30.08.2024, 08:54 ✶
Skutki tajemniczej, owocowej herbatki
– Może wysuwaniem w moją stronę oskarżeń bez zgromadzenia należytego materiału dowodowego? Przed Wizengamotem przegrasz z kretesem – oświadczyła, chociaż przecież wcale nie chciała rzucać w niego dżemem, i wcale nie dotykały ją jego żarty. Ot pociągnęła temat. Chociaż myśląc o tym całym dżemie, zastanawiała się mimowolnie, ile w tej wizji było fantazji barda, ile wzięto od nich: niektóre rzeczy musiały pochodzić z ich głów, chyba że Jaskier w istocie był metamorfomagiem, pozostającym stałe w ich otoczeniu, znającym nie tylko Brennę i Atreusa, ale też przyjaciół i krewnych. A z tej myśli przeszła płynnie do kolejnej, czy na tej plaży nie pocałował ją po prostu z rozpędu po wizji. Zaraz uznała jednak po pierwsze, że pewnie i tak by to zrobił prędzej czy później, choćby z ciekawości, po drugie, że naprawdę nie chciała teraz tego analizować i rozkładać na czynniki pierwsze. Za łatwo było dojść do zupełnie chybionych wniosków. Była gliną, ta praca uczyła jednak przynajmniej próbować nie ulegać złudzeniom na podstawie za małej ilości danych.
– Duchem i koleżanką ze szkolnej ławy naszych babć? – podsunęła, żeby przypadkiem o tym szczególe nie zapomniał. Kiedyś czytała jedną powieść, o romansie z ghulem, i cisnęła ją w połowie, powracając do mugolskiej literatury, bo pomijając, że nie była pewna co myśleć o ghulach, to jak tu uznać to za romantyczne, skoro on był w wieku jej dziadka?! – Taka wersja wydarzeń, że to jednak nie ja, a masz ogromnego, kosmicznego pecha. Przyciągasz kłopoty i będzie tylko gorzej - stwierdziła, upijając jeszcze łyk, i tak sobie myśląc, że od razu wiadomo, że on i Basilius to rodzina. Mogliby sobie siąść we dwóch, a może we trzech, zapraszając jeszcze Sebastiana i zacząć dyskutować, jak to wszystko, co złe to wina Brenny. Uśmiechnęła się nawet lekko na to wyobrażenie, bo oczyma wyobraźni prawie widziała minę, jaką mógłby zrobić Macmillan.
- Ja nie choruję - odparła odruchowo, bo faktycznie nie pamiętała, kiedy ostatni raz była chora. Całe lata temu i to gdy jesienią przemokła do suchej nitki. Zaraz jednak zawahała się i uniosła dłoń, dotykając jej wierzchem czoła, bo może... Miał rację? Ale mogłaby przysiąc, że było równie chłodne jak jej dłonie, zimniejsze nawet niż zwykle. Żadnych oznak gorączki. Nie bolało ją gardło, nie miała kataru, nie czuła się nawet bardziej zmęczona niż powinna, było jej tylko okropnie, okropnie zimno.
W jej włosach wciąż było trochę pyłku samotniczek, który wciągnięty w płuca pozostawał w organizmie. I miał jeszcze jakiś czas tam pozostać. A ona nawet nie pamiętała momentu, w którym pył tych kwiatów ją otoczył.
- Słowo, nic specjalnego. Normalna praca. Przesłuchiwałam jedną osobę, ale nie miał nawet różdżki, niczym nie mógłby we mnie rzucić, potem nadrabiałam papiery, piłam tylko kawę, którą sama sobie zrobiłam, nikt nie miał jak mnie przekląć, otruć czy coś takiego i wszystko było w porządku. Za dzieciakiem wysłano nas już nad ranem, jak miałam skończyć służbę. Znalazłam ją w lesie. Nic nie widziałam, na nikogo nie wpadłam, ale tak biorąc pod uwagę, że kiedyś na przykład jakaś wiedźma z lelkiem w okolicy oświadczyła mi, że zaraz zginę, a potem omal nie spadło na mnie drzewo i nie rozjechało mnie auto... to nic mnie nie zdziwi. Chociaż... ta mała strasznie panikowała, ale myślałam, że przestraszyła się, bo została sama w lesie...
Czy była uprzedzona do Little Hangleton? Oczywiście, że tak. Ale jakoś zdawało się jej, że to do licha zawsze z jakichś powodów jest Little Hangleton właśnie.
Coś zastukało w okno.
Brenna odruchowo uniosła głowę, spoglądając w tamtą stronę. Zdało się jej, że widzi za szybką dłoń, która znikła zaraz za ramą. Może to było złudzenie. Albo jakieś dzieciaki robiły sobie żarty. Albo…
…stukanie się powtórzyło.
– Słyszałeś to?
– Może wysuwaniem w moją stronę oskarżeń bez zgromadzenia należytego materiału dowodowego? Przed Wizengamotem przegrasz z kretesem – oświadczyła, chociaż przecież wcale nie chciała rzucać w niego dżemem, i wcale nie dotykały ją jego żarty. Ot pociągnęła temat. Chociaż myśląc o tym całym dżemie, zastanawiała się mimowolnie, ile w tej wizji było fantazji barda, ile wzięto od nich: niektóre rzeczy musiały pochodzić z ich głów, chyba że Jaskier w istocie był metamorfomagiem, pozostającym stałe w ich otoczeniu, znającym nie tylko Brennę i Atreusa, ale też przyjaciół i krewnych. A z tej myśli przeszła płynnie do kolejnej, czy na tej plaży nie pocałował ją po prostu z rozpędu po wizji. Zaraz uznała jednak po pierwsze, że pewnie i tak by to zrobił prędzej czy później, choćby z ciekawości, po drugie, że naprawdę nie chciała teraz tego analizować i rozkładać na czynniki pierwsze. Za łatwo było dojść do zupełnie chybionych wniosków. Była gliną, ta praca uczyła jednak przynajmniej próbować nie ulegać złudzeniom na podstawie za małej ilości danych.
– Duchem i koleżanką ze szkolnej ławy naszych babć? – podsunęła, żeby przypadkiem o tym szczególe nie zapomniał. Kiedyś czytała jedną powieść, o romansie z ghulem, i cisnęła ją w połowie, powracając do mugolskiej literatury, bo pomijając, że nie była pewna co myśleć o ghulach, to jak tu uznać to za romantyczne, skoro on był w wieku jej dziadka?! – Taka wersja wydarzeń, że to jednak nie ja, a masz ogromnego, kosmicznego pecha. Przyciągasz kłopoty i będzie tylko gorzej - stwierdziła, upijając jeszcze łyk, i tak sobie myśląc, że od razu wiadomo, że on i Basilius to rodzina. Mogliby sobie siąść we dwóch, a może we trzech, zapraszając jeszcze Sebastiana i zacząć dyskutować, jak to wszystko, co złe to wina Brenny. Uśmiechnęła się nawet lekko na to wyobrażenie, bo oczyma wyobraźni prawie widziała minę, jaką mógłby zrobić Macmillan.
- Ja nie choruję - odparła odruchowo, bo faktycznie nie pamiętała, kiedy ostatni raz była chora. Całe lata temu i to gdy jesienią przemokła do suchej nitki. Zaraz jednak zawahała się i uniosła dłoń, dotykając jej wierzchem czoła, bo może... Miał rację? Ale mogłaby przysiąc, że było równie chłodne jak jej dłonie, zimniejsze nawet niż zwykle. Żadnych oznak gorączki. Nie bolało ją gardło, nie miała kataru, nie czuła się nawet bardziej zmęczona niż powinna, było jej tylko okropnie, okropnie zimno.
W jej włosach wciąż było trochę pyłku samotniczek, który wciągnięty w płuca pozostawał w organizmie. I miał jeszcze jakiś czas tam pozostać. A ona nawet nie pamiętała momentu, w którym pył tych kwiatów ją otoczył.
- Słowo, nic specjalnego. Normalna praca. Przesłuchiwałam jedną osobę, ale nie miał nawet różdżki, niczym nie mógłby we mnie rzucić, potem nadrabiałam papiery, piłam tylko kawę, którą sama sobie zrobiłam, nikt nie miał jak mnie przekląć, otruć czy coś takiego i wszystko było w porządku. Za dzieciakiem wysłano nas już nad ranem, jak miałam skończyć służbę. Znalazłam ją w lesie. Nic nie widziałam, na nikogo nie wpadłam, ale tak biorąc pod uwagę, że kiedyś na przykład jakaś wiedźma z lelkiem w okolicy oświadczyła mi, że zaraz zginę, a potem omal nie spadło na mnie drzewo i nie rozjechało mnie auto... to nic mnie nie zdziwi. Chociaż... ta mała strasznie panikowała, ale myślałam, że przestraszyła się, bo została sama w lesie...
Czy była uprzedzona do Little Hangleton? Oczywiście, że tak. Ale jakoś zdawało się jej, że to do licha zawsze z jakichś powodów jest Little Hangleton właśnie.
Coś zastukało w okno.
Brenna odruchowo uniosła głowę, spoglądając w tamtą stronę. Zdało się jej, że widzi za szybką dłoń, która znikła zaraz za ramą. Może to było złudzenie. Albo jakieś dzieciaki robiły sobie żarty. Albo…
…stukanie się powtórzyło.
– Słyszałeś to?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.