03.09.2024, 00:44 ✶
- Kiedy ostatni raz sprawdzałem, to nie ona napychała mi skarpetę prezentami na święta - mruknął w odpowiedzi Macmillanowi, ale trochę niewyraźnie i bardziej do siebie, bo to nie był raczej czas i miejsce na dyskutowanie o tym, co matka dawała i jak należało ją za to chwalić. Prawda jednak była taka, że Atreus nigdy do pobożnych nie należał i na pewno nie zamierzał zmieniać swoich przyzwyczajeń tylko dlatego że zdarzyło mu się wpaść do limbo, albo dlatego że Matka, Dziewica i Starucha odwiedziły Lithę.
Zerknął na wywoływacza, uśmiechając się przy tym sztywno. Tak samo jak wcześniej odnosił wrażenie, że Sebastian czuł się niezbyt dobrze w towarzystwie takiej Brenny lub Patricka - a może i nie źle, ale raczej podejrzliwie, jakby zaraz mieli mu zrzucić na głowę sto pudełek z duchami - to tak Digby wyglądał, jakby jeszcze bardziej nie chciał tutaj być. Najgorsze jednak chyba było w tym wszystkim to, że kiedy się już zapakowali do salki, wywoływacz poruszał się niby mucha w smole, oglądając uważnie każdą jedną świeczkę, zanim ustawił ją w odpowiednim punkcie. Sam zajął dokładnie to miejsce, które zostawił mu wolne Steward; początkowo przyszło mu do głowy, że o wiele bardziej wolałby stanąć obok niej, ale potem pomyślał, ze może to i lepiej żeby ona widziała jak cudownie będzie się bawił kiedy ten cały rytuał przejdzie bez echa, bo jeszcze ktoś inny uznałby ze wprowadza jakąś niewłaściwą energię.
Bo Bulstrode trochę spodziewał się, że wszystko będzie spokojne i bez większych problemów. To nie było Stonehenge, gdzie szanowna arcykapłanka rozdarła zasłonę i mieli tam stado rozszalałych duchów na wolności. To była czaszka; owszem, przepełniona czarną magią i duszami, ale już bez przesady. Od momentu kiedy wyciągnęli ją z ziemi nie próbowała wejść im do głowy i siedziała cicho.
Stał z różdżką w jednej dłoni, luźno zwieszonej wzdłuż ciała, a drugą wsunął do kieszeni, przyglądając się jak Digby i Macmillan kończą swoje przygotowania i zabierają się do roboty. Kiedy Sebastian opadł na kolana, nie modlił się - Matka pewnie nie doceniłaby jego pustych próśb, za którymi nie stało nic oprócz potrzeby myślenia teraz o czymkolwiek.
Zerknął na wywoływacza, uśmiechając się przy tym sztywno. Tak samo jak wcześniej odnosił wrażenie, że Sebastian czuł się niezbyt dobrze w towarzystwie takiej Brenny lub Patricka - a może i nie źle, ale raczej podejrzliwie, jakby zaraz mieli mu zrzucić na głowę sto pudełek z duchami - to tak Digby wyglądał, jakby jeszcze bardziej nie chciał tutaj być. Najgorsze jednak chyba było w tym wszystkim to, że kiedy się już zapakowali do salki, wywoływacz poruszał się niby mucha w smole, oglądając uważnie każdą jedną świeczkę, zanim ustawił ją w odpowiednim punkcie. Sam zajął dokładnie to miejsce, które zostawił mu wolne Steward; początkowo przyszło mu do głowy, że o wiele bardziej wolałby stanąć obok niej, ale potem pomyślał, ze może to i lepiej żeby ona widziała jak cudownie będzie się bawił kiedy ten cały rytuał przejdzie bez echa, bo jeszcze ktoś inny uznałby ze wprowadza jakąś niewłaściwą energię.
Bo Bulstrode trochę spodziewał się, że wszystko będzie spokojne i bez większych problemów. To nie było Stonehenge, gdzie szanowna arcykapłanka rozdarła zasłonę i mieli tam stado rozszalałych duchów na wolności. To była czaszka; owszem, przepełniona czarną magią i duszami, ale już bez przesady. Od momentu kiedy wyciągnęli ją z ziemi nie próbowała wejść im do głowy i siedziała cicho.
Stał z różdżką w jednej dłoni, luźno zwieszonej wzdłuż ciała, a drugą wsunął do kieszeni, przyglądając się jak Digby i Macmillan kończą swoje przygotowania i zabierają się do roboty. Kiedy Sebastian opadł na kolana, nie modlił się - Matka pewnie nie doceniłaby jego pustych próśb, za którymi nie stało nic oprócz potrzeby myślenia teraz o czymkolwiek.