03.09.2024, 09:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.09.2024, 15:32 przez Brenna Longbottom.)
Brenna była z natury odrobinę sceptyczna – nigdy nie kwestionowała istnienia Matki Księżyca, wychowana w taki a nie inny sposób od ateizmu była bardzo daleka, i nawet brała udział w niektórych rytuałach ku czci bóstw. Jednocześnie jednak to ostatnie wynikało raczej z przyzwyczajenia, a kilka lat w BUM uczyło kwestionować wszystko i nie spodziewać się żadnej nadprzyrodzonej pomocy. Nie modliła się zwykle do Pani Księżyca: nie dlatego, że w nią nie wierzyła – nie wierzyła w sens modlitwy.
Litha i Beltane pozostawiały ją z nieprzyjemnym wrażeniem otarcia się o coś, co nie powinno przytrafić się ludziom. I wcale nie było jej przykro, że ani nie widziała martwej kobiety w Limbo, ani nie przyszło jej patrzeć w twarz Panny, Matki lub Staruchy. Była zwykłym człowiekiem. Nie nadawała się do takich atrakcji.
Gdy Sebastian zaczął swoje modlitwy, czaszka zaczęła lśnić, promieniując zielonkawym światłem – coś w niej rzucało się niespokojnie, jakby próbowało rozbić ją od środka. Digby wyciągnął niewielką książeczkę i zaczął szeptać inkantacje, przyłączając się do Macmillana i pod wpływem jego magii coś, jakby sylwetka, niewyraźna, utkana z dymu i światła, uniosła się z naczynia.
A potem zamigotała i znikła, gdy połączona moc mężczyzn otworzyła przejście.
Kolejne dusze, jedna po drugiej, opuszczały czaszkę. Jedna z nich pochyliła się nad Sebastianem: zdawało się mu, że złożyła na jego policzki widmowy pocałunek nim znikła.
Nie były to typowe egzorcyzmy – zasłona między światami stawała się cienka jedynie w Beltane i Samhain, wtedy zwykle dochodziło do opętań, wtedy odsyłano pochwycone w naczynia duchy do Limbo. By uwolnić te, dręczone przez czarnoksiężnika, porywali się na coś innego, a było ich wiele – na tyle wiele, że chociaż Sebastian, uzbrojony w modlitwę, wiarę, wyszkolenie i moc Trelawneyów, odprawił egzorcyzm iście popisowo, to temperatura w pomieszczeniu zaczęła w pewnym momencie spadać. Szron osiadał na podłodze, chłód stawał się coraz bardziej dotkliwy… chociaż nie dla Atreusa i Patricka, i tak niosących już w sobie zimno z zaświatów. Iskry poruszały się powoli wzdłuż run, wytyczonych na podłodze, zielonkawo – niebieskie, i gdy Patrick na nie patrzył, mógł przypomnieć sobie Limbo: że wszystko poruszało się w kręgu, że oni odwrócili ten proces, sprawili, że pobiegł w krąg, ale w drugą stronę… tutaj był zatrzymany przez czarnoksiężnika: Digby i Macmillan zmuszali go, by znów ruszył z miejsca.
Duchy zasilały źródło energii, które omal nie pochłonęło ich czwórki, wracały do cyklu?
Choć było zimno, po czole Digby’ego spływał pot. Dusz było za wiele.
– Powinnam usunąć ten szron? – mruknęła Brenna, zerkając ku egzorcyście i wywoływaczowi, a potem ku szronowi, który z każdej chwili mógł pokryć znaki na podłodze tak, że staną się niewidoczne.
Litha i Beltane pozostawiały ją z nieprzyjemnym wrażeniem otarcia się o coś, co nie powinno przytrafić się ludziom. I wcale nie było jej przykro, że ani nie widziała martwej kobiety w Limbo, ani nie przyszło jej patrzeć w twarz Panny, Matki lub Staruchy. Była zwykłym człowiekiem. Nie nadawała się do takich atrakcji.
Gdy Sebastian zaczął swoje modlitwy, czaszka zaczęła lśnić, promieniując zielonkawym światłem – coś w niej rzucało się niespokojnie, jakby próbowało rozbić ją od środka. Digby wyciągnął niewielką książeczkę i zaczął szeptać inkantacje, przyłączając się do Macmillana i pod wpływem jego magii coś, jakby sylwetka, niewyraźna, utkana z dymu i światła, uniosła się z naczynia.
A potem zamigotała i znikła, gdy połączona moc mężczyzn otworzyła przejście.
Kolejne dusze, jedna po drugiej, opuszczały czaszkę. Jedna z nich pochyliła się nad Sebastianem: zdawało się mu, że złożyła na jego policzki widmowy pocałunek nim znikła.
Nie były to typowe egzorcyzmy – zasłona między światami stawała się cienka jedynie w Beltane i Samhain, wtedy zwykle dochodziło do opętań, wtedy odsyłano pochwycone w naczynia duchy do Limbo. By uwolnić te, dręczone przez czarnoksiężnika, porywali się na coś innego, a było ich wiele – na tyle wiele, że chociaż Sebastian, uzbrojony w modlitwę, wiarę, wyszkolenie i moc Trelawneyów, odprawił egzorcyzm iście popisowo, to temperatura w pomieszczeniu zaczęła w pewnym momencie spadać. Szron osiadał na podłodze, chłód stawał się coraz bardziej dotkliwy… chociaż nie dla Atreusa i Patricka, i tak niosących już w sobie zimno z zaświatów. Iskry poruszały się powoli wzdłuż run, wytyczonych na podłodze, zielonkawo – niebieskie, i gdy Patrick na nie patrzył, mógł przypomnieć sobie Limbo: że wszystko poruszało się w kręgu, że oni odwrócili ten proces, sprawili, że pobiegł w krąg, ale w drugą stronę… tutaj był zatrzymany przez czarnoksiężnika: Digby i Macmillan zmuszali go, by znów ruszył z miejsca.
Duchy zasilały źródło energii, które omal nie pochłonęło ich czwórki, wracały do cyklu?
Choć było zimno, po czole Digby’ego spływał pot. Dusz było za wiele.
– Powinnam usunąć ten szron? – mruknęła Brenna, zerkając ku egzorcyście i wywoływaczowi, a potem ku szronowi, który z każdej chwili mógł pokryć znaki na podłodze tak, że staną się niewidoczne.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.