02.09.2024, 20:13 ✶
W normalnych okolicznościach, spałaby pewnie u Bertiego i odpowiedziała mu że ma się pierdolić i zrobić sobie z soku pomidorowego lewatywę. No ale Brence kochanej swojej przyjaciółce, która wpychała w nią kanapki jak w tuczną gęś rurką wprost do gardła, Brence się tak nie mówiło.
Mildred była blada, miała wielkie zaczerwienione oczy i tylko jej włosy opadały żałośnie, nieskołtunione rzucaniem się po łóżku. Nie spała w ogóle. Jej głowa nie dotknęła poduszki. Mildred przyszła bowiem z ogrodu, gdzie siedziała pod zamkniętym domkiem ogrodnika (czy to nie był ten dom, gdzie Longbottomowie okazjonalnie się ruchali, jak nie wypadało ruchać się w domu?) i okazjonalnie pacyfikowała jakieś dziwaczne śmierdzące kwiaty i inne zdecydowanie zbyt ciekawskie pnącza. Potem obejrzała wschód słońca. Potem przestała płakać.
Było super.
Nie miała pojęcia, że Eden gdzieś sobie smacznie chrapie w Warowni i może szczęśliwie dla niej bo jeszcze by w histerii zrobiła coś głupiego. A tak wyryczała się. Wyśniła spokój zmęczeniem, którego nie zapewniał jej żodyn eliksir.
W milczeniu wzięła kawę, czarną jak jej serce. Dobra kawa. W Warowni była zawsze dobra kawa. Widać, że było to miejsce w którym mieszkało dużo glin.
– Mam nadzieję, że nie martwiłaś się jak trochę zabalowałam z Twoim chłopakiem na klifach. Selki nas potraktowała swoim darciem mordy i mieliśmy problem żeby nie umrzeć, ale hej, sprowadziłam go do Ciebie w jednym kawałku. – powiedziała po chwili patrząc wciąż w swoje odbicie w kubku palonej czerni, myśląc o papierosie, którego by zapaliła, ale nie miała przy sobie fajek. – Świetne party, cudne drinki – dodała, parząc sobie wargi. Bała się spojrzeć na Brenkę. Bała się, że jeśli ich spojrzenia się skrzyżują to łzy powrócą a wraz z nimi bilet w jedną stronę do Lecznicy Dusz.
Mildred była blada, miała wielkie zaczerwienione oczy i tylko jej włosy opadały żałośnie, nieskołtunione rzucaniem się po łóżku. Nie spała w ogóle. Jej głowa nie dotknęła poduszki. Mildred przyszła bowiem z ogrodu, gdzie siedziała pod zamkniętym domkiem ogrodnika (czy to nie był ten dom, gdzie Longbottomowie okazjonalnie się ruchali, jak nie wypadało ruchać się w domu?) i okazjonalnie pacyfikowała jakieś dziwaczne śmierdzące kwiaty i inne zdecydowanie zbyt ciekawskie pnącza. Potem obejrzała wschód słońca. Potem przestała płakać.
Było super.
Nie miała pojęcia, że Eden gdzieś sobie smacznie chrapie w Warowni i może szczęśliwie dla niej bo jeszcze by w histerii zrobiła coś głupiego. A tak wyryczała się. Wyśniła spokój zmęczeniem, którego nie zapewniał jej żodyn eliksir.
W milczeniu wzięła kawę, czarną jak jej serce. Dobra kawa. W Warowni była zawsze dobra kawa. Widać, że było to miejsce w którym mieszkało dużo glin.
– Mam nadzieję, że nie martwiłaś się jak trochę zabalowałam z Twoim chłopakiem na klifach. Selki nas potraktowała swoim darciem mordy i mieliśmy problem żeby nie umrzeć, ale hej, sprowadziłam go do Ciebie w jednym kawałku. – powiedziała po chwili patrząc wciąż w swoje odbicie w kubku palonej czerni, myśląc o papierosie, którego by zapaliła, ale nie miała przy sobie fajek. – Świetne party, cudne drinki – dodała, parząc sobie wargi. Bała się spojrzeć na Brenkę. Bała się, że jeśli ich spojrzenia się skrzyżują to łzy powrócą a wraz z nimi bilet w jedną stronę do Lecznicy Dusz.