02.09.2024, 17:24 ✶
Charlie nie był bogaczem i chociaż nauczono go uważana się za lepszego ze względu na nazwisko, rodzinny majątek nie był tym, czym mógłby się chwalić. Mimo to, z Rodolpusem rozmawiał jak równy z równym. To, iż urodził się w mniej majętnej gałęzi Mulciberów, o niczym nie świadczyło.
- Spodziewam się, że wuj nie ma złamanego grosza. - Charlie prychnął nieprzyjemnie w odpowiedzi na słowa Rolpha. - A to wszystko to tylko svindel. - - Wdarło mu się norweskie określenie. - Nie musiałby pracować w świeczkach, gdyby był bogaty. Nie jest osobą, która by to lubiła. Nie ma... Lidenskap. - Pstryknął palcami, by przypomnieć sobie odpowiednią nazwę. - Pasji! - Rozczarowanie brakiem buziaka w czółko nie dotarło do Charlesa w czas, bo już słuchał słów kolegi odnośnie swojego ojca i dalszej tyrady na temat wuja. Mówienie źle o Robercie było jak miód na uszy skrzywdzonego bratanka, nawet jeśli większość nieprzyjemności wychodziła z jego własnych ust. - Staram się robić kadzidła i świeczki jak najlepiej. Ładnie, porządnie. Niektóre ozdabiam, jeśli mam czas. On... On robi, jakby musiał. Jakby tylko to mu zostało. Albo... Albo to wprawa. - Zastanowił się, nie wiedząc, czy przypadkiem nie czyta źle informacji dawnych mu przez świat. - Mój brat może uwarzyć dla ciebie eliksir, a ja zwinę ci kadzidło. Porządnie. - Obiecał, chociaż chyba nie do końca na tym zależało Rodolphosowi. Nie miało to znaczenia. - Możesz używać ich na zmianę, w ten sposób nie stracisz rozumu. Byłoby szkoda. - Uśmiechnął się, nie kryjąc miłych, dobrych emocji za ledwie błyskiem w oku, a nosząc je na zewnątrz, jak ozdobę. - Czym się zajmujesz? Jeśli potrzebujesz czegoś na uspokojenie myśli, Leonard może ci pomóc. Jest młody, ale dobry z niego lekarz. On również ma pasję. Nie musisz toczyć tej bitwy samemu.
Charlie wierzył w brata. Znał jego zamiłowania do eksperymentów, szczególnie z truciznami, ale przecież Rodolphus byłby pacjentem. Nie zrobiłby krzywdy swojemu dobrodziejowi, który zapewnił mu dach nad głową!
- To żałosne, prawda? Jeden Mulciber ma pasję do pomagania pacjentom. - Stwierdził na pozór wesoło, a w jego głos znów wdarła się gorycz. - Drugi do lepienia z wosku i zwijaniu suchych roślin w kępki. Każdy z nas ma problemy. Ty nie możesz spać przez wagę swojej pracy, ja nie mogę przez świadomość, że jestem nikim i zostanę nikim. - Przyznał, ale nie walczył i oddał Rolphowi szklankę alkoholu, chociaż ta była mu potrzebna do uciszenia podłych myśli, które wdzierały się na powrót do głowy. Jego nastroje oscylowały jak źle wyważone wahadełko, tylko podburzane alkoholem. - Nie ma znaczenia, czy piję, czy palę... Chociaż nie palę wcale, prawie. - Przyznał się, chociaż Rolph mógł się tego domyślić po tym, jak Charles potraktował wcześniejszego papierosa. Chłopak nie miał wprawy, a dym po prostu mu nie smakował. - Mój tata pewnie uważa, że wychował słabeusza, nie aurora, którym miałem być... Nie wiem, dlaczego ci to mówię. Pewnie też masz mnie za słabeusza. Mój tata i moja siostra i brat to wszystko, co mam. Nie mogłem zostać w domu, gdy tata przyjechał tutaj. Myślałem, że nie poradzę sobie sam w Oslo, a teraz... Teraz jestem i tak sam, tylko tutaj. W obcym miejscu. Bo ojciec wybrał swojego brata. Ja już nie mam celu, Rolph.
- Spodziewam się, że wuj nie ma złamanego grosza. - Charlie prychnął nieprzyjemnie w odpowiedzi na słowa Rolpha. - A to wszystko to tylko svindel. - - Wdarło mu się norweskie określenie. - Nie musiałby pracować w świeczkach, gdyby był bogaty. Nie jest osobą, która by to lubiła. Nie ma... Lidenskap. - Pstryknął palcami, by przypomnieć sobie odpowiednią nazwę. - Pasji! - Rozczarowanie brakiem buziaka w czółko nie dotarło do Charlesa w czas, bo już słuchał słów kolegi odnośnie swojego ojca i dalszej tyrady na temat wuja. Mówienie źle o Robercie było jak miód na uszy skrzywdzonego bratanka, nawet jeśli większość nieprzyjemności wychodziła z jego własnych ust. - Staram się robić kadzidła i świeczki jak najlepiej. Ładnie, porządnie. Niektóre ozdabiam, jeśli mam czas. On... On robi, jakby musiał. Jakby tylko to mu zostało. Albo... Albo to wprawa. - Zastanowił się, nie wiedząc, czy przypadkiem nie czyta źle informacji dawnych mu przez świat. - Mój brat może uwarzyć dla ciebie eliksir, a ja zwinę ci kadzidło. Porządnie. - Obiecał, chociaż chyba nie do końca na tym zależało Rodolphosowi. Nie miało to znaczenia. - Możesz używać ich na zmianę, w ten sposób nie stracisz rozumu. Byłoby szkoda. - Uśmiechnął się, nie kryjąc miłych, dobrych emocji za ledwie błyskiem w oku, a nosząc je na zewnątrz, jak ozdobę. - Czym się zajmujesz? Jeśli potrzebujesz czegoś na uspokojenie myśli, Leonard może ci pomóc. Jest młody, ale dobry z niego lekarz. On również ma pasję. Nie musisz toczyć tej bitwy samemu.
Charlie wierzył w brata. Znał jego zamiłowania do eksperymentów, szczególnie z truciznami, ale przecież Rodolphus byłby pacjentem. Nie zrobiłby krzywdy swojemu dobrodziejowi, który zapewnił mu dach nad głową!
- To żałosne, prawda? Jeden Mulciber ma pasję do pomagania pacjentom. - Stwierdził na pozór wesoło, a w jego głos znów wdarła się gorycz. - Drugi do lepienia z wosku i zwijaniu suchych roślin w kępki. Każdy z nas ma problemy. Ty nie możesz spać przez wagę swojej pracy, ja nie mogę przez świadomość, że jestem nikim i zostanę nikim. - Przyznał, ale nie walczył i oddał Rolphowi szklankę alkoholu, chociaż ta była mu potrzebna do uciszenia podłych myśli, które wdzierały się na powrót do głowy. Jego nastroje oscylowały jak źle wyważone wahadełko, tylko podburzane alkoholem. - Nie ma znaczenia, czy piję, czy palę... Chociaż nie palę wcale, prawie. - Przyznał się, chociaż Rolph mógł się tego domyślić po tym, jak Charles potraktował wcześniejszego papierosa. Chłopak nie miał wprawy, a dym po prostu mu nie smakował. - Mój tata pewnie uważa, że wychował słabeusza, nie aurora, którym miałem być... Nie wiem, dlaczego ci to mówię. Pewnie też masz mnie za słabeusza. Mój tata i moja siostra i brat to wszystko, co mam. Nie mogłem zostać w domu, gdy tata przyjechał tutaj. Myślałem, że nie poradzę sobie sam w Oslo, a teraz... Teraz jestem i tak sam, tylko tutaj. W obcym miejscu. Bo ojciec wybrał swojego brata. Ja już nie mam celu, Rolph.