- Oj nie, gdyby ktoś pytał to nawet będę mogła powiedzieć, że byłeś całkiem mocno przekonywujący. - Bez względu na to, kim byliby ci Oni o których wspomniał. Mrugnęła do niego nie pierwszy raz tego wieczora, a na jej twarzy również znowu pojawił się uśmiech. Ta konwersacja była zaskakująco lekka, nie skłamałby gdyby powiedziała, że całkiem nieźle się podczas niej bawiła, co było naprawdę niespotykane, jak na Munga, może jeszcze uda jej się odczarować to w jaki sposób postrzegała to miejsce, jeśli dalej tak pójdzie. Czuła, że faktycznie jest to możliwe, na pewno jeśli będzie wpadać na mężczyznę, który stał przed nią, gorzej mogłoby być, gdyby przypadkiem musiała wdać się w rozmowę z jego koleżankami, które miały o niej wyrobioną opinię.
- Jeśli nie byłoby żadnego powodu, to nie widzę przeszkód, ale mówiono mi, że nic nie dzieje się bez przyczyny. - Nie znała się zupełnie na anatomii, zakładała jednak, że to w jakiej formie człowiek rodził się aktualnie było spowodowane czymś konkretnym. Nie była specjalnie wierzącą czarownicą, aczkolwiek gdzieś tam z tyłu głowy miała to, że siły wyższe istnieją, magia istniała, wszechświat musiał mieć jakiś plan na to, jak ma wszystko wyglądać. Wolałaby nie mieszać w czymś, co działało, bo nie dało się zaprzeczyć temu, że ta forma była dopracowana. Po co więc usuwać żebra, które każdy dostawał przy urodzeniu? Nie potrafiła do końca tego pojąć, musiałaby mieć jakiś konkretny powód, żeby to zrobić, a żadnego nie umiała znaleźć. Tak samo przecież mogła odciąć sobie palec, bo nie było potrzebne jej dziesięć, na pewno by sobie poradziła bez jednego. Oczywiście nie mógłby to być środkowy palec, bo nie mogłaby pokazywać wszystkim którzy ją denerwowali, że mają się pierdolić.
Nie wydawało jej się również, że magia przypadkowo wybierała sobie osoby, które mogą nią władać. To też musiała być jakaś siła wyższa, która wybierała sobie odpowiednich ludzi. Niektórym rodzinom to błogosławieństwo przytrafiło się bardzo dawno, innym przeciwnie. Nie uważała się za lepszą przez to, że przyszła na świat w jednej z szanowanych rodzin. To nie świadczyło o niczym. Znała wielu wspaniałych czarodziejów, którzy pochodzili z mugolskich rodzin, często wyróżniali się ogromną determinacją w dążeniu do celu. Widziała to w Hogwarcie, jak te dzieciaki szybko odnajdywały się w magicznym świecie, jak przykładały się do tego, aby w pełni wykorzystać moc, którą odkryły. Czystokrwiści uważali, że wszystko im się należy tylko dlatego, że należeli do tego świata od lat, nie do końca to akceptowała. Widać to było na szkolnych korytarzach, kiedy wdawała się w bójki, mimo tego, że jej krew należała do tych bez skazy, nie pozwalała gnębić tych, których inni uważali za gorszych.
Nie zmieniało to jednak faktu, że była w tym nutka hipokryzji, bo pannie Yaxley zależało również na tym, aby jej rodzina nie straciła swojej pozycji. Dbała o ich reputację, pojawiała się na balach, które kiedyś bardzo jej przeszkadzały, bo nie lubiła wysłuchiwać tego pierdolenia o tym, czyjej rodzinie się więcej należy. Musiała jednak trochę się dostosować, nie chciała bowiem stracić bogactwa oraz aprobaty ojca, które umożliwiały jej zagraniczne podróże i życie o jakim marzyła. Nie musiała się dzięki temu przejmować żadnymi prozaicznymi rzeczami, jak chociażby to, czy będzie miała za co opłacić czynsz w mieszkaniu które dostała od ojca gdy tylko skończyła Hogwart. Niby wierzyła, że jest nieco inna od całej reszty czystokrwistych, że miała swoje zdanie, ale czy naprawdę do końca tak było? Czy była w stanie oficjalnie mówić o tym wszystkim na głos, nie było to do końca wygodne. Wolała więc obserwować, myśleć swoje i robić to, co uważała za słuszne, najlepiej z dala od oceniających ją oczu.
- Jak najbardziej, trafiają w samo sedno, a przynajmniej tak mi się wydaje, dzięki temu dostrzegam w czym leży problem. - Musiał być całkiem bystry skoro wychodziło mu to tak bezbłędnie. Nie mogło być inaczej, uzdrowiciele w końcu należeli do jednych z bardziej oczytanych osób, tyle, że pewnie nie każdemu chciałoby się sięgnąć po takie porównania. Naprawdę doceniała jego próby przetłumaczenia jej na język łowcy tego, co chciał powiedzieć. Może nawet czuła się trochę winna temu, że musiał sięgać po takie analogie, bo najwyraźniej sądził, że inaczej mogłaby go nie zrozumieć. Co by sobie o niej nie myślał, to doceniała to co robił.
Gerry tak naprawdę niewiele zmieniła się od czasów szkolnych. Dalej była taka zawzięta i butna, dalej miała cięty język, dalej wpadała w kłopoty. Nie dało się jej okrzesać, mimo, że nawet próbowała dorosnąć, jak to mówiła matka. Trudno było o to z jej nie do końca taktownym charakterem Yaxleyów. Dziwne, że była pierwszą z ich rodziny, która znalazła się w Gryffindorze, bo większość z nich miała również w sobie tę gryfońską odwagę zwaną przez większość osób raczej niepotrzebnym ryzykiem. Tak naprawdę była bardzo zadowolona, że tiara wybrała dla niej to miejsce. Dzięki temu stała się bardzo otwarta na najróżniejsze kręgi znajomych, gdyby utknęła w Slytherinie otaczałaby się tylko i wyłącznie nudnymi Ślizgonami i słuchała o tym, że świat magii należy się czystokrwistym.
- Nihilistycznym smokiem, który zaraz zionie bardzo wielkim płomieniem ognia. - Skoro już miała być taka straszna to musiała jakoś wzbudzać respekt. - Ten smok, który stoi przed tobą gromadzi inne skarby. - Wolała nie wspominać jakie, bo pierwsze, co przychodziło jej na myśl to kolekcja broni, która znajdowała się w jej sypialni, a drugie uroczy chłopcy, których kolekcjonowała i odkładała na półkę, kiedy się jej nudzili.
Nachyliła się jednak nad nim, po czym dodała cichszym, konspiracyjnym tonem. - To o zbieraniu złota to raczej opowieści dla dzieci. - Nie wiedzieć czemu powiedziała to tak, żeby ich nikt nie usłyszał, przecież obok nie było żywej duszy, ale zawsze lepiej nie ryzykować, aby ktoś przypadkowy podsłuchał tę część rozmowy.
- Nie jestem skromna, po prostu to nie wydaje mi się być czymś nadzwyczajnym. - Lubiła się chwalić swoimi osiągnięciami, opowiadać o tym, jakie bestie ujarzmiła. Przeżycie jednak nie wydawało jej się czymś o czym warto było mówić, to było raczej coś zwyczajnego, co robili wszyscy ludzie na ziemi. - To prawda, zawsze to ja mogłam skończyć w szpitalnym łóżku. - Zamilkła na moment, po czym dodała. - Tak naprawdę to nie, nie wkurwiam niepotrzebnie stworzeń, które potrafią reagować szybciej od człowieka. - Nie było najmniejszej szansy, że zachowałaby się jak jej wspaniały kuzyn John, bo miała w sobie spore pokłady pokory i szacunku do potęgi bestii na które przyszło im polować.
- Nie da się ukryć, że te ćwiczenia przyniosły oczekiwane efekty, aczkolwiek to całkiem nietypowa forma spędzania wolnego czasu. Oczywiście nie neguję zainteresowań, każdy ma jakieś swoje dziwactwa. - Uśmiech coraz częściej gościł na jej twarzy, ten szczery, ona również czuła się coraz bardziej swobodnie podczas tej rozmowy, tym bardziej, że mężczyzna również nie wydawał się być szczególnie skrępowany. Była to zupełnie niezobowiązująca pogawędka o wszystkim i o niczym. Takie lubiła najbardziej.
- Mógłbyś się zdecydować, bo zaraz sama się zgubię w tym, co mam mówić innym. - Odparła rozbawiona. - Skończy się na tym, że nie będę mówić nic, może lepiej, aby nikt nie wiedział, jak się tutaj można świetnie bawić. - Jeszcze zupełnie przypadkowo inni zainteresują się tym miejscem, kolejki do Munga będą coraz większe, a ona nie będzie miała szansy się przez nie przebić.
Czerwień pojawiła się na jej policzkach, gdy usłyszała jego kolejne słowa. Rzadko kiedy słyszała komplementy, a może spowodował to nagły przypływ złości? - Dopiero teraz mówisz mi o tym, że mam liście we włosach?! - Przez całą tę rozmowę wyglądała jak człowiek z buszu, a on dopiero w tej chwili o tym wspomniał, co za tupet. Przy okazji zaczęła nieco nerwową próbę walki z tym, co znajdowało się na jej głowie. To wcale nie było takie proste zważając na to, że w lewej dłoni, która była silniejsza trzymała papierosa.