31.08.2024, 15:01 ✶
Atreus parł do przodu i jednocześnie starał się szukać czegoś innego. Czegoś, co nie pasuje do tego obrazka, czegoś co podpowie mu, że to było coś więcej. Bo to, że cała sytuacja została zaplanowana, nie pozostawiało wątpliwości. Pytaniem kluczowym jednak było: kto to zaplanował? Gdy raz po raz wznosił spojrzenie ku niebu, nie widział mrocznego znaku. Gdy szedł do miasta miał szerszy ogląd na otoczenie i też go nie dostrzegał. Teraz, gdy zbliżał się do centrum wydarzeń, również go nie widział. Ale to nie oznaczało, że to wszystko było sprawą mugoli. Bulstrode nie miał pewności, czy tak wielki chaos mogli spowodować mugole.
Czy mieli do tego środki i odpowiednie narzędzia? Oczywiście że wiedział co nieco, ale to... To trochę wykraczało poza skalę jego rozumowania. W Belfaście było tyle zniszczeń, tyle bólu i cierpienia, tyle chaosu - to była domena Śmierciożerców i Voldemorta. Był więc czujny i gotowy na reakcję, gdyby gdzieś kątem oka dostrzegł charakterystyczne, czarne szaty i maski, skrywające tożsamość piesków Voldemorta. Lecz ciężko mu było dostrzec cokolwiek w tym chaosie. Nie widział aur, nie widział magii, nie widział nic, co sugerowałoby, że za tym wydarzeniem stoi magia.
Czego tu właściwie szukał? Takie myśli raz po raz dobijały się do jego umysłu, gdy przyciskał chustkę do nosa i ust. Nie dostali konkretnych wskazówek. Szukał więc czegokolwiek. Im bliżej epicentrum wybuchu był, tym bardziej wyczuwał strach, towarzyszący mugolom. Czy im współczuł? Cóż... Musiałby chyba mieć serce z kamienia, żeby nie odczuwać empatii w takiej sytuacji. Współczuło się przecież każdemu, nawet zwierzętom. A to przecież byli ludzie. Ludzie, którzy tracili życie w imię nie wiadomo czego. Albo magirasizmu, albo terroryzmu. Oba te powody były wstrętne i obrzydliwe, kompletnie niezrozumiałe dla osób o normalnych umysłach.
Gdzieś z boku dostrzegł czerń. Spiął całe ciało - nie był pewien, czy to była szata, czy może spódnica albo sukienka, ale rąbek czarnego jak noc materiału mignął mu za winklem sypiącego się domu. Wszystkie alarmy w jego ciele darły się ostrzegawczo. Czy to był znak, na który czekał? Czy widział śmierciożercę? Mugole też ubierali się na czarno, ale nie był pewny, co widział, miał za mało czasu. Musiałby ruszyć biegiem, żeby to sprawdzić.
Czy mieli do tego środki i odpowiednie narzędzia? Oczywiście że wiedział co nieco, ale to... To trochę wykraczało poza skalę jego rozumowania. W Belfaście było tyle zniszczeń, tyle bólu i cierpienia, tyle chaosu - to była domena Śmierciożerców i Voldemorta. Był więc czujny i gotowy na reakcję, gdyby gdzieś kątem oka dostrzegł charakterystyczne, czarne szaty i maski, skrywające tożsamość piesków Voldemorta. Lecz ciężko mu było dostrzec cokolwiek w tym chaosie. Nie widział aur, nie widział magii, nie widział nic, co sugerowałoby, że za tym wydarzeniem stoi magia.
Czego tu właściwie szukał? Takie myśli raz po raz dobijały się do jego umysłu, gdy przyciskał chustkę do nosa i ust. Nie dostali konkretnych wskazówek. Szukał więc czegokolwiek. Im bliżej epicentrum wybuchu był, tym bardziej wyczuwał strach, towarzyszący mugolom. Czy im współczuł? Cóż... Musiałby chyba mieć serce z kamienia, żeby nie odczuwać empatii w takiej sytuacji. Współczuło się przecież każdemu, nawet zwierzętom. A to przecież byli ludzie. Ludzie, którzy tracili życie w imię nie wiadomo czego. Albo magirasizmu, albo terroryzmu. Oba te powody były wstrętne i obrzydliwe, kompletnie niezrozumiałe dla osób o normalnych umysłach.
Gdzieś z boku dostrzegł czerń. Spiął całe ciało - nie był pewien, czy to była szata, czy może spódnica albo sukienka, ale rąbek czarnego jak noc materiału mignął mu za winklem sypiącego się domu. Wszystkie alarmy w jego ciele darły się ostrzegawczo. Czy to był znak, na który czekał? Czy widział śmierciożercę? Mugole też ubierali się na czarno, ale nie był pewny, co widział, miał za mało czasu. Musiałby ruszyć biegiem, żeby to sprawdzić.