30.08.2024, 18:02 ✶
Wręcz przeciwnie. Cudownie. Florence zacisnęła na moment usta w bardzo wąską linię, próbując powściągnąć irytację. Potem odetchnęła, a gdy przemówiła, ton miała doskonale opanowany.
- Sądzę, że z czystym sumieniem mogę cię zapewnić: nie planuję zakupu takich kwiatów. Właściwie po tej sytuacji długo nie będę miała ochoty kupować żadnych roślin.
Nie było mowy, aby dostrzegła w nich cokolwiek uroczego: na pewno nie po tym, jak podobne rośliny opanowały jej gabinet. Nie miała pojęcia o żadnych pomyłkach, celowych czy też nie, i sprzedawaniu diabelskich sideł, udających inną roślinę. Na jej wydział nie trafiały takie przypadki, w gronie krewnych i znajomych praktykowano raczej albo cierpliwe znoszenie cierpień małżeńskich, albo morderstwo doskonałe, a i sprawa nie osiągnęła takiej skali, aby zainteresowała jej braci z Biura Aurorów. Nie zastanawiała się też nawet, skąd wie o tym Ambroise - był Greengrassem, ci zawsze dziwnie się zachowywali, gdy szło o rośliny, a ponadto... nie jej sprawa.
- Jest zabezpieczony z myślą o minimalizowaniu ryzyka w razie, gdyby klątwa wymknęła się spod kontroli. Kilka pieczęci, wzmocnione drzwi, specjalnie zabezpieczone szafki, standardowe bariery, poza tym dodatkowo przed każdym pacjentem, który może być problematyczny, także moim dzisiejszym świętym, rzucam czary zabezpieczające. Te ostatnie już zapewne straciły moc.
Efekty magii były nietrwałe, póki nie połączyło się jej z rzemiosłem, ale zarówno drzwi wejściowe, jak i sprzęty były wykonane właśnie z połączenia tych dwóch sztuk, aby nie doszło do niespodziewanych problemów przy leczeniu przekleństw albo skutków źle użytych zaklęć.
- Lepiej zabezpieczone będą jedynie izolatki przygotowane dla potencjalnie groźnych przypadków i część laboratoryjna - wyrecytowała, przypatrując się mu trochę podejrzliwie, zastanawiając, do czego właściwie zmierza.
A potem na kolejne rewelacje po prostu stała przez chwilę. Nie odzywała się. Nie poruszała. Mogłoby się wydawać, że nawet nie oddycha: że ją spertyfikowano.
- Uważasz, że mugolskie środki mogą być skuteczniejsze niż eliksiry? Czy to w ogóle ktokolwiek testował? - spytała, a w jej tonie pobrzmiewała podejrzliwość. Nie darzyła nienawiścią mugoli. Nie darzyła ich nawet pogardą. Nie uważała, że powinni ich zabijać, niewolić, wtrącać się w ich życia. Ale dla niej granice między tymi dwoma światami istniały, i jeśli powinny być przekraczane, to tylko w jedną stronę.
Mugole nie powinni wkraczać w świat czarów.
Podobnie jak mugolskie... pestycydy? Czy jak on to nazwał?
A potem poczuła, że jeszcze chwila, i ona wyjdzie z siebie i stanie obok. Siekiera?! Mogli posłać kogoś po ten "baniak", chociaż Florence nie miała pojęcia, gdzie taki kupić i wątpiła, czy nawet ktoś z mugolskiej rodziny łatwo znajdzie coś takiego w Londynie. Ale... siekierą?!
- Ambroise, czy naprawdę wyobrażasz sobie mnie z siekierą w ręku? - spytała bardzo powoli, bo w myślach mu nie czytała i wyobraziła sobie właśnie, że planuje uzbroić ją w coś na kształt tych goblinach toporów i kazać wycinać te pnącza. Ceniła sobie porządek, zwłaszcza w swoim gabinecie, ale istniały pewne granice, i wymachiwanie siekierą z pewnością je przekraczało. A wyobrazić sobie ją - średniego wzrostu, nie drobną, ale też wyraźnie nie poświęcającą wiele wagi treningom i utrzymaniu formy, z wypielęgnowanymi dłońmi i w zawsze schludnym ubraniu - wycinajacą szalejącą roślinność siekierą było zaiste trudno.
- Sądzę, że z czystym sumieniem mogę cię zapewnić: nie planuję zakupu takich kwiatów. Właściwie po tej sytuacji długo nie będę miała ochoty kupować żadnych roślin.
Nie było mowy, aby dostrzegła w nich cokolwiek uroczego: na pewno nie po tym, jak podobne rośliny opanowały jej gabinet. Nie miała pojęcia o żadnych pomyłkach, celowych czy też nie, i sprzedawaniu diabelskich sideł, udających inną roślinę. Na jej wydział nie trafiały takie przypadki, w gronie krewnych i znajomych praktykowano raczej albo cierpliwe znoszenie cierpień małżeńskich, albo morderstwo doskonałe, a i sprawa nie osiągnęła takiej skali, aby zainteresowała jej braci z Biura Aurorów. Nie zastanawiała się też nawet, skąd wie o tym Ambroise - był Greengrassem, ci zawsze dziwnie się zachowywali, gdy szło o rośliny, a ponadto... nie jej sprawa.
- Jest zabezpieczony z myślą o minimalizowaniu ryzyka w razie, gdyby klątwa wymknęła się spod kontroli. Kilka pieczęci, wzmocnione drzwi, specjalnie zabezpieczone szafki, standardowe bariery, poza tym dodatkowo przed każdym pacjentem, który może być problematyczny, także moim dzisiejszym świętym, rzucam czary zabezpieczające. Te ostatnie już zapewne straciły moc.
Efekty magii były nietrwałe, póki nie połączyło się jej z rzemiosłem, ale zarówno drzwi wejściowe, jak i sprzęty były wykonane właśnie z połączenia tych dwóch sztuk, aby nie doszło do niespodziewanych problemów przy leczeniu przekleństw albo skutków źle użytych zaklęć.
- Lepiej zabezpieczone będą jedynie izolatki przygotowane dla potencjalnie groźnych przypadków i część laboratoryjna - wyrecytowała, przypatrując się mu trochę podejrzliwie, zastanawiając, do czego właściwie zmierza.
A potem na kolejne rewelacje po prostu stała przez chwilę. Nie odzywała się. Nie poruszała. Mogłoby się wydawać, że nawet nie oddycha: że ją spertyfikowano.
- Uważasz, że mugolskie środki mogą być skuteczniejsze niż eliksiry? Czy to w ogóle ktokolwiek testował? - spytała, a w jej tonie pobrzmiewała podejrzliwość. Nie darzyła nienawiścią mugoli. Nie darzyła ich nawet pogardą. Nie uważała, że powinni ich zabijać, niewolić, wtrącać się w ich życia. Ale dla niej granice między tymi dwoma światami istniały, i jeśli powinny być przekraczane, to tylko w jedną stronę.
Mugole nie powinni wkraczać w świat czarów.
Podobnie jak mugolskie... pestycydy? Czy jak on to nazwał?
A potem poczuła, że jeszcze chwila, i ona wyjdzie z siebie i stanie obok. Siekiera?! Mogli posłać kogoś po ten "baniak", chociaż Florence nie miała pojęcia, gdzie taki kupić i wątpiła, czy nawet ktoś z mugolskiej rodziny łatwo znajdzie coś takiego w Londynie. Ale... siekierą?!
- Ambroise, czy naprawdę wyobrażasz sobie mnie z siekierą w ręku? - spytała bardzo powoli, bo w myślach mu nie czytała i wyobraziła sobie właśnie, że planuje uzbroić ją w coś na kształt tych goblinach toporów i kazać wycinać te pnącza. Ceniła sobie porządek, zwłaszcza w swoim gabinecie, ale istniały pewne granice, i wymachiwanie siekierą z pewnością je przekraczało. A wyobrazić sobie ją - średniego wzrostu, nie drobną, ale też wyraźnie nie poświęcającą wiele wagi treningom i utrzymaniu formy, z wypielęgnowanymi dłońmi i w zawsze schludnym ubraniu - wycinajacą szalejącą roślinność siekierą było zaiste trudno.