03.09.2024, 17:50 ✶
– Prawda? Trzeba w końcu dbać o chorych i strapionych, więc na pewno się postaram, żeby ktoś patrolował tę ulicę dziś, jutro i pojutrze, specjalnie pod ich domem… – powiedziała Brenna z udawanym zmartwieniem. Umiała być sympatyczna: właściwie większość ludzi brało ją za sympatyczną dziewczynkę. Ale była też gliną, i umiała być bardzo, bardzo wrednym gliną, kiedy ktoś zaszedł jej za skórę, a Tatcherowie i ich sprawa może nie dotykali jej tak mocno personalnie, grali jednak na nosie wymiarowi sprawiedliwości, zajmowali innym czasem, a poza tym byli bandą napuszonych drani, którzy chcieli się kogoś pozbyć tylko dlatego, że tak im było wygodnie.
Niech tylko wystawią nos za drzwi do domu, to ten problem rozwiąże się raz na zawsze.
Oczywiście, że znalazłaby czas, żeby siąść z nim w jakiejś kawiarni – nie tylko nie umiała odmawiać takim prośbom znajomych, a już na pewno nie odmówiłaby w chwili, gdy ktoś przechodził osobisty kryzys, ale też zwyczajnie w tych chwilach, gdy utykali na przykład razem w izolatce albo musieli siedzieć i czekać aż jej ręce przestaną gnić rozmawiało się jej z nim zawsze dobrze. Zamiast tego jednak na te dwie sekundy zanim winda się zatrzymała pracownica, jakby celowo, wypuściła tę skrzynkę. Basilius cofnął się gwałtownie, wpadając na ścianę windy plecami, a Brenna pociągnięta przez niego w bok też uderzyła o tę ramieniem. Dzięki temu większa część eliksirów spryskała podłogę i drzwi windy, ale kilka kropel padło na ich spodnie, a jedna buteleczka zalała dłoń.
– Merlinie!!! Przepraszam, tak bardzo przepraszam, zamyśliłam się! – zawołała dziewczyna, stojąc w bezruchu, z bardzo nieszczęśliwą miną, jakby niepewna, co właściwie powinna teraz zrobić.
– To nie jest żrące? Ani nie zamieni nas w żaby? Czy coś takiego? – upewniła się Brenna, spoglądając na plamę na kolanie, a potem unosząc ich wciąż złączone dłonie, by spojrzeć na spływający z nich płyn. Wyglądało jednak na to, że nie paliło, nie piekło, skóra im nie schodziła… – Mam chusteczki… – mruknęła, i puściła rękę Basiliusa.
Znaczy się, spróbowała puścić rękę Basiliusa.
Zmarszczyła brwi i pociągnęła trochę mocniej, ale uzyskała tylko tyle, że podniosła ich dłonie jeszcze wyżej. Splecione palce za nic nie chciały puścić. I w tym jednym momencie przypomniała sobie nagle: piątek siedemnastego. Włochy. Rzymskie cyfry... I to jak nieopatrznie rzuciła przy ostatnim spotkaniu, że w niektórych kulturach to nie trzynasty uznawany jest za pechowy...
– Lenni? Co to był za eliksir? – spytała, bardzo łagodnie, powstrzymując odruch nakazujący spróbować rozplątać te ręce drugą dłonią. Jeszcze i ona by się przyczepiła. Zamiast tego Brenna, niezgrabnie manewrując lewą, wydobyła z kieszeni tę chusteczkę, by zabrać się za ostrożnie usuwanie błękitnego płynu. Nie zwróciła nawet uwagi, że winda zatrzymała się na właściwym piętrze.
– N-naprawdę p-przepraszam – jęknęła Lenni. – To skonfiskowane eliksiry klejące, sprzedawano je, chociaż są przeterminowane…
Niech tylko wystawią nos za drzwi do domu, to ten problem rozwiąże się raz na zawsze.
Oczywiście, że znalazłaby czas, żeby siąść z nim w jakiejś kawiarni – nie tylko nie umiała odmawiać takim prośbom znajomych, a już na pewno nie odmówiłaby w chwili, gdy ktoś przechodził osobisty kryzys, ale też zwyczajnie w tych chwilach, gdy utykali na przykład razem w izolatce albo musieli siedzieć i czekać aż jej ręce przestaną gnić rozmawiało się jej z nim zawsze dobrze. Zamiast tego jednak na te dwie sekundy zanim winda się zatrzymała pracownica, jakby celowo, wypuściła tę skrzynkę. Basilius cofnął się gwałtownie, wpadając na ścianę windy plecami, a Brenna pociągnięta przez niego w bok też uderzyła o tę ramieniem. Dzięki temu większa część eliksirów spryskała podłogę i drzwi windy, ale kilka kropel padło na ich spodnie, a jedna buteleczka zalała dłoń.
– Merlinie!!! Przepraszam, tak bardzo przepraszam, zamyśliłam się! – zawołała dziewczyna, stojąc w bezruchu, z bardzo nieszczęśliwą miną, jakby niepewna, co właściwie powinna teraz zrobić.
– To nie jest żrące? Ani nie zamieni nas w żaby? Czy coś takiego? – upewniła się Brenna, spoglądając na plamę na kolanie, a potem unosząc ich wciąż złączone dłonie, by spojrzeć na spływający z nich płyn. Wyglądało jednak na to, że nie paliło, nie piekło, skóra im nie schodziła… – Mam chusteczki… – mruknęła, i puściła rękę Basiliusa.
Znaczy się, spróbowała puścić rękę Basiliusa.
Zmarszczyła brwi i pociągnęła trochę mocniej, ale uzyskała tylko tyle, że podniosła ich dłonie jeszcze wyżej. Splecione palce za nic nie chciały puścić. I w tym jednym momencie przypomniała sobie nagle: piątek siedemnastego. Włochy. Rzymskie cyfry... I to jak nieopatrznie rzuciła przy ostatnim spotkaniu, że w niektórych kulturach to nie trzynasty uznawany jest za pechowy...
– Lenni? Co to był za eliksir? – spytała, bardzo łagodnie, powstrzymując odruch nakazujący spróbować rozplątać te ręce drugą dłonią. Jeszcze i ona by się przyczepiła. Zamiast tego Brenna, niezgrabnie manewrując lewą, wydobyła z kieszeni tę chusteczkę, by zabrać się za ostrożnie usuwanie błękitnego płynu. Nie zwróciła nawet uwagi, że winda zatrzymała się na właściwym piętrze.
– N-naprawdę p-przepraszam – jęknęła Lenni. – To skonfiskowane eliksiry klejące, sprzedawano je, chociaż są przeterminowane…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.