- To prawda. - Tylko tyle mogła powiedzieć. Rowle miał rację. Czasem wystarczała krótka sekunda, przez którą można było stracić wszystko. Można było się potknąć w każdym momencie swojego życia, wykonując najbardziej prozaiczną czynność. Dopóki nie kosztowało to największej ceny - życia, może nie warto było się tym przejmować. Oczywiście nie do końca, te lekcje były potrzebne. Wyciąganie wniosków, uczenie się na podstawie tych błędów, by nie dopuszczać do ich powtórzenia. To miało sens. Nie ma po co płakać nad rozlanym mlekiem, przecież to nic nie da. Lepiej się podnieść, otrzepać i żyć dalej. Gerry miewała problem z radzeniem sobie ze swoimi porażkami, a miała wrażenie, że ostatnio większa część jej życia to jedna wielka seria niepowodzeń, co wcale nie ułatwiało jej sytuacji.
Nie lubiła opuszczać głowy, zdecydowanie wolała nosić ją wysoko uniesioną. Przez lata była lekceważona, przez co często musiała udowadniać swoją wartość, dlatego te błędy tak bardzo ją bolały. Bała się tego, że straci swoją pozycją, że zostanie jej odebrana, że znowu zaczną negować jej umiejętności. Zbyt wiele na to pracowała, żeby tak łatwo to stracić. Miała świadomość, że nikt nie jest idealny, że każdemu, czasami może powinąć się noga, ale w stosunku do siebie była zdecydowanie dużo bardziej wymagająca niż do wszystkich wokół. Nie ułatwiało jej to wcale egzystencji na tym świecie.
Jej znajomości na Nokturnie były raczej znikome. Była stałym bywalcem kilku pubów, od wielu lat, ale właściwie na tym się kończyło. Jeśli ktoś czegoś od niej potrzebował, to wiedział gdzie ją znaleźć, no i nie ma się co oszukiwać, że z usług panny Yaxley korzystali raczej czystokrwiści, ci których było stać na kupno wyjątkowych komponentów. Plątanie się po Nokturnie w celu znalezienia nowej klienteli nie było jej potrzebne. Gdy była młodsza zaglądała tam raczej z ciekawości, ludzie którzy mieszkali w tym miejscu byli tak bardzo różni od tych których znała ze spędów czystokrwistych, że nie mogła się temu oprzeć. Lubiła obserwować ludzi, ich zachowania, szczególnie takich, których reakcji nie mogła przewidzieć, a Nokturn był ich pełen. Może nie można się tam było napić dobrego alkoholu, ale wcale jej to nie przeszkadzało.
Gerry nie zamierzała więcej wracać w jego towarzystwie do tematu rodziny. Poczuła, że nie było to wygodne, znali się zbyt krótko, aby zaczęła go o to wypytywać. Wiedziała, że różne relacje mieli ludzie ze swoimi rodzicami. Nie każdy miał tyle szczęścia co ona, spotkała sporo osób, które zostały skrzywdzone przez swoich najbliższych. W różny sposób; jedni fizycznie, inni poprzez wymagania i oczekiwania, których nie mogli spełnić. Krzywda, jaka by nie była nigdy nie powinna dziać się z powodu tych osób. Nie potrafiła tego zrozumieć. Nie była w stanie pojąć. Jak to możliwe, że ci, którzy niby byli najbliżsi sercu, przecież więzi krwi były najsilniejsze czasami okazywali się być największymi wrogami.
- Oczywiście, że nie będę działać pochopnie, nawet bym o tym nie pomyślała. - Esmé mógł się domyślić, że kłamie. Próbowała pokazać mu, że będzie robić to, co jej powie. Niedziałanie pochopnie zupełnie nie było w jej stylu. Wszystko, co robiła, każda decyzja, którą podejmowała to była chwila. Nigdy nie myślała nad konsekwencjami, nie zastanawiała się. Pozwalała sobie na szybkie reakcje, które mogły sprowadzić na nią kłopoty. Nie zamierzała tego zmieniać, taki już miała temperament. Szczególnie, gdy pojawiało się zagrożenie, a ona miała przy sobie kogoś bliskiego. Zawsze była gotowa do ataku. Byleby tylko mieć pewność, że ci, na których jej zależało są bezpieczni.
Wcale nie bała się towarzystwa, które mogła spotkać na Nokturnie. Co mogli jej zrobić? Zdawała sobie sprawę ze swoich umiejętności, na pewno nie byli straszniejsi od bestii na które przyszło jej polować, chociaż miała świadomość, że ludzie to był najgorszy typ potworów. Czyż aktualnie nie polowali na innych tyko dlatego, że ci mieli nieodpowiednią krew? Polowali. Zabijali całe rodziny tylko przez to, że nie podobało im się to, iż niektórzy zostali zupełnie przypadkowo obdarzeni magicznymi umiejętnościami. Tyle, że nie było to tylko towarzystwo z Nokturna, wiedziała i o rodzinach czystokrwistych, zamieszkujących najpiękniejsze rezydencje, które wspierały mniej lub bardziej oficjalnie te ideę. Nokturn był pełen szumowin, zdawała sobie z tego sprawę, musiała być gotowa do ewentualnej obrony, bez względu na to, że Esmé by tego nie chciał, szczególnie, że to on miał być jej przewodnikiem. Nie chodziło o to, że nie wierzyła w jego znajomości, ale zawsze musiała być czujna, gotowa do walki.
Nie widziała nic złego w podzieleniu się z nim tym, że będzie się martwić o jego osobę. Było to dla niej naturalne, wolała być z nim szczera i przedstawić mu jak to widzi. Miała spory problem z tym, że gdy zbliżała się do kogoś choć trochę to czuła się za niego odpowiedzialna. Gdy zaczynało jej choć odrobinę zależeć robiła wszystko, aby drugiej osobie nie stała się krzywda. Bez względu na cenę tych czynów. Zapewne sama wolałaby zginąć, niż pozwolić na to, aby komuś z jej bliskich coś się stało. Taka już była.
Poczuła, że przytulił się do niej mocniej, nie spodziewała się takiej reakcji na swoje słowa. Nie powiedziała mu przecież niczego nadzwyczajnego w tym, że będzie się o kogoś martwić, że będzie się o niego martwić. Może nie wiedzieli o sobie zbyt wiele, jednak podczas tej dosyć krótkiej, aczkolwiek dosyć intensywnej współpracy naprawdę się do niego zbliżyła. Byli do siebie podobni pod wieloma względami, dzięki czemu tak łatwo przychodziło jej rozmawianie z nim, dzielenie się swoimi myślami. Rzadko kiedy potrafiła, aż tak się otworzyć. Nawet przed osobami, które gościły w jej życiu od wielu lat.
- Raczej mówiono mi, że nie mam serca. - Powiedziała cicho. Często spotykała się z krzywymi spojrzeniami skierowanymi w jej stronę. Wiele osób oceniało ją przez pryzmat jej pracy - była przecież zabójcą niewinnych stworzeń, miała krew na rękach. Wolała, aby właśnie w ten sposób wszyscy ją widzieli. Tylko najbliżsi znali jej drugą stronę, tą którą pokazała Esmé. Pod tą całą masą pozorów kryła się bowiem ta prawdziwa ona, która dla swoich bliskich była w stanie zrobić dosłownie wszystko. Nie byłoby rzeczy, której by nie zrealizowała, gdyby miało to ocalić tych, na których jej zależało. Nie była w stanie stwierdzić, czy ktokolwiek potrafiłby się poświęcić dla niej, ale to nie było istotne. Wolała dawać niżeli brać, chociaż kończyło się to różnie. Wiele razy zawiodła się na ludziach, jednak nie nauczyło jej to dystansu.
Nie miała pojęcia za co jej dziękuje. Dobrze było tkwić w tym uścisku, jednak wiedziała, że czas ją naglił, musieli ruszyć dalej, żeby mogła wreszcie zakończyć temat złego bliźniaka. Musiała się go pozbyć i najlepiej, gdyby stało się to jak najszybciej, kto wie bowiem, co durnego znowu mu przyjdzie do głowy, kogo z jej znajomych postanowi zaatakować. Wolała tego nie sprawdzać.
Rowle pierwszy zeskoczył z lady, dostrzegła jego rękę, wyciągniętą w jej kierunku, aby pomóc jej zejść. Skorzystała z tego gestu, chociaż wcale nie musiała. Znalazłaby się na ziemi pewnie w kilka sekund bez mniejszego problemu, ale całkiem przyjemnie było czasem skorzystać z czyjejś pomocy, nawet w tak błahej czynności. Doceniała to, że Esmé nie zapominał o tym, że jest kobietą, jak zdarzało się wielu osobom w jej towarzystwie. Nie ma się im zresztą co dziwić, jej zachowanie czasem przypominało bardziej to męskie.
W końcu stanęła na podłodze. Uśmiechnęła się przy tym z wdzięcznością do swojego towarzysza, żeby zauważył, że doceniła jego gest. Później obserwowała jak zamyka swojego smoczoognika w klatce. Zwierzę nie było z tego powodu specjalnie zadowolone, wcale mu się nie dziwiła, ona również bardzo ceniła sobie wolność. Nie umiała sobie wyobrazić, że ktoś mógłby ją zniewolić, oczywiście rozumiała z czego wynika to, co robił Esmé, ale sama ta czynność wzbudzała u niej niezbyt przyjemne emocje, czego starała się nie okazywać.
Czekała, aż mężczyzna będzie gotowy do ich wspólnej wyprawy. Tak naprawdę robiła się nawet nieco tym podekscytowana, nie miała pojęcia kogo spotkają, z kim będą rozmawiać, ani czego się dowiedzą, być może będzie to przełomowy moment w jej śledztwie.
Rowle najwyraźniej był gotowy do drogi, znalazł się tuż przy niej. Uniosła na chwilę wzrok, by spojrzeć na jego twarz, gdy zobaczyła, że wysunął w jej kierunku ramię, jakby chciała odczytać, co oznacza ten gest. Czy było to dla niej istotne, może wcale nie. Postanowiła więc skorzystać z jego ramienia, oparła się o nie. Mogli opuścić to miejsce i wyruszyć na poszukiwanie potrzebnych jej informacji.
Nie martwiło jej wcale, że ktoś mógł ich wziąć za parę, czy małżeństwo, nigdy nie przejmowała się tym, co pomyślą sobie obce osoby, a nawet te które znała. Nie powinni interesować się tym, z kim się prowadza, a całkiem komfortowe było znajdowanie się tak blisko mężczyzny.
Kiedy Rowle zamknął pracownię udali się wreszcie na Nokturn, który znajdował się tuż nieopodal jego pracowni. Zmrużyła oczy, gdy znaleźli się na zewnątrz, musiała przyzwyczaić je do światła. Nokturn za dnia nie wydawał jej się być szczególnie straszny, to przecież w nocy pojawiały się najstraszniejsze potwory, teraz nie powinno być tak źle.
Mijali sporo osób, nie wyglądały na szczególnie szczęśliwe, Ger zastanawiała się, czy byliby jej w stanie zrobić krzywdę, gdyby znalazła się tutaj w nocy, sama, bez odpowiedniej osoby u swojego ramienia. Lubiła ryzyko, lubiła testować swoje możliwości. Może mogłaby spróbować to zrobić, żeby dowiedzieć się, czy faktycznie jest taka niepokonana.
Trafili do jednej z wielu wąskich uliczek. Esmé zdecydowanie wiedział, gdzie iść. Przynajmniej sprawiał takie wrażenie. Zbliżyli się do mężczyzny, który siedział na taborecie, nie miała pojęcia kim jest, ani co tutaj robi. Najwyraźniej jednak jej towarzysz uznał, że będzie mógł od niego uzyskać informacje. Musieli się znać, co wywnioskowała po tym, jak przebiegała rozmowa. Nie wyglądał on na osobę, z którą sama Yaxley chciałaby dobić targu, ale nie zamierzała go oceniać, to było niegrzeczne, może faktycznie będzie coś wiedział.
Nie wchodziła w słowo Esmé, trzymała się kurczowo jego ramienia i wsłuchiwała w rozmowę. To on dzisiaj rozdawał karty, znajdowali się w miejscu, w którym mógł dowodzić. Nie miała zamiaru mu w tym przeszkadzać, bo mogło to tylko zaszkodzić. Przynajmniej nie do momentu, w którym nie uzna, że robi się niebezpiecznie, wtedy się zaangażuje.
Nie zdziwiło jej to, że mężczyzna wspomniał o tym, że Thoran przed kimś uciekał. Najwyraźniej ciągle to robił, od jakiegoś czasu pakował się w kłopoty i ściągał je na inne osoby. Nawet jej było trochę żal tego faceta, że przez jej bliźniaka ktoś chciał go pobić. Zapamiętała jednak najbardziej tę ostatnią informację, że przypomniał sobie o jej bracie dopiero wtedy, gdy Esmé o niego zapytał. To było dziwne, będzie musiała sprawdzić o co mogło chodzić z tymi zanikami pamięci.
Ich wędrówka był dosyć długa. Przemierzyli chyba każdy możliwy kąt w Nokturnie. Reakcje na jej osobę były różne, spodziewała się tego. Mogła nie wzbudzać zaufania, była przecież dla wielu bogatą, rozkapryszoną dziewczynką, która bawiła się w łowcę.
Nikt jednak nie wiązał jej z Thoranem, co ją dziwiło. Wiele razy pojawiali się razem na Nokturnie, ktoś powinien kojarzyć ich jako rodzeństwo. Za to gdy Esmé o nim wspominał to zaczynali swoje opowieści.
Plątali się po Noturnie naprawdę długo, najwyraźniej wieści o ich obecności i pytaniach zaczęły się roznosić wśród jego mieszkańców, bo w końcu już nikt nie chciał z nimi rozmawiać. Powinna się tego spodziewać, ci ludzie nie należeli do szczególnie sympatycznych. Nie znali ich intencji, lepiej trzymać gęby na kłódkę.
Skierowali się wreszcie w stronę pracowni Esmé. Gerry próbowała sobie ułożyć w głowie wszystko, co usłyszała o swoim wyimaginowanym bracie. Sporo tego było, nie miała jednak pojęcia, czy coś faktycznie będzie przydatne, miała nadzieję, że nic istotnego jej nie umknie.
Trafili tuż przed "Skórę i kości", zakończyli swoją małą wycieczkę. Oczywiście nie odmówiła mu papierosa, po tym wszystkim było jej to potrzebne. Gdy jej go odpalił zaciągnęła się dymem. - Pomyślą sobie, że jestem pierdolnięta. - Rzuciła jeszcze. Nie do końca jej zależało na opinii mieszkańców Nokturnu, jednak nie zdziwiło jej by to, gdyby faktycznie tak sobie pomyśleli. Gorzej, że Esmé był z nią i może również mogliby o nim pomyśleć to samo.
Kiedy mężczyzna oparł się o murek, zrobiła to samo, tuż obok niego. Trochę zmęczył ją ten ich wspólny spacer.
- Wydajesz się być bardzo pewien tej tezy. - Przechyliła głowę w jego stronę, aby spojrzeć na twarz Esmé. Mówił to z taką pewnością, że była mu w stanie uwierzyć w to, że była to bzdura, te opowieści, które dzisiaj usłyszeli, zresztą zbyt wiele ich było, aby wszystkie były prawdziwe.
Słuchała bardzo uważnie jego tłumaczenia. Pokiwała głową twierdząco, gdy wspomniał o schemacie. Tak, nie umknęło jej to również, tylko nie do końca wiedziała, jak można było uzyskać taki efekt, to jakaś klątwa, rytuał, chuj wie co?
- Wspomnienia pojawiają się, kiedy pytamy o Thorana, tylko jak? Jakim cudem głupie pytanie o jego osobę potrafi spowodować to, że ktoś tworzy sobie wspomnienia? - Czy ktoś w ogóle może być taki potężny?