciągniętą ku niej dłoń.
– Gdyby to był sen profetyczny, w którejś z tych szafek powinieneś znaleźć dżem porzeczkowy, taki wiesz, w koniecznie w ciężkim słoiku – stwierdziła chwilę później, kiedy szykował tajemniczą mieszankę, a ona usiadła na jednym z kuchennych krzeseł. Swoją drogą, spodziewała się raczej, że wybierze jednak czarną herbatę: odważny człowiek, skoro w obliczu tych wszystkich wyliczeń, jakie przedstawiał, zdecydował się sięgnąć po to, co pachnie jak herbata, ale w sumie to nie wiadomo, co to jest. Może to był dom jego ciotki, ale jednak, kobieta mieszkała w Little Hangleton. Musiała być trochę dziwna. – Poważnie, jak tak to przedstawiasz, to jestem jak nic najpotężniejszą czarownicą na świecie. Ale tak mam wrażenie, że jednak wolałabym wtedy nie utykać w środku nocy w dziwnym domu, gdzie lało mi się z dachu na głowę – powiedziała, z odrobiną rozbawienia, które mieszało się z nieprzyjemnym uczuciem chłodu gdzieś w środku: nie tylko tym sprawiającym, że było jej po prostu zimno, ale rozlewającym się także jakby po duszy od chwili, gdy znalazła tego dzieciaka. – Hej, w tej wersji wydarzeń to ja napuściłam na ciebie Flosie – dodała, przyjmując kubek z potencjalnie podejrzaną zawartością. Był gorący i dobrze, bo dłonie jakoś jej kostniały, i gdy upiła łyk, nie przejmowała się, że poparzyła sobie wargę. Ważne, że był ciepły. Że przez chwilę było jej ciepło. – Muszę, cholera, opanować lepiej te umiejętności, żeby jednak w Little Hangleton nie trafiały mnie jakieś dziwaczne czary. Jak zaraz nie przejdzie, chyba będę musiała wpaść do Thomasa albo Basiliusa – powiedziała, bo nie chciała pokazywać, jak jest spanikowana, ale cóż, i tak zachowywała się już jak wariatka, a poza tym zdążyła się przyznać, że dziś wioska coś dziwnie na nią działa. Sądziła, że przeszło zupełnie, ale gdy się od siebie odsunęli i zaczęli omawiać wizje pełne śmierci i ognia było przez chwilę gorzej – teraz znów zdawało się jej, że jest lepiej, ale nie była pewna, czy to znaczyło, że wszystko mija, czy przez tę gorącą mieszankę i efekt zaraz minie. – Nie wiem, o co wam wszystkim chodzi, ja naprawdę sypiam, ot w dziwnych porach, ale w naszej robocie to przecież normalne.
Czasem. I raczej rzadko więcej niż cztery godziny dziennie. Ale spała całkiem sporo na statku, jak płynęły do Afryki, więc się liczyło – odespała wtedy!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.