Pokiwał głową twierdząco, gdzieś z boku głowy notując to, że alkohol przecież by pomógł - Icarus miał rację, on łagodził ból. Nie tylko ten fizyczny. Magia alkoholu sprawiała, że wszystko stawało się prostsze. Jełczały problemy i rozkładały się na stosie przypadków, a ty mogłeś pogrążyć się w pozorze istnienia. Niby jesteś, a tak jakby wcale cię nie było. I tylko czas odliczał mijane minuty, nie pozwalając zapomnieć o tym, że życie przecieka ci przez palce. A jednak zapominasz. O bólu, o problemach, o czasie, o życiu. Nawet kiedy topisz się w smutku to jest on łatwiejszy do zniesienia, kiedy procenty tańczą w żyłach. Może dlatego, że je wylewasz wraz ze łzami? Nie dbasz o konwenanse i chcesz tylko, żeby rzeczy stały się prostsze?
W prostocie rzeczy Laurent marzył o prysznicu. Kiedy ból powoli odpływał, a jemu zostało drżenie i zmęczenie, myślał o prysznicu i śnie. Chciał spać. Był zmęczony. O! Alkohol też by się do tego nadał! Szkocka, która utuli cię do snu! Nie był lekarzem, ale wiedział dobrze, że alkohol niekoniecznie dobrze na rany działa. Chyba tylko wtedy, gdyby miał pewność, że działa dobrze, to zgodziłby się z Icarusem, że można alkohol wykorzystać w mniej barbarzyński sposób niż czyszczenie ran - czyli wypić go.
W końcu zrobiło się cicho. Spokojnie. Laurent zwinął się tutaj w swetrze i kocach, przysypiając zanim dobrze zdążył zauważyć, że zasnął. Nie myśląc chwilowo o tym, że przecież obiecał Norze, że pojawi się na jej przyjęciu. Ufał Basiliusowi. Ufał Icarusowi. Ten bezpieczny kącik, który stał się pachnący wręcz od ziół i czystego alkoholu, sterylny po uprzątnięciu krwi, był tym miejscem, w którym mógł wypocząć. Nie działy się żadne ekscesy - chwilowo podwyższona temperatura była tylko naturalnym procesem i zaraz wszystko wróciło do normy. On wrócił do normy. Jakiejś.
Zbyt szybkiej jak na mniemanie Basiliusa - to na pewno. Bo kiedy tylko się przebudził i doszedł do siebie między zastanowieniem, gdzie on w ogóle jest i co się dzieje to spojrzał na zegarek. To TA godzina?! Nie zastanawiał się nawet, ile spał, ale minęły ze dwie, trzy godziny. Pierwszym odruchem było zerwanie się, ale na szczęście zatrzymał samego siebie. Zatrzymał go ból nogi, kiedy oparł na niej ciężar swojego ciała bez pomyślunku. W końcu się wygramolił. Powoli. Ostrożnie. Poprosił Basiliusa o coś znieczulającego, co pomoże przetrwać wieczór. Krótki, bo nie zamierzał na przyjęciu długo zabawić, ale nie było takiej możliwości, żeby się wycofał. I tylko obiecał kuzynowi, że tak, będzie dbać o nogę i jutro przyjdzie, żeby mógł ją sprawdzić. Mimo tego, że chciał już iść to usiadł jeszcze na chwilę. Był mu winien wyjaśnienia - jakiekolwiek. Więc opowiedział mu o Perle Morza. Nawiedzonym statku utrzymywanym przez moc ducha czarownicy, która pożerała inne dusze, by utrzymać się przy życiu i ten statek. A wszystko przez to, że chciała wskrzesić córkę, która popełniła samobójstwo. Nawiedzony statek, który był przyczyną wielu zaginięć, w końcu jednak zatonął, uwolniony od swojej klątwy.
Napił się ciepłego naparu z ziół, pobudzającego i wzmacniającego i dopiero wtedy, na nieco niepewnych nogach, skorzystał z kominka kuzyna, żeby wrócić do siebie. Dziękując mu za pomoc i obiecując, że mu to wynagrodzi. Choć dobrze wiedział, że dla Basiliusa najlepszym wynagrodzeniem było, kiedy trzymał się z dala od kłopotów i w dobrym zdrowiu.