15.01.2023, 13:41 ✶
Powiedzenie, że "Brenna była zajęta" stanowiłoby pewne niedopowiedzenie. Brenna zazwyczaj była zajęta, a marzec i kwiecień niosły ze sobą coraz to nowsze wyzwania i coraz to większe katastrofy, sprawiając, że utrzymanie tempa nawet jej przychodziło z trudem.
I nie chodziło nawet o wypadek w pracowni Flinta. Ten oznaczał sporo pracy, owszem i pewne dylematy, które normalnie nie byłyby aż tak dotkliwe, gdyby nie znała wszystkich zaangażowanych. Sprawa krążyła jej gdzieś po głowie, ale była upchana obok wielu innych. Śledztwa zainicjowanego przez Salema, badań, na które chciał zgodzić się Erik, śmierci Christie i pewnej obawy, jak w nowych warunkach poradzi sobie Charlie. Wszystkie tkwiły gdzieś na boku, zepchnięte tam przez coś innego.
Beltaine.
Nie mogła przewidzieć, co planuje Voldemort. A że Brenna była Brenną, oczywiście próbowała. Miotała się więc coraz bardziej i bardziej, starając to ukryć, ale głowę miała pełną czarną myśli.
Gdy wróciła z dyżuru - dość późno - najpierw zabrała psy na spacer. Wróciła z nimi o zmierzchu, wpuszczając do domu Longbottomów całą hałastrę. Ponurak jak zwykle szybko znikł gdzieś w jakimś ciemnym kącie, Łatek pobiegł na swoje posłanie, a Gałgan wpadł do środka radośnie i pobiegł do salonu, gdzie przywitał się z Danielle z taką radością, jakby nie widział jej przynajmniej od tygodnia. Brenna odwiesiła kurtkę na wieszak i też ruszyła do salonu. Początkowo miała zamiar iść do siebie, dostrzegła jednak, że salon - często o tej porze wypełniony ludźmi - był niemal pusty. Jedyną osobą, poza białą mieszanką labradora, była Danielle. A z nią Brenna od dawna chciała porozmawiać. Zasygnalizowała to już nawet Patrickowi.
Nie mogła uprzedzić o Beltaine wszystkich, których uprzedzić chciała. Zbyt duże ryzyko. Był to chyba główny powód ciężaru, jaki nosiła w piersi. Puszczenie kuzynki, która miała talent do wpadania w kłopoty, prosto w ogień bez ostrzeżenia straszliwie jej ciążyło. Nie powiedziałaby jednak niczego, gdyby nie inna sprawa.
Na miejscu mogli potrzebować medyków. A Brenna w Zakonie nie znała żadnego. Patrickowi niby ktoś przyszedł do głowy, tylko czy jedna osoba wystarczy? A Danielle może i sama do Zakonu nie dołączyła, ale musiałaby być ślepa, aby nie wiedzieć, że coś się święci. Brenna i Erik, a od niedawna także mieszkająca tu Mavelle, pracowali nieco za często. Nie wspominając już o tym, że Danielle zdarzylo się raz Brennę łatać.
- Dani? Cześć - przywitała się, podchodząc od kanapy, by na niej usiąść.
Jak to ubrać w słowa? Cześć, kuzynko, nie chcesz nam pomóc w walce z mrocznym lordem?
Z Mavelle było łatwiej. Ale Mavelle była Brygadzistką i osobą, z którą Brenna zawsze pakowała się w różne kłopoty.
- Wybierasz się na sabat z okazji Beltaine?
I nie chodziło nawet o wypadek w pracowni Flinta. Ten oznaczał sporo pracy, owszem i pewne dylematy, które normalnie nie byłyby aż tak dotkliwe, gdyby nie znała wszystkich zaangażowanych. Sprawa krążyła jej gdzieś po głowie, ale była upchana obok wielu innych. Śledztwa zainicjowanego przez Salema, badań, na które chciał zgodzić się Erik, śmierci Christie i pewnej obawy, jak w nowych warunkach poradzi sobie Charlie. Wszystkie tkwiły gdzieś na boku, zepchnięte tam przez coś innego.
Beltaine.
Nie mogła przewidzieć, co planuje Voldemort. A że Brenna była Brenną, oczywiście próbowała. Miotała się więc coraz bardziej i bardziej, starając to ukryć, ale głowę miała pełną czarną myśli.
Gdy wróciła z dyżuru - dość późno - najpierw zabrała psy na spacer. Wróciła z nimi o zmierzchu, wpuszczając do domu Longbottomów całą hałastrę. Ponurak jak zwykle szybko znikł gdzieś w jakimś ciemnym kącie, Łatek pobiegł na swoje posłanie, a Gałgan wpadł do środka radośnie i pobiegł do salonu, gdzie przywitał się z Danielle z taką radością, jakby nie widział jej przynajmniej od tygodnia. Brenna odwiesiła kurtkę na wieszak i też ruszyła do salonu. Początkowo miała zamiar iść do siebie, dostrzegła jednak, że salon - często o tej porze wypełniony ludźmi - był niemal pusty. Jedyną osobą, poza białą mieszanką labradora, była Danielle. A z nią Brenna od dawna chciała porozmawiać. Zasygnalizowała to już nawet Patrickowi.
Nie mogła uprzedzić o Beltaine wszystkich, których uprzedzić chciała. Zbyt duże ryzyko. Był to chyba główny powód ciężaru, jaki nosiła w piersi. Puszczenie kuzynki, która miała talent do wpadania w kłopoty, prosto w ogień bez ostrzeżenia straszliwie jej ciążyło. Nie powiedziałaby jednak niczego, gdyby nie inna sprawa.
Na miejscu mogli potrzebować medyków. A Brenna w Zakonie nie znała żadnego. Patrickowi niby ktoś przyszedł do głowy, tylko czy jedna osoba wystarczy? A Danielle może i sama do Zakonu nie dołączyła, ale musiałaby być ślepa, aby nie wiedzieć, że coś się święci. Brenna i Erik, a od niedawna także mieszkająca tu Mavelle, pracowali nieco za często. Nie wspominając już o tym, że Danielle zdarzylo się raz Brennę łatać.
- Dani? Cześć - przywitała się, podchodząc od kanapy, by na niej usiąść.
Jak to ubrać w słowa? Cześć, kuzynko, nie chcesz nam pomóc w walce z mrocznym lordem?
Z Mavelle było łatwiej. Ale Mavelle była Brygadzistką i osobą, z którą Brenna zawsze pakowała się w różne kłopoty.
- Wybierasz się na sabat z okazji Beltaine?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.