31.08.2024, 15:33 ✶
Charlie bynajmniej nie był rabusiem, a może nawet wręcz przeciwnie - zamierzał więcej dać od siebie aniżeli zabrać z domu Bulhakovów. Nie dało się jednak ukryć, że był swoistym paziem buław w życiu tak Peregrinusa, jak i innych mieszkańców domu, zamierzającym rzucić się w wir ich żyć i przynieść wiele nowego wraz ze swoją niepochamowaną wiarą w lepsze jutro. Kiedy patrzył w tył, na konflikt z rodziną, na kłótnie z ojcem, nieporozumienia ze wszystkimi, którzy byli dla niego ważni... przyszłość mogła malować się w tylko lepszych kolorach i nie potrzebował wróża, by mu to uświadomić. Annaleigh dawała mu możliwości, których zmarnować nie chciał, czy się to Peregrinusowi podobało, czy nie.
Przed drzwiami musiał czekać dłużej, niż miał nadzieję i zaczynał już nawet tracić wiarę w to, że te kiedykolwiek wpuszczą go do środka. Odźwierny, czy kimkolwiek był chłopak z uroczymi loczkami i spojrzeniem, które mogło zabić, przywitał go jednak, choć bez przesadnej radości w głosie. Charles nie odwdzięczył się tym samym.
- Dzień dobry! - Zawołał, rześki jak poranek, którego promienie rozświetliły ciemną sień Praw Czasu. Po tym, jak nieznajomy użył jego nazwiska, spodziewał się, że jest oczekiwany, ale gdy padło pytanie o jego zamiary, nieco się zawahał. - Ja... jestem umówiony z panią doktor. - Wyjaśnił, skłoniwszy nieco głowę, nieumiejętnie oddając honory pani domu, nawet gdy nie była obecna. Entuzjazm go nie opuszczał. - Dzisiaj zaczynam pracę dla pani doktor. Charlie. - Przedstawił się. - Proszę mówić mi Charlie.
Wyciągnął dłoń w stronę odźwiernego, tak szczerze i niewinnie, jak pisklę, które dopiero wyfrunęło z gniazda i z radością poznaje nowy, wspaniały świat. Jego oczy błyszczały nadzieją i oczekiwaniem. Nie przyjmował odmowy, nie nastawiał się na nic złego. To miał być dobry dzień.
Przed drzwiami musiał czekać dłużej, niż miał nadzieję i zaczynał już nawet tracić wiarę w to, że te kiedykolwiek wpuszczą go do środka. Odźwierny, czy kimkolwiek był chłopak z uroczymi loczkami i spojrzeniem, które mogło zabić, przywitał go jednak, choć bez przesadnej radości w głosie. Charles nie odwdzięczył się tym samym.
- Dzień dobry! - Zawołał, rześki jak poranek, którego promienie rozświetliły ciemną sień Praw Czasu. Po tym, jak nieznajomy użył jego nazwiska, spodziewał się, że jest oczekiwany, ale gdy padło pytanie o jego zamiary, nieco się zawahał. - Ja... jestem umówiony z panią doktor. - Wyjaśnił, skłoniwszy nieco głowę, nieumiejętnie oddając honory pani domu, nawet gdy nie była obecna. Entuzjazm go nie opuszczał. - Dzisiaj zaczynam pracę dla pani doktor. Charlie. - Przedstawił się. - Proszę mówić mi Charlie.
Wyciągnął dłoń w stronę odźwiernego, tak szczerze i niewinnie, jak pisklę, które dopiero wyfrunęło z gniazda i z radością poznaje nowy, wspaniały świat. Jego oczy błyszczały nadzieją i oczekiwaniem. Nie przyjmował odmowy, nie nastawiał się na nic złego. To miał być dobry dzień.