02.09.2024, 20:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.09.2024, 20:41 przez Brenna Longbottom.)
– Spałaś w ogóle, Miles? – spytała, lustrując ją spojrzeniem: włosy zmierzwione raczej wiatrem niż od poduszki, ubranie, wciąż to samo co wczoraj, zaczerwienione oczy. Podsunęła Moody talerz, drugi stawiając przed sobą. Nalała kawy i sobie, a potem usiadła naprzeciwko Moody i wypiła łyk: mocna, gorzka, czarna, bez mleka i cukru – te dodatki czekały na tacy, gdyby ktoś miał na nie ochotę – pobudzająca umysł do myślenia. Ale Brenna nie była pewna, czy nawet wypicie całego dzbanka podsunie jej właściwe słowa. Opuściła jednak kubek i już, już miała zamiar zadać kolejne pytanie, kiedy Milie zaczęła opowiadać o klifach, o selkie i… o jej chłopaku?
Brenna nie pomyślała nawet, że Millie mówi o Basiliusie. Jakby mogła? Lubiła Prewetta, ale przecież między nimi nie działo się nic poza wspólnym pechem, wiecznie plączącym ich ścieżki, a Brenna była pewna, że Basilius wolałby raczej się z tych klifów rzucić do morza i zginać pośród fal niż iść na nie na romantyczną przechadzkę w jej towarzystwie. Nie, pomyślała zamiast tego o Atreusie, bo tak jakby to jego zaprosiła na tę plażę i jego całowała nad brzegiem morza.
– Nie jesteśmy parą – stwierdziła. Powiedziała mu, że może wpaść, jeśli ma ochotę, a on przyszedł, i nie zamierzała się teraz tego wypierać, ale nie byli parą… Tyle że nie byli też niczym, więc nie mogła zarzekać się teraz, że nie, skąd, nic się nie dzieje, balujcie sobie do woli. Nie miała tak naprawdę pojęcia czym są, a czym nie są, i nie wiedziała nawet, jak czuć się z tym, że najwyraźniej poszli we dwoje na klify z Millie. Nie było w tym zazdrości – chyba raczej jakaś niepewność i zdziwienie, bo to był kolejny element, którego nie rozumiała, zwłaszcza gdy przypominała sobie plotki o bójce u Blacków i co o tym opowiadała Moody. A naprawdę nie rozumiała już dostatecznie wielu rzeczy. Nie sądziła, by faktycznie Mildred przystawiała się do kogoś, kogo miała za jej chłopaka. I może była naiwna, ale nie uważała mimo wszystko, że Atreus przystawiałby się do dwóch przyjaciółek w ciągu dwóch godzin, może i był bezczelny, ale gdyby wierzyła, że ot tak łatwo by się nimi bawił, trzymałaby się przecież z dala. Tyle że... to wciąż dodawało odrobinę chaosu w głowie. – Nic się wam nie stało? Próbowała was zwabić do wody? – spytała, przypominając sobie pieśń, która zmusiła ją do skoczenia z molo. Młodego Mulcibera, wyciągniętego z wody.
Kolejny łyk kawy, na pobudzenie, by zająć czymś ręce, by uporządkować myśli, bo nieważne, jak czuła się z tym, co Miles mówiła, ani ogólnie z całym wczorajszym wieczorem. Miała skupić się na tym, że odstawiła leki i że znikła wczoraj tak całkiem… chociaż czy naprawdę ot przepadła i coś było źle, skoro najwyraźniej po prostu poszła gdzieś z Bulstrodem?
Tak, było, odpowiedziała sobie zaraz. Gdyby nie było źle, nie wyglądałaby teraz tak, jak wyglądała.
Czy wszystko w porządku?
Nie spytała o to: wiedziała, że nie, i że odpowiedź będzie brzmiała tak.
Chciała spytać o Eden – ale jeden rzut oka na twarz Millie wystarczał, aby odgadnąć, że to zły pomysł.
– Miles? Co chciałabyś robić w najbliższych dniach, gdybyś mogła zrobić wszystko?
Brenna nie pomyślała nawet, że Millie mówi o Basiliusie. Jakby mogła? Lubiła Prewetta, ale przecież między nimi nie działo się nic poza wspólnym pechem, wiecznie plączącym ich ścieżki, a Brenna była pewna, że Basilius wolałby raczej się z tych klifów rzucić do morza i zginać pośród fal niż iść na nie na romantyczną przechadzkę w jej towarzystwie. Nie, pomyślała zamiast tego o Atreusie, bo tak jakby to jego zaprosiła na tę plażę i jego całowała nad brzegiem morza.
– Nie jesteśmy parą – stwierdziła. Powiedziała mu, że może wpaść, jeśli ma ochotę, a on przyszedł, i nie zamierzała się teraz tego wypierać, ale nie byli parą… Tyle że nie byli też niczym, więc nie mogła zarzekać się teraz, że nie, skąd, nic się nie dzieje, balujcie sobie do woli. Nie miała tak naprawdę pojęcia czym są, a czym nie są, i nie wiedziała nawet, jak czuć się z tym, że najwyraźniej poszli we dwoje na klify z Millie. Nie było w tym zazdrości – chyba raczej jakaś niepewność i zdziwienie, bo to był kolejny element, którego nie rozumiała, zwłaszcza gdy przypominała sobie plotki o bójce u Blacków i co o tym opowiadała Moody. A naprawdę nie rozumiała już dostatecznie wielu rzeczy. Nie sądziła, by faktycznie Mildred przystawiała się do kogoś, kogo miała za jej chłopaka. I może była naiwna, ale nie uważała mimo wszystko, że Atreus przystawiałby się do dwóch przyjaciółek w ciągu dwóch godzin, może i był bezczelny, ale gdyby wierzyła, że ot tak łatwo by się nimi bawił, trzymałaby się przecież z dala. Tyle że... to wciąż dodawało odrobinę chaosu w głowie. – Nic się wam nie stało? Próbowała was zwabić do wody? – spytała, przypominając sobie pieśń, która zmusiła ją do skoczenia z molo. Młodego Mulcibera, wyciągniętego z wody.
Kolejny łyk kawy, na pobudzenie, by zająć czymś ręce, by uporządkować myśli, bo nieważne, jak czuła się z tym, co Miles mówiła, ani ogólnie z całym wczorajszym wieczorem. Miała skupić się na tym, że odstawiła leki i że znikła wczoraj tak całkiem… chociaż czy naprawdę ot przepadła i coś było źle, skoro najwyraźniej po prostu poszła gdzieś z Bulstrodem?
Tak, było, odpowiedziała sobie zaraz. Gdyby nie było źle, nie wyglądałaby teraz tak, jak wyglądała.
Czy wszystko w porządku?
Nie spytała o to: wiedziała, że nie, i że odpowiedź będzie brzmiała tak.
Chciała spytać o Eden – ale jeden rzut oka na twarz Millie wystarczał, aby odgadnąć, że to zły pomysł.
– Miles? Co chciałabyś robić w najbliższych dniach, gdybyś mogła zrobić wszystko?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.