15.01.2023, 00:07 ✶
Florence miała za sobą kilka godzin dyżuru, podczas którego przysyłano do niej pacjentów, zrobiła obchód po salach, w których leżały osoby potrzebujące dłuższej kuracji i wreszcie wróciła z powrotem do gabinetu. W teorii godziny jej pracy zakończyły się dziesięć minut. W praktyce miała zamiar poświęcić jeszcze pół godzinki na uporządkowanie papierów i kolejne parę chwil na zapoznanie się z kartą jednego z pacjentów. Klątwa, którą go obłożono, wprawdzie została zdjęta, ale pozostawiła po sobie paskudne skutki uboczne i Bulstrode była zdecydowana znaleźć sposób na ich zniwelowanie.
Kiedy ktoś zapukał, nawet nie uniosła wzroku znad karty. Jeżeli chodziłoby o jakiś absolutnie nie mogący czekać przypadek w rodzaju „przywożą brydadzistów z akcji, na wszystkich ciążą klątwy”, nie pukano by.
- Proszę! Nie mówcie tylko, że znowu chodzi o Tobiego Evansa? – rzuciła, podnosząc głowę dopiero, kiedy Lestrange przekroczyła próg.
Gabinet Florence był sterylnie wręcz czysty. Idealnie uporządkowany. Inne sale w Mungu nie zawsze były dokładnie wyczyszczone, a czasem sprawiały wręcz odrobinę obskurne wrażenie, ale tutaj Bulstrode sama o wszystko zadbała. Nawet gdyby ktoś otworzył szafki i zajrzał do podręcznego składziku z podstawowymi eliksirami, odkryłby, że ustawiono je wręcz pod linijkę. Umiłowanie porządku towarzyszyło zresztą Florence od dawna: właściwie od dzieciństwa, kiedy nawet zabawki układała bardzo równo. Ona sama zresztą też miała na sobie idealnie gładką i czystą szatę, jakby dopiero ją wyprano i wyprasowano, a jej ciasny kok potraktowano chyba magią, bo nie wymknął się z niego żaden kosmyk.
Spojrzenie jasnych oczu stało się jednak jakby trochę cieplejsze, kiedy rozpoznała w kobiecie, stojącej na progu, swoją kuzynkę. W szpitalu Florence uchodziła za surową, ba, nie mającą wręcz serca, ale to istniało i czaiły się w nim duże pokłady słabości wobec krewnych. Zwłaszcza takich jak Amanda – bliskie kuzynostwo dość często kończyło pod opieką Florence, jednej z najstarszych z „młodego pokolenia” w rodzinie. Pewnie zresztą po części to właśnie ukształtowało jej charakter.
- Amanda? No proszę, ledwo cię poznałam. – Dziewczyna wydoroślała, bardzo też schudła. Być może wiele osób by ją za to pochwaliło, ale oczyma uzdrowicielki Florence widziała coś, co wcale się jej nie podobało. - Twoja matka wspominała, że wracasz, ale nie miałam pojęcia, że jesteś już w kraju. Mam nadzieję, że ta pilna sprawa nie oznacza, że masz problem z jakąś klątwą?
Zmierzyła pannę Lestrange uważnym spojrzeniem, jakby chcąc dostrzec ewentualne ślady po magii, która mogłaby sprawiać jej problemy. Może faktycznie klątwa i objawem była ta niepokojąca chudość? Nie powiedziała jednak tego na głos, na wypadek, gdyby się myliła, zamiast tego wskazała Amandzie krzesło naprzeciwko siebie.
Kiedy ktoś zapukał, nawet nie uniosła wzroku znad karty. Jeżeli chodziłoby o jakiś absolutnie nie mogący czekać przypadek w rodzaju „przywożą brydadzistów z akcji, na wszystkich ciążą klątwy”, nie pukano by.
- Proszę! Nie mówcie tylko, że znowu chodzi o Tobiego Evansa? – rzuciła, podnosząc głowę dopiero, kiedy Lestrange przekroczyła próg.
Gabinet Florence był sterylnie wręcz czysty. Idealnie uporządkowany. Inne sale w Mungu nie zawsze były dokładnie wyczyszczone, a czasem sprawiały wręcz odrobinę obskurne wrażenie, ale tutaj Bulstrode sama o wszystko zadbała. Nawet gdyby ktoś otworzył szafki i zajrzał do podręcznego składziku z podstawowymi eliksirami, odkryłby, że ustawiono je wręcz pod linijkę. Umiłowanie porządku towarzyszyło zresztą Florence od dawna: właściwie od dzieciństwa, kiedy nawet zabawki układała bardzo równo. Ona sama zresztą też miała na sobie idealnie gładką i czystą szatę, jakby dopiero ją wyprano i wyprasowano, a jej ciasny kok potraktowano chyba magią, bo nie wymknął się z niego żaden kosmyk.
Spojrzenie jasnych oczu stało się jednak jakby trochę cieplejsze, kiedy rozpoznała w kobiecie, stojącej na progu, swoją kuzynkę. W szpitalu Florence uchodziła za surową, ba, nie mającą wręcz serca, ale to istniało i czaiły się w nim duże pokłady słabości wobec krewnych. Zwłaszcza takich jak Amanda – bliskie kuzynostwo dość często kończyło pod opieką Florence, jednej z najstarszych z „młodego pokolenia” w rodzinie. Pewnie zresztą po części to właśnie ukształtowało jej charakter.
- Amanda? No proszę, ledwo cię poznałam. – Dziewczyna wydoroślała, bardzo też schudła. Być może wiele osób by ją za to pochwaliło, ale oczyma uzdrowicielki Florence widziała coś, co wcale się jej nie podobało. - Twoja matka wspominała, że wracasz, ale nie miałam pojęcia, że jesteś już w kraju. Mam nadzieję, że ta pilna sprawa nie oznacza, że masz problem z jakąś klątwą?
Zmierzyła pannę Lestrange uważnym spojrzeniem, jakby chcąc dostrzec ewentualne ślady po magii, która mogłaby sprawiać jej problemy. Może faktycznie klątwa i objawem była ta niepokojąca chudość? Nie powiedziała jednak tego na głos, na wypadek, gdyby się myliła, zamiast tego wskazała Amandzie krzesło naprzeciwko siebie.