03.09.2024, 16:59 ✶
Gdyby była młodsza, zapewne pokazałaby mu język na to bezczelne papugowanie. Ale była już duża i nawet jeżeli wiedziała, że może tu, w tym otoczeniu, czuć się swobodnie, to jednak coś ją powstrzymywało przed tak dziecinnym zachowaniem. Być może jeszcze sobie nie zdawała z tego sprawy, lecz niedawno coś się w niej zmieniło. Być może ta sprawa na Beltane, o której tylko słyszała? Albo już wcześniej, gdy rozpoczęła się wojna podjazdowa, a zagrożenie zaczęło być realne? A może kilka dni temu, gdy zdała sobie sprawę z tego, że w jej życiu nie było już miejsca na bycie dzieciuchem. Nie oznaczało to, że straciła dziecięcą wiarę w lepsze jutro: bo gdyby tak było, to porzuciłaby nie tylko ten eksperyment, ale i pracę. Nie. To było coś... Coś innego. Być może właśnie przez tę wiarę w lepsze jutro zdecydowała się cisnąć mocniej i w końcu wydorośleć.
Roselyn otoczyła jego dużą dłoń szczupłymi palcami. Uścisk, brew pozorom, miała mocny. Być może to adrenalina dodawała jej animuszu i sił, a być może po prostu chudzi ludzie wcale nie byli takimi słabeuszami, jeśli chodzi o fizyczność? I chociaż Greengrassówna raczej stroniła od przemocy fizycznej, to musiała być wytrzymała, skoro potrafiła zarywać nocki nie tylko w Hogwarcie, lecz i po jego ukończeniu. Słabe osoby o słabym zdrowiu nie dałyby rady.
- Osobiście je na ciebie napuszczę, jeśli komuś powiesz - pociągnęła brata lekko w swoją stronę, robiąc krok w bok. Jeden i drugi, aż w końcu znaleźli się na schodach. Solidnych, choć już odrobinę starych. Nie skrzypiały jednak - były utrzymane w doskonałym stanie. Zupełnie tak jakby drewno, z którego je zrobiono, w jakiś sposób chciało się im odwdzięczyć za opiekę nad sobą samym, gdy jeszcze produkowało tlen. - Znam dobrego hodowcę, który tylko czeka aż będzie mógł wypuścić te krwiożercze bestie na kogoś.
Niby żartowała, ale w zasadzie to nie do końca, bo naprawdę taką osobę znała. Brała od niego jajka i czasem pasztet, gdy matka ją o to poprosiła. Wracała z pracy i zaglądała do niego, a mieszkał całkiem niedaleko, po tej samej stronie Doliny. Co prawda miał zwykły drób i nawet zające i Ambroise zapewne doskonale o tym wiedział, ale no nie mogła tak po prostu zostawić tego tematu.
Cisza jej nie przeszkadzała, szczególnie jeżeli miała obok siebie brata. Posiadłość Greengrassów znajdowała się tuż-tuż obok Kniei, a mimo iż wciąż nie można tam było wchodzić a ją samą opanowały potwory, to jakoś szelest liści i szum w koronach drzew sprawiał, że Roselyn automatycznie się uspokajała.
Teraz jednak było inaczej.
Rose zacisnęła dłoń na dłoni brata, zwalniając na chwilę.
- Wiesz... Mam wrażenie, że Knieja próbuje nas chronić - powiedziała dość ponuro, melancholijnym tonem. Wpatrywała się w ciemną puszczę, pozwalając by wiatr rozwiewał luźne pasemka jej ciemnych włosów. - Przestały do nas mówić. Drzewa. Nie słyszę już tego wołania, które mnie ciągnęło do serca Kniei. Myślisz, że coś im się stało?
Zapytała, zerkając na Ambroise z uwagą. Istniała oczywiście jeszcze jedna opcja: Knieja milczała, bo nie chciała, żeby ktokolwiek z Greengrassów zbliżał się do niej, gdy skrywała tyle niebezpieczeństw.
- Będę chciała tam iść, gdy tylko uda nam się sporządzić ten eliksir - powiedziała w końcu, ciągnąc mężczyznę wzdłuż linii lasu, która mimo iż była stosunkowo daleko, to jakby jednak za blisko. Wciąż byli na terenie posiadłości: Rose nie była na tyle głupia, żeby pchać się do puszczy gdy było w niej tak niebezpiecznie. Musiała więc znaleźć inny sposób na ukrycie tego, co robiła. Kierowała Ambroise do szklarni, w których normalnie pracowali z ojcem. Minęła je jednak, puszczając w końcu dłoń brata. - Dlatego to jest dla mnie tak ważne. Żeby wszystko się udało.
Powiedziała cicho, sięgając do kieszeni po różdżkę. Stanęła o dziwo nie przed szklarnią, a przed stertą spróchniałych desek. Nie zerkając nawet za siebie, nie rozglądając się, zaczęła wodzić różdżką w powietrzu, a każde przecięcie tlenu zostawiało srebrzyste łuki. Roselyn zdejmowała iluzję, która na oczach Ambroise rozsypywała się jak domek z kart, by miast sterty desek nagle przed nimi wyrosła niewielka szklarenka, zdolna pomieścić w porywach do trzech osób.
Roselyn otoczyła jego dużą dłoń szczupłymi palcami. Uścisk, brew pozorom, miała mocny. Być może to adrenalina dodawała jej animuszu i sił, a być może po prostu chudzi ludzie wcale nie byli takimi słabeuszami, jeśli chodzi o fizyczność? I chociaż Greengrassówna raczej stroniła od przemocy fizycznej, to musiała być wytrzymała, skoro potrafiła zarywać nocki nie tylko w Hogwarcie, lecz i po jego ukończeniu. Słabe osoby o słabym zdrowiu nie dałyby rady.
- Osobiście je na ciebie napuszczę, jeśli komuś powiesz - pociągnęła brata lekko w swoją stronę, robiąc krok w bok. Jeden i drugi, aż w końcu znaleźli się na schodach. Solidnych, choć już odrobinę starych. Nie skrzypiały jednak - były utrzymane w doskonałym stanie. Zupełnie tak jakby drewno, z którego je zrobiono, w jakiś sposób chciało się im odwdzięczyć za opiekę nad sobą samym, gdy jeszcze produkowało tlen. - Znam dobrego hodowcę, który tylko czeka aż będzie mógł wypuścić te krwiożercze bestie na kogoś.
Niby żartowała, ale w zasadzie to nie do końca, bo naprawdę taką osobę znała. Brała od niego jajka i czasem pasztet, gdy matka ją o to poprosiła. Wracała z pracy i zaglądała do niego, a mieszkał całkiem niedaleko, po tej samej stronie Doliny. Co prawda miał zwykły drób i nawet zające i Ambroise zapewne doskonale o tym wiedział, ale no nie mogła tak po prostu zostawić tego tematu.
Cisza jej nie przeszkadzała, szczególnie jeżeli miała obok siebie brata. Posiadłość Greengrassów znajdowała się tuż-tuż obok Kniei, a mimo iż wciąż nie można tam było wchodzić a ją samą opanowały potwory, to jakoś szelest liści i szum w koronach drzew sprawiał, że Roselyn automatycznie się uspokajała.
Teraz jednak było inaczej.
Rose zacisnęła dłoń na dłoni brata, zwalniając na chwilę.
- Wiesz... Mam wrażenie, że Knieja próbuje nas chronić - powiedziała dość ponuro, melancholijnym tonem. Wpatrywała się w ciemną puszczę, pozwalając by wiatr rozwiewał luźne pasemka jej ciemnych włosów. - Przestały do nas mówić. Drzewa. Nie słyszę już tego wołania, które mnie ciągnęło do serca Kniei. Myślisz, że coś im się stało?
Zapytała, zerkając na Ambroise z uwagą. Istniała oczywiście jeszcze jedna opcja: Knieja milczała, bo nie chciała, żeby ktokolwiek z Greengrassów zbliżał się do niej, gdy skrywała tyle niebezpieczeństw.
- Będę chciała tam iść, gdy tylko uda nam się sporządzić ten eliksir - powiedziała w końcu, ciągnąc mężczyznę wzdłuż linii lasu, która mimo iż była stosunkowo daleko, to jakby jednak za blisko. Wciąż byli na terenie posiadłości: Rose nie była na tyle głupia, żeby pchać się do puszczy gdy było w niej tak niebezpiecznie. Musiała więc znaleźć inny sposób na ukrycie tego, co robiła. Kierowała Ambroise do szklarni, w których normalnie pracowali z ojcem. Minęła je jednak, puszczając w końcu dłoń brata. - Dlatego to jest dla mnie tak ważne. Żeby wszystko się udało.
Powiedziała cicho, sięgając do kieszeni po różdżkę. Stanęła o dziwo nie przed szklarnią, a przed stertą spróchniałych desek. Nie zerkając nawet za siebie, nie rozglądając się, zaczęła wodzić różdżką w powietrzu, a każde przecięcie tlenu zostawiało srebrzyste łuki. Roselyn zdejmowała iluzję, która na oczach Ambroise rozsypywała się jak domek z kart, by miast sterty desek nagle przed nimi wyrosła niewielka szklarenka, zdolna pomieścić w porywach do trzech osób.