21.10.2022, 15:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.10.2022, 15:56 przez Martin Crouch.)
Niezmienność dnia kreowała wstęgę życia Martina jak niekończący, powtarzający się wzór. Kalendarz nie istniał, szereg liczb sprowadzony był do pojedynczych dat tworzących supeł na szyi. Jedynym urozmaiceniem w jego życiu były tragedie, okrywające opończą nienawiści do świata i siebie. Lata temu chodził tymi samymi ulicami wypytując o niesławny marsz, płomień śmierci brata. Kilka miesięcy temu wypatrywał w gwiazdach odpowiedzi na gwałtowną odmowę jego żony udziału w spisku zwanym życiem. Uniesienia zdążyły już opaść. Mógł wyjść na bezinteresowny spacer i spojrzeć słońcu w oczy.
Być może przywdziewanie czerni uczyniło z niego wiecznego żałobnika. Kostucha robiła przysługę fanom koloru i to Martina obdarzała swoim błogosławieństwem. A on regularnie składał jej tytoń w ofierze. Tak było i teraz, gdy leniwe kroki stawiał w przypadkowej dzielnicy Londynu. Matka niezbyt zadowolona była z jego przechadzek, lecz nie widział alternatywy. Magiczne rejony przytłaczały ciasnotą. Dodatkowo z jednej strony tłum i wieczny hałas, z drugiej podejrzane pyski na każdym rogu. Wśród Mugoli był wolny. Nie przygniatała go waga nazwiska czy świst różdżek zaangażowanych w konflikt polityczny. Martin nie zdawał sobie sprawy z problemów Mugoli, ale było to dla niego niezwykle wygodne.
W antykwariacie pojawił się przed Brenną. Wtopiony w cień i kurz, zagłębiał się w lekturze nieznanego mu jeszcze francuskiego filozofa. Zapach spalonego papierosa był wyraźniejszy niż sylwetka Croucha i mogło być to pierwszą oznaką, że poza właścicielką jest tu ktoś jeszcze.
Być może przywdziewanie czerni uczyniło z niego wiecznego żałobnika. Kostucha robiła przysługę fanom koloru i to Martina obdarzała swoim błogosławieństwem. A on regularnie składał jej tytoń w ofierze. Tak było i teraz, gdy leniwe kroki stawiał w przypadkowej dzielnicy Londynu. Matka niezbyt zadowolona była z jego przechadzek, lecz nie widział alternatywy. Magiczne rejony przytłaczały ciasnotą. Dodatkowo z jednej strony tłum i wieczny hałas, z drugiej podejrzane pyski na każdym rogu. Wśród Mugoli był wolny. Nie przygniatała go waga nazwiska czy świst różdżek zaangażowanych w konflikt polityczny. Martin nie zdawał sobie sprawy z problemów Mugoli, ale było to dla niego niezwykle wygodne.
W antykwariacie pojawił się przed Brenną. Wtopiony w cień i kurz, zagłębiał się w lekturze nieznanego mu jeszcze francuskiego filozofa. Zapach spalonego papierosa był wyraźniejszy niż sylwetka Croucha i mogło być to pierwszą oznaką, że poza właścicielką jest tu ktoś jeszcze.