- Oby ten ktoś nadawał się do tego bardziej niż ja. - Na świecie było wielu desperatów, oni pewnie bez mniejszego problemu przyjęliby podobną propozycję. Yaxley wydawało się jednak, że mimo wszystko Mung nie jest, aż tak bardzo w potrzebie, aby przyjmować ludzi z ulicy. Miała świadomość, że są to tylko żarty, ale wyobraziła sobie to miejsce pełne laików, wtedy dopiero byłoby straszne. Poczuła chłód na plecach na samą myśl o tym, że mogłaby trafić na niekompetentnego lekarza, który mógłby zniszczyć jej życie.
- Tego akurat nie mogę obiecać. - Mrugnęła do niego porozumiewawczo. Nie miała w zwyczaju obiecywać czegoś, czego nie była w stanie zapewnić. Nie mogła mieć pewności, że niedługo nie znajdzie się pod ziemią w ten metaforyczny sposób. Jej praca była dosyć ryzykowna i pogodziła się z tym, że śmierć może się jej przytrafić. Śmierć nie była najgorszym, co mogło ją spotkać, jej się nie bała. Pewnie wolałaby umrzeć, niżeli stracić sprawność fizyczną. Ograniczenie wolności było rzeczą, która powodowała u niej strach, wszelkie urazy, których nie dało się uleczyć z tym się wiązały.
- Bardziej mnie ciekawi po co, a nie jak. - Dodała zainteresowana tematem. Nie miała pojęcia o tym, że uzdrowiciele głowią się nad tym, jak usunąć sobie dwa żebra. Ona zdecydowanie wolałaby mieć je wszystkie, przecież gdyby któreś były jej niepotrzebne to nie urodziłaby się z taką ilością jaką miała. Nie wpadła na to, że może chodzić o estetykę, bo Gerry nigdy nie przejmowała się swoim wyglądem. Znaczy nie teraz, kiedyś tak, ale miała to za sobą.
- Skoro efekt nie ma znaczenia, to po co to robicie? - Próbowała to pojąć, widać jednak chyba nie do końca potrafiła nadążyć, mógł dostrzec na jej twarzy konsternację, ale skoro zapytała o to wprost pewnie w ogóle nie przejęła się tym, że gdzieś się zgubiła. Yaxleyówna nie miała problemu z tym, żeby dopytywać, kiedy czegoś nie rozumiała.
- Kto wie, czy nie jest już na to za późno. - Oczy jej błysnęły, kiedy usłyszała ten cytat. Nie była potworem, zdecydowanie nie, wiedziała jednak, że spora część osób widzi ją w ten sposób. Przywykła do nieprzyjemnych spojrzeń, do szeptów, które dochodziły do jej uszu, gdy pojawiała się w towarzystwie. Jej praca nie była czymś z czego można było być dumnym, większość rodziców wolała, aby ich dzieci rozwijały swoje kariery w ministerstwie, większość normalnych osób nią gardziła i zdawała sobie z tego sprawę. Jakby była kimś niżej kategorii, Yaxleyowie od zawsze byli traktowani jak dzikusy z lasu.
- Trafiłeś, ulubioną ciocią i starszą kuzynką. - Dodała z uśmiechem. Nie była przecież aż tak stara, miała ledwie dwadzieścia jeden lat, sama nadal trochę czuła się jak wyrośnięty dzieciak. Chętnie spędzała czas z młodszą częścią swojej rodziny, zdarzało się jej też demoralizować nastolatków, teraz to ona dostarczała im alkohol na rodzinnych spotkaniach, pamiętając o tym, że sama uwielbiała swojego wujka, który robił to dla niej. Jej rodzina była dla niej ważna i zależało jej na dobrych stosunkach z większością jej członków, bo zdarzały się wyjątki, takie jak chociażby ten dupek John, który leżał na szpitalnym łóżku. Prychnęła słysząc kolejną część wypowiedzi. Matką. Jak mogłaby być matką, kiedy sama nie potrafiła ogarnąć swojego życia, nie byłaby w stanie odpowiadać za kogokolwiek poza sobą, zresztą do posiadania potomków trzeba było mieć chyba partnera, a też jak na razie nie zakładała, że utknie z kimś na stałe, bo to ograniczałoby jej wolność, zresztą tak samo jak dzieci. - Nie zamierzam być matką. - Dodała jeszcze nieco chłodnym tonem. Był to dosyć drażliwy temat szczególnie jak na pierwszą rozmowę. Jej własna rodzicielka bardzo często przypominała jej o tym, że powinna wybić sobie z głowy głupoty związane z polowaniami, bo powinna myśleć o założeniu rodziny - niedoczekanie.
- Ale to chyba dobrze, że macie dużo pracy? - Fakt, rozmowa zaczęła się od tego, że wspominał o tym, że mają wielu pacjentów, a niezbyt wielu ludzi, jednak czy mieliby w ogóle co robić, gdyby nie to, że niektórzy nie potrafili żyć odpowiedzialnie. Co by nie mówić, płacono im za to, że leczyli takich idiotów jak John, czy ten drugi.
- Po raz kolejny muszę się z tobą zgodzić. - W tym przypadku jednak bardziej traktowała to jako błogosławieństwo, mężczyzna stojący przed nią bowiem wzbudził jej zainteresowanie i właściwie to bardzo chętnie by się z nim spotkała jeszcze raz. Jako, że okazja nadarzyła się sama nie mogła z niej nie skorzystać, kultura wyższych sfer okazała się więc wyjątkowo je sprzymierzeńcem.
- Większość nie zabija dla przyjemności. - Rzuciła jeszcze odpowiedź na jego komentarz.
- Chociaż w tym przypadku może wybrałabym opalookiego antypodzkiego. - Dodała po chwili zamyślenia. Były to smoki, które żyły w Nowej Zelandii, niezbyt agresywne, chyba, że faktycznie były zmuszone do tego, aby atakować. Z drugiej strony Yaxleyówna sama lubiła zaczepiać, więc może nie do końca pasował. - Jednak jak dłużej o tym myślę, to jednak byłyby to chiński ogniomiot. - Który lubił atakować wszystkich poza swoim rodzajem, jak ona, chętnie wchodziła w polemikę, więc może ta analogia była odpowiednia.
- Uznałabym to bardziej za realizm. - Powiedziała spokojnym tonem, kiedy po raz kolejny zaciągała się dymem. W końcu nie ma się oszukiwać, że było coś więcej. Śmierć czekała na każdego, prędzej czy później przyjdzie do niej, czy do niego. Powinni być na to gotowi. Często myślała o końcu, musiała to robić, zważając na to, jak niebezpieczny zawód wykonywała była niemalże pewna, że umrze szybciej niż stojący przed nią Ambroise, i prędzej niż większość jej znajomych. - Dosyć śmiałe założenie, że moje życie jest pełne sukcesów. - Nie umknęło jej, że po raz kolejny nazwał ją damą, jakoś tak przeszkadzało jej to mniej, gdy akurat on się zwracał do niej w ten sposób. Gerry wbrew pozorom potrafiła być też typową damą, gdy ją o to proszono. Wiele razy spełniała prośby rodziców i pojawiła się w bardzo odmienionym wydaniu podczas przyjęć, gdzie większość znajomych jej nie rozpoznawała, a najciekawsze było to, że nawet to lubiła. Przyjemność sprawiało jej zaskakiwanie wszystkich znajomych, wzbudzanie zainteresowania. Dzięki swojemu wychowaniu łatwo jej też było wchodzić w tę rolę panny z dobrego domu.
- Dziękuję za sprostowanie, jak widzisz znam się na roślinach raczej nie za bardzo. - Nie miała najmniejszego problemu z tym, że ją poprawił, najwyraźniej Greegrass znał się na ziołach, co jej nie dziwiło, ich rodzina z tego słynęła. Jak ona musiał chłonąć tę wiedzę, którą przekazywali sobie od pokoleń.
Nim sięgnęła do jego papierośnicy, przygasiła tego fajka, którego miała w dłoni swoim ciężkim butem. Dopiero wtedy jej lewa ręka wyciągnęła papierosa. Odpaliła go swoją zapalniczką, a po chwili zaciągnęła się dymem. Smak był inny od tego, który znała, ale bardziej od smaku była ciekawa tych innych właściwości, o których wspominał. Czy faktycznie zioła zadziałają na nią uspokajająco?
- Tak, w mieście nie widać tego, jaka jest potężna. - Powiedziała spoglądając na niebo. Budynki, które ich otaczały odejmowały piękna żywiołowi. Gubił się w mieście. Gdy znajdowała się w lesie mogła w pełni napawać się tym zjawiskiem. Wtedy faktycznie czuła się mała wobec jego siły i potęgi, czuła, że jest tylko jednym, małym nic nie znaczącym elementem tego świata.