15.01.2023, 04:17 ✶
Poczuła, jak jakaś żelazna dłoń zaciska się wokół serca. Chciała przytulić do siebie Stellę, powiedzieć, żeby się nie smuciła, zdradzić, iż nie musi tak naprawdę nosić żałoby. Bo przecież żyła.
Nie w swoim ciele wprawdzie, ale wciąż, żyła, oddychała, stąpała po tej ziemi.
Chciała opowiedzieć wiele rzeczy, wysłuchać jeszcze więcej, wyjaśnić – gdyby się tego dowiedziała – że to nie było do końca tak, jak Stella myślała. Że pozory potrafią mylić, że nigdy nie szarpnęłaby się na swoje życie. Przecież miała dla kogo żyć – dla własnej siostry, dla Patricka… mąż, z którejkolwiek strony by nie patrzeć, nie miał znaczenia. Nie sam w sobie, bowiem samo małżeństwo jak najbardziej znaczenie miało.
W najgorszy – w oczach Clare – możliwy sposób; przecież poprzez złotą obrączkę na palcu tak naprawdę straciła to, za czym uganiała się przez co najmniej połowę swego życia. Za marzeniem, które wymknęło się spomiędzy palców. A gdy usiłowała je odzyskać – sama przepadła.
To bolało – niemożność bycia siostrą, jak kiedyś. Patrzenie na czerń otulającą młodszą Avery. Nie potrafiła już widzieć aur, jednakże nie potrzebowała tej umiejętności do tego, by stwierdzić, że z jej małą Stellą naprawdę nie było teraz najlepiej. W końcu jako ta starsza naprawdę dobrze znała tę dziewczynę, tym bardziej że nigdy nie traktowała jej po macoszemu, wręcz przeciwnie – rozpieszczała na wszelkie możliwe sposoby i zawsze starała się dla niej znaleźć czas.
Bolało niemiłosiernie. Ale może na to zasłużyła? Gdyby postawiła się rodzicom, gdyby sięgnęła po to, czego tak pragnęła, gdyby… może wtedy nie skończyłaby tak marnie. Nie zadała bólu swym najbliższym.
Zwłaszcza że nie wątpiła, jak to musiało dla nich wyglądać. Nic nie sugerowało udziału dodatkowej osoby, żadnego śladu włamania, żadnych obrażeń. Ot, weszła do wanny z własnej woli i nigdy jej nie opuściła, nie o własnych siłach.
- W takim razie proszę – odparła, siląc się na lekkość tonu, mimo że tak naprawdę w gardle powoli rosła gula. Błąd. Co, jeśli nie wytrzyma, nie utrzyma maski, jaką nosiła w niemalże każdej chwili? Błąd. To, czego chciała powiedzieć – nie mogła, a to, co mogła, brzmiało w jej własnych uszach tak głupio i nierozsądnie, że pozostawało jedynie się rozpędzić, ściana sama znajdzie. Albo drzewo, jeśli dostosować do otoczenia, w jakim się teraz znajdowała. I, co gorsza, myśli pierzchały na wszystkie strony, a słowa się plątały - Swoją drogą, mam nadzieję, że się tu nie zgubiłaś? Rzadko widuję, żeby ktoś przyszedł sam – zagaiła, siląc się na łagodny, niemalże zatroskany ton. Głupia, dobrze przecież wiedziała, dlaczego Stella jest sama. Och, dlaczego wpadła na tak durny pomysł, nie mogła wykrzesać z siebie więcej?!
Rudowłosa roztaczała wokół siebie woń Clare. Lekki, subtelny, kwiatowy. Przywodzący na myśl lato, słońce i bezmiar wody, do której można wpaść ze śmiechem na ustach, rozpryskując krople na wszystkie strony.
Nie w swoim ciele wprawdzie, ale wciąż, żyła, oddychała, stąpała po tej ziemi.
Chciała opowiedzieć wiele rzeczy, wysłuchać jeszcze więcej, wyjaśnić – gdyby się tego dowiedziała – że to nie było do końca tak, jak Stella myślała. Że pozory potrafią mylić, że nigdy nie szarpnęłaby się na swoje życie. Przecież miała dla kogo żyć – dla własnej siostry, dla Patricka… mąż, z którejkolwiek strony by nie patrzeć, nie miał znaczenia. Nie sam w sobie, bowiem samo małżeństwo jak najbardziej znaczenie miało.
W najgorszy – w oczach Clare – możliwy sposób; przecież poprzez złotą obrączkę na palcu tak naprawdę straciła to, za czym uganiała się przez co najmniej połowę swego życia. Za marzeniem, które wymknęło się spomiędzy palców. A gdy usiłowała je odzyskać – sama przepadła.
To bolało – niemożność bycia siostrą, jak kiedyś. Patrzenie na czerń otulającą młodszą Avery. Nie potrafiła już widzieć aur, jednakże nie potrzebowała tej umiejętności do tego, by stwierdzić, że z jej małą Stellą naprawdę nie było teraz najlepiej. W końcu jako ta starsza naprawdę dobrze znała tę dziewczynę, tym bardziej że nigdy nie traktowała jej po macoszemu, wręcz przeciwnie – rozpieszczała na wszelkie możliwe sposoby i zawsze starała się dla niej znaleźć czas.
Bolało niemiłosiernie. Ale może na to zasłużyła? Gdyby postawiła się rodzicom, gdyby sięgnęła po to, czego tak pragnęła, gdyby… może wtedy nie skończyłaby tak marnie. Nie zadała bólu swym najbliższym.
Zwłaszcza że nie wątpiła, jak to musiało dla nich wyglądać. Nic nie sugerowało udziału dodatkowej osoby, żadnego śladu włamania, żadnych obrażeń. Ot, weszła do wanny z własnej woli i nigdy jej nie opuściła, nie o własnych siłach.
- W takim razie proszę – odparła, siląc się na lekkość tonu, mimo że tak naprawdę w gardle powoli rosła gula. Błąd. Co, jeśli nie wytrzyma, nie utrzyma maski, jaką nosiła w niemalże każdej chwili? Błąd. To, czego chciała powiedzieć – nie mogła, a to, co mogła, brzmiało w jej własnych uszach tak głupio i nierozsądnie, że pozostawało jedynie się rozpędzić, ściana sama znajdzie. Albo drzewo, jeśli dostosować do otoczenia, w jakim się teraz znajdowała. I, co gorsza, myśli pierzchały na wszystkie strony, a słowa się plątały - Swoją drogą, mam nadzieję, że się tu nie zgubiłaś? Rzadko widuję, żeby ktoś przyszedł sam – zagaiła, siląc się na łagodny, niemalże zatroskany ton. Głupia, dobrze przecież wiedziała, dlaczego Stella jest sama. Och, dlaczego wpadła na tak durny pomysł, nie mogła wykrzesać z siebie więcej?!
Rudowłosa roztaczała wokół siebie woń Clare. Lekki, subtelny, kwiatowy. Przywodzący na myśl lato, słońce i bezmiar wody, do której można wpaść ze śmiechem na ustach, rozpryskując krople na wszystkie strony.
447/884