02.09.2024, 21:37 ✶
Być może Brenna, skoro sama w wyniku swoich badań nad piątkami trzynastego dotarła do informacji, że we Włoszech za pechowy uważano piątego siedemnastego, powinna w tenże piątek siedemnastego być ostrożna. Podejrzliwa. Spodziewać się pecha, po tych wszystkich dziwnych wydarzeniach w piątki trzynastego – absolutnie każdy piątek trzynastego, dodajmy, od połowy roku 66, to było dość, by przekonać największych sceptyków – albo przynajmniej spotkania Basiliusa.
Nie spodziewała się jednak.
Dlatego gdy zobaczyła go w windzie, sama w drodze właśnie do wyjścia z Ministerstwa, w którym przesiedziała ostatnie siedemnaście godzin, przystanęła w pół kroku, spoglądając na niego niemal tak samo zdziwiona, jak zdumiony był on i też w pierwszej chwili z przerażeniem pomyślała, że pomyliła daty i o nie, dziś trzynasty!!!
– Faktycznie nie – przyznała z pewną ulgą, kiedy Basilius przywitał ją w taki sposób, ściągając na siebie i na nią zdziwione spojrzenie jakiegoś urzędnika. A potem, kiedy drzwi zaczęły się zamykać, Brenna jakoś tak bez namysłu nacisnęła guzik otwierający i też wsunęła się do środka – i tak w końcu musiała przedostać się do antrium, jeśli chciała stąd wyjść, i mogła to zrobić równie dobrze windą, jak schodami. Jakoś nieładnie było go tak po prostu zrezygnować, chociaż i zaraz dotarło do niej, że pewnie to wolałby, żeby właśnie to zrobiła. – Co ty tu robisz? A, zaraz. Kolejna rozprawa Tatcherów? – przypomniała sobie, spoglądając na niego z pewnym współczuciem. I zaraz za tym wspomnieniem przyszło kolejne – ze zmęczenia jej mózg łączył fakty trochę wolniej niż zwykle – ojciec Basiliusa zmarł jakiś czas temu. Przez ułamek sekundy rozważała, czy powinna złożyć mu kondolencje, ale jakoś wydało się jej nagle, że może nie mieć ochoty po raz setny słyszeć wyrazów współczucia wobec straty, gdziekolwiek się nie ruszy. – Znowu zachorowali na smoczą ospę? Jeśli tak, zaraz wysyłam chłopaków na patrol pod ich dom, tak sprawdzić, czy nie naruszają zasad kwarantanny – powiedziała zamiast tego, posyłając mu lekki uśmiech. To w końcu była bardzo zaraźliwa choroba, i jeżeli mieli oficjalne zaświadczenie medyczne, że na nią cierpią, szło to z wymogiem nie opuszczania domu, dopóki nie ustąpią wszystkie objawy, wskazujące na aktywną postać choroby. Rzecz jasna wszystko dla dobra samych chorych i osób, które mogliby potencjalnie zarazić.
– Jak myślisz, winda przestanie działać? Chyba nie powinna, skoro dziś nie trzynasty? – dodała jeszcze, przekrzywiając lekko głowę, wciąż z uśmiechem błąkającym się po ustach. Ta jednak nie popsuła się, a otworzyła na kolejnym piętrze: i do środka wpakowała się jakaś czarownica, niosąca całą skrzynkę eliksirów.
Nie spodziewała się jednak.
Dlatego gdy zobaczyła go w windzie, sama w drodze właśnie do wyjścia z Ministerstwa, w którym przesiedziała ostatnie siedemnaście godzin, przystanęła w pół kroku, spoglądając na niego niemal tak samo zdziwiona, jak zdumiony był on i też w pierwszej chwili z przerażeniem pomyślała, że pomyliła daty i o nie, dziś trzynasty!!!
– Faktycznie nie – przyznała z pewną ulgą, kiedy Basilius przywitał ją w taki sposób, ściągając na siebie i na nią zdziwione spojrzenie jakiegoś urzędnika. A potem, kiedy drzwi zaczęły się zamykać, Brenna jakoś tak bez namysłu nacisnęła guzik otwierający i też wsunęła się do środka – i tak w końcu musiała przedostać się do antrium, jeśli chciała stąd wyjść, i mogła to zrobić równie dobrze windą, jak schodami. Jakoś nieładnie było go tak po prostu zrezygnować, chociaż i zaraz dotarło do niej, że pewnie to wolałby, żeby właśnie to zrobiła. – Co ty tu robisz? A, zaraz. Kolejna rozprawa Tatcherów? – przypomniała sobie, spoglądając na niego z pewnym współczuciem. I zaraz za tym wspomnieniem przyszło kolejne – ze zmęczenia jej mózg łączył fakty trochę wolniej niż zwykle – ojciec Basiliusa zmarł jakiś czas temu. Przez ułamek sekundy rozważała, czy powinna złożyć mu kondolencje, ale jakoś wydało się jej nagle, że może nie mieć ochoty po raz setny słyszeć wyrazów współczucia wobec straty, gdziekolwiek się nie ruszy. – Znowu zachorowali na smoczą ospę? Jeśli tak, zaraz wysyłam chłopaków na patrol pod ich dom, tak sprawdzić, czy nie naruszają zasad kwarantanny – powiedziała zamiast tego, posyłając mu lekki uśmiech. To w końcu była bardzo zaraźliwa choroba, i jeżeli mieli oficjalne zaświadczenie medyczne, że na nią cierpią, szło to z wymogiem nie opuszczania domu, dopóki nie ustąpią wszystkie objawy, wskazujące na aktywną postać choroby. Rzecz jasna wszystko dla dobra samych chorych i osób, które mogliby potencjalnie zarazić.
– Jak myślisz, winda przestanie działać? Chyba nie powinna, skoro dziś nie trzynasty? – dodała jeszcze, przekrzywiając lekko głowę, wciąż z uśmiechem błąkającym się po ustach. Ta jednak nie popsuła się, a otworzyła na kolejnym piętrze: i do środka wpakowała się jakaś czarownica, niosąca całą skrzynkę eliksirów.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.