01.09.2024, 21:13 ✶
– Miło, że o tym pamiętasz – odparła Florence, być może nawet szczerze, bo przecież dezorganizację pracy szpitala uznałaby zapewne za zbrodnię znacznie większą niż przesłanie jej jakichś podejrzanych roślin. – Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Podobnie jak z tego, że na te nowe nie wyrusza się z zawiązanymi oczyma, bez butów i zostawiając różdżkę na szafce koło łóżka. Niekiedy z rozumem zapewne – stwierdziła, odbijając tę drobną złośliwość z jego strony własną.
Badania naukowe? Oczywiście. Florence była fascynatką klątw, a poza tym nie umiała pogodzić się z porażką: szukała sposobu na zdjęcie nawet tych klątw, przy których wszyscy inni się poddawali, często w wysiłku iście beznadziejnym. Po tegorocznym Beltane szybko zaczęła badać rytuał, a teraz jej myśli zwróciły się ku klątwie żywiołów, niekoniecznie więc stosowała się tylko do utartych procedur, chętnie szukając nowych… ale robiła to bardzo ostrożnie i metodycznie. Zbadanie podobnych przypadków, pierwsze eksperymenty, rozpatrzenie wszystkich opcji i tak dalej. Gdyby zdarzało się jej przeklinać i więcej miała wspólnego z mugolami, zapewne „co nagle, to po diable” byłoby ulubionym powodzeniem Bulstrode. Nigdy nie działała bez należytego namysłu i wręcz nie mieściło się jej w głowie, aby ot tak zacząć działać z tymi… pestycydami.
– Doprawdy – skwitowała krótko jego rozbawienie. Przekonanie jej do tknięcia siekiery było właściwie niemożliwe: tak jak on wierzył łatwo w różne teorie spiskowe, tak ona była niemożliwym uparciuchem.
Na słowa o Jiggerze ogarnęła ją wręcz niewysłowiona ulga. Eliksiry, idealnie. Eliksiry inspirowane mugolskim wynalazkiem brzmiały lepiej niż mugolski wynalazek. Florence wprawdzie nigdy o nim nie słyszała, ale to nie było zaskakujące: skoro nie służyły konkretnie do leczenia, nie musiała ich znać, ponieważ nigdy nie była specjalistką w samych eliksirach. Interesowały ją jedynie te o właściwościach uzdrawiających albo w jakiś sposób powiązane ze zdejmowaniem klątw.
– Daj mi moment – poprosiła uzdrowicielka i odwróciła się, by przejść parę metrów i zapukać do jednego z pomieszczeń. Zamieniła kilka słów z jednym ze stażystów i świeżo upieczoną uzdrowicielką, po czym chłopak wyszedł, kierując się szybkim krokiem w stronę schodów, zapewne po to, by przynieść eliksir Jiggera. Florence natomiast wróciła do Greengrassa i skierowała podejrzliwe spojrzenie na ławkę. Porastające ją rośliny wciąż jednak się nie poruszały, przynajmniej dopóki nie wyciągała ku nim różdżki i wyglądały nieszkodliwie.
– Nie sądzę, aby ktoś w klinice trzymał na podorędziu siekierę, ale w pomieszczeniu magazynowym numer trzy znajdziemy komplet noży oraz skalpele. Mopy i wiadra będą w składziku woźnych – zrelacjonowała, widząc, że Ambroise się rozgląda, jak zakładała za czymś, co mogłoby posłużyć do usunięcia roślinności. Na ich wydziale jednak nie używano jako dekoracji siekier, mieczy ani noży, ku niewątpliwemu zadowoleniu z tego faktu Florence Bulstrode. – Mogę je przynieść – powiedziała, gdyby wyraził preferencje ku któremuś z tych narzędzi zamierzając się po to udać – i „przynieść” czyli je translokować tutaj.
Badania naukowe? Oczywiście. Florence była fascynatką klątw, a poza tym nie umiała pogodzić się z porażką: szukała sposobu na zdjęcie nawet tych klątw, przy których wszyscy inni się poddawali, często w wysiłku iście beznadziejnym. Po tegorocznym Beltane szybko zaczęła badać rytuał, a teraz jej myśli zwróciły się ku klątwie żywiołów, niekoniecznie więc stosowała się tylko do utartych procedur, chętnie szukając nowych… ale robiła to bardzo ostrożnie i metodycznie. Zbadanie podobnych przypadków, pierwsze eksperymenty, rozpatrzenie wszystkich opcji i tak dalej. Gdyby zdarzało się jej przeklinać i więcej miała wspólnego z mugolami, zapewne „co nagle, to po diable” byłoby ulubionym powodzeniem Bulstrode. Nigdy nie działała bez należytego namysłu i wręcz nie mieściło się jej w głowie, aby ot tak zacząć działać z tymi… pestycydami.
– Doprawdy – skwitowała krótko jego rozbawienie. Przekonanie jej do tknięcia siekiery było właściwie niemożliwe: tak jak on wierzył łatwo w różne teorie spiskowe, tak ona była niemożliwym uparciuchem.
Na słowa o Jiggerze ogarnęła ją wręcz niewysłowiona ulga. Eliksiry, idealnie. Eliksiry inspirowane mugolskim wynalazkiem brzmiały lepiej niż mugolski wynalazek. Florence wprawdzie nigdy o nim nie słyszała, ale to nie było zaskakujące: skoro nie służyły konkretnie do leczenia, nie musiała ich znać, ponieważ nigdy nie była specjalistką w samych eliksirach. Interesowały ją jedynie te o właściwościach uzdrawiających albo w jakiś sposób powiązane ze zdejmowaniem klątw.
– Daj mi moment – poprosiła uzdrowicielka i odwróciła się, by przejść parę metrów i zapukać do jednego z pomieszczeń. Zamieniła kilka słów z jednym ze stażystów i świeżo upieczoną uzdrowicielką, po czym chłopak wyszedł, kierując się szybkim krokiem w stronę schodów, zapewne po to, by przynieść eliksir Jiggera. Florence natomiast wróciła do Greengrassa i skierowała podejrzliwe spojrzenie na ławkę. Porastające ją rośliny wciąż jednak się nie poruszały, przynajmniej dopóki nie wyciągała ku nim różdżki i wyglądały nieszkodliwie.
– Nie sądzę, aby ktoś w klinice trzymał na podorędziu siekierę, ale w pomieszczeniu magazynowym numer trzy znajdziemy komplet noży oraz skalpele. Mopy i wiadra będą w składziku woźnych – zrelacjonowała, widząc, że Ambroise się rozgląda, jak zakładała za czymś, co mogłoby posłużyć do usunięcia roślinności. Na ich wydziale jednak nie używano jako dekoracji siekier, mieczy ani noży, ku niewątpliwemu zadowoleniu z tego faktu Florence Bulstrode. – Mogę je przynieść – powiedziała, gdyby wyraził preferencje ku któremuś z tych narzędzi zamierzając się po to udać – i „przynieść” czyli je translokować tutaj.