01.09.2024, 11:17 ✶
Może za mało znała Eden i za mało miała okazji do obserwacji – a może była za mało spostrzegawcza. Nie zdawała sobie jednak sprawy ani z tego, co dzieje się między nią a rodzeństwem Moody’ych, ani jak głęboko kobieta była nieszczęśliwa. Mogła niby odgadnąć, że jej kąsanie innych jest sposobem na poprawianie sobie humoru, i że pewnie kogoś takiego jak ona drażniła wieczne pozostawianie w cieniu brata, ale też przyjmowała te złośliwości zwykle jako integralną część osobowości Eden. Kobiety, którą pewnie wychowywano w przekonaniu, że jest lepsza od innych i że tym innym warto pokazać ich miejsce.
– Naprawdę? Mogę tylko pogratulować inwencji. Rozumiem, że Eden też nazwano po tobie, a nie odwrotnie? – spytała, i kąciki ust drgnęły jej nawet w uśmiechu. Nie kpiła: absurdalnie historyjki nie były dla Brenny niczym nowym ani dziwnym, lubiła je od małego i może po części to przez to przebudzone trzecie oko obróciło się ku przeszłości, zamiast sięgnąć do tego, co dopiero nadejdzie. – Nooo, bo jeszcze jak się teleportujesz to się zgubi razem z głową, a potem będę się tłumaczyć całej wściekłej familii Malfoyów, dlaczego wróciłaś od nas dekapitowana. Pamiętaj, ja zawsze myślę w pierwszej kolejności o sobie.
Erik bez wątpienia był mężczyzną bardzo eleganckim i robiącym wrażenie. Pewna dziennikarka z rodu Lockhartów, poza uszami Brenny, która pewnie obruszyłaby się w imieniu brata (choć już nie swoim) na to odrobinę przesadzone stwierdzenie, oceniła kiedyś, że w tym rodzeństwie brat otrzymał cały urok, a siostra cały spryt. Był idealnym synem Potterówny, i doskonałym dziedzicem, i Eden miała rację – na pewno lśnił w towarzystwie znacznie bardziej niż Brenna.
– Eee, nie jest tak źle, nigdy nie pojawiłam się w towarzystwie w piżamie – zapewniła, odchodząc od okna, upewniając się, że Eden nie ustaliła położenia różdżki, co spoczęła na stoliku przy wejściu. I byłaby od razu wyszła, znaleźć jej tę piżamę Erika, i może do wyboru jakąś inną, damską jednak, gdyby na moment nie przyhamowały jej kolejne słowa Lestrange.
Musiała być bardzo, bardzo pijana. Może nawet całkiem blisko zatrucia alkoholowego. Bo wyglądało na to, że tym razem mówi szczerze. Było to tak zaskakujące, że nawet zdołało dokonać tego, co do tej pory Eden ani razu nie wyszło – zamknąć Brenne na dobre sześćdziesiąt sekund. Przypomniała sobie nagle rodziców Victorii: pomyślała o tych wszystkich razach, gdy Cynthia zamiast na własnych ambicjach skupiała się na oczekiwaniach rodziców. O ich niechcianych zaręczynach i wyborach podejmowanych zgodnie z tym, czego oczekiwały rodziny.
W gruncie rzeczy Brenna też całkiem sporo robiła, aby zadowolić rodzinę, włącznie z wyborem kariery zawodowej, ale jej nigdy do tego nie zmuszał.
I przez ułamek sekundy współczuła Eden, chociaż rzecz jasna nie pokazałaby tego za żadne skarby świata, nie dlatego, że jej było wstyd, ale że nie wyobrażała sobie, aby Eden takiego współczucia chciała czy oczekiwała.
– Chyba więc trochę za dużo zwracasz uwagę na to, w co wierzą i myśli inni – powiedziała w końcu. – Zaraz wracam. Obiecuję, że z dużo bardziej stylową piżamą – stwierdziła, ruszając do drzwi.
– Naprawdę? Mogę tylko pogratulować inwencji. Rozumiem, że Eden też nazwano po tobie, a nie odwrotnie? – spytała, i kąciki ust drgnęły jej nawet w uśmiechu. Nie kpiła: absurdalnie historyjki nie były dla Brenny niczym nowym ani dziwnym, lubiła je od małego i może po części to przez to przebudzone trzecie oko obróciło się ku przeszłości, zamiast sięgnąć do tego, co dopiero nadejdzie. – Nooo, bo jeszcze jak się teleportujesz to się zgubi razem z głową, a potem będę się tłumaczyć całej wściekłej familii Malfoyów, dlaczego wróciłaś od nas dekapitowana. Pamiętaj, ja zawsze myślę w pierwszej kolejności o sobie.
Erik bez wątpienia był mężczyzną bardzo eleganckim i robiącym wrażenie. Pewna dziennikarka z rodu Lockhartów, poza uszami Brenny, która pewnie obruszyłaby się w imieniu brata (choć już nie swoim) na to odrobinę przesadzone stwierdzenie, oceniła kiedyś, że w tym rodzeństwie brat otrzymał cały urok, a siostra cały spryt. Był idealnym synem Potterówny, i doskonałym dziedzicem, i Eden miała rację – na pewno lśnił w towarzystwie znacznie bardziej niż Brenna.
– Eee, nie jest tak źle, nigdy nie pojawiłam się w towarzystwie w piżamie – zapewniła, odchodząc od okna, upewniając się, że Eden nie ustaliła położenia różdżki, co spoczęła na stoliku przy wejściu. I byłaby od razu wyszła, znaleźć jej tę piżamę Erika, i może do wyboru jakąś inną, damską jednak, gdyby na moment nie przyhamowały jej kolejne słowa Lestrange.
Musiała być bardzo, bardzo pijana. Może nawet całkiem blisko zatrucia alkoholowego. Bo wyglądało na to, że tym razem mówi szczerze. Było to tak zaskakujące, że nawet zdołało dokonać tego, co do tej pory Eden ani razu nie wyszło – zamknąć Brenne na dobre sześćdziesiąt sekund. Przypomniała sobie nagle rodziców Victorii: pomyślała o tych wszystkich razach, gdy Cynthia zamiast na własnych ambicjach skupiała się na oczekiwaniach rodziców. O ich niechcianych zaręczynach i wyborach podejmowanych zgodnie z tym, czego oczekiwały rodziny.
W gruncie rzeczy Brenna też całkiem sporo robiła, aby zadowolić rodzinę, włącznie z wyborem kariery zawodowej, ale jej nigdy do tego nie zmuszał.
I przez ułamek sekundy współczuła Eden, chociaż rzecz jasna nie pokazałaby tego za żadne skarby świata, nie dlatego, że jej było wstyd, ale że nie wyobrażała sobie, aby Eden takiego współczucia chciała czy oczekiwała.
– Chyba więc trochę za dużo zwracasz uwagę na to, w co wierzą i myśli inni – powiedziała w końcu. – Zaraz wracam. Obiecuję, że z dużo bardziej stylową piżamą – stwierdziła, ruszając do drzwi.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.