-Nie, nikt jeszcze nie umarł. Obaj jesteśmy bardziej, niż żywi - powiedział, podnosząc się powoli i odsuwając od mężczyzny, żeby dać mu trochę więcej przestrzeni do oddychania i ogarnięcia trochę za szybko uderzającej świadomości.
Trzeba było uciszyć te świniaki. Ich paniczne kwiczenie potęgowało wywołany kacem ból głowy i mogły zwabić do obory ich właściciela, który z całą pewnością nie byłby zadowolony, że dwóch nieznajomych gości postanowiło zrobić sobie z jego obory darmowy hotel wątpliwej jakości.
No i przydałoby się ogarnąć samego siebie, ale może najpierw świnki - kto wie, jak by zareagowały na magię.
Prosiaczek, który omal nie wydrążył w oborze rowu swoim bieganiem, uderzył ryjkiem o ścianę chlewu, opadł niemal teatralnie na wszędobylskie siano, podniósł się, potrzasnął łebkiem, ale już nie uciekał. Przynajmniej przestał kwiczeć.
-No już, spokojnie - Jessie zbliżył się powoli do małego świniaka, który skulił się, widząc zbliżającego się człowieka. -Nic ci nie zrobimy.
Matka nie ruszyła jeszcze na ratunek dziecku. Przynajmniej tyle dobrego.
-Staram się je uspokoić - odpowiedział komornikowi. -Cholera, zaraz pewnie przyjdzie gospodarz. Cholera jasna.
Jak oni w ogóle znaleźli się tu razem? Jak dużo wypili? Dlaczego po prostu nie wrócili do swoich domów? Było jeszcze kilka pytań, które nieszybko miały doczekać się swoich odpowiedzi, ale nie był to dobry moment na wymuszanie wspomnień, gdy skroń łupała niemiłosiernie, a żołądek ostrzegał, że wkrótce zakończy swoją własną imprezę i będzie musiał wyrzucić nieproszonych gości.
Prosiaczek chyba za bardzo się bał znowu uciekać, bo grzecznie (chociaż raciczki mu się trzęsły) stał w miejscu i nawet pozwolił się pogłaskać i przy tym nie zemdlał. Zostało jeszcze uciszyć pozostałe świniaki. I zapewne plan ten zostałby wcielony w życie, gdyby nie pojawił się ON.
Gospodarz.
Odziany w swój najlepszy strój roboczy, z kapeluszem krzywo nałożonym na głowę, z wykałaczką wciśniętą między krzywe, pożółkłe zęby i widłami, na których zaciskały się brudne od pracy ręce.
Jessie zerknął jeszcze szybko na Eryka, zanim zwrócił się do gospodarza.
-Proszę pana - zaczął powoli -wiem, że to wygląda co najmniej dziwnie, ale jesteśmy w stanie to wyjaśnić.
W końcu byli w stanie to wyjaśnić - upili się i zamiast grzecznie wrócić do domów, urządzili sobie piesze wycieczki.
Gospodarz najwidoczniej nie był chętny do słuchania opowieści, bo po szybkich oględzinach, grymasie, który pojawił się na jego twarzy, gdy jego wzrok padł na Eryka, i jeszcze jednym spojrzeniu na świnki, jego twarz w trzy sekundy zmieniła kolor cztery razy i jego głos rozbrzmiał po całej oborze, jak i nie dalej.
-HULTAJE! ANCYMONY JEDNE! CO WYŚCIE NAROBILI?! MOJE ŚWINKI TAK WYSTARSZYLIŚCIE! PATRZ, JAKIE SĄ PRZERAŻONE!
-Proszę pana...
-MIĘSO IM STWARDNIEJE! GORZKIE BĘDZIE! JAK JA JE TERAZ SPRZEDAM?! WY! ZAPŁACICIE MI-
Wybuch był czymś, czego Jessie absolutnie się nie spodziewał. Gdyby to była mugolska kreskówka, gospodarz po prostu eksplodowałby z gniewu, ale to nie była mugolska kreskówka. I jak do tej pory twarz Jessiego była zielonkawa, tak teraz była kompletnie blada.
Gospodarz był martwy. MARTWY! I nie był to zawał. Nie była to starość.
TO BYŁO, KURWA, ZAKLĘCIE!
-Ty... Czy to... Czy ty go właśnie zabiłeś? - odwrócił się do Eryka, kompletnie zszokowany. -Dlaczego to zrobiłeś? O Merlinie, co teraz? - złapał się za głowę. -Kto to z pewnością usłyszał. Jego żona pewnie zacznie się martwić i tu przyjdzie. Eryk, coś ty sobie myślał?! - nie krzyczał pełnią swojego głosu, ale był to cichy krzyk.
Wszystkie świniaki zemdlały. Nie z wrażenia - ze strachu.