04.09.2024, 13:19 ✶
Brenna pojawiła się w punkcie aportacyjnym, a drogę pomiędzy nim i kawiarnią, w której umówiła się z Thomasem, pokonała pędem. W drzwiach – trochę bardziej rozczochrana niż zwykle, z szalikiem rozchełstanym na szyi, zgrzana po biegu w chłodny, styczniowy wieczór, z policzkami zaczerwionymi od mrozu – stanęła minutę po czasie spotkania. Nie znosiła się spóźniać, ale w pracy musiała zostać chwilę dłużej. Znaczy się chwilę dłużej niż zakładała początkowo, bo zaklepała sobie zapas między końcem dyżuru, a tym spotkaniem, ale i tak nie do końca wyszło.
Nic nowego w Anglii, w której ostatnio zaczął panoszyć się Voldemort i śmierciożercy. Aurorzy mieli pełne ręce roboty, ale tej Detektywom też przybywało, na różnych frontach – pożary, napaści na tle rasistowskim, złodzieje podszywający się pod śmierciożerców czy ta cała siatka, która miała pomóc im działać…
Jeszcze nikt do tego nie przywykł w pełni – i jeszcze, jeszcze w styczniu 71 roku, mimo wszystkich paskudnych wydarzeń, Brenna nie miała wrażenie, że z każdym dniem trudniej jest oddychać. To dopiero miało nadejść.
– Tommy! – zawołała, przeciskając się pomiędzy stolikami i krzesłami, ledwo wypatrzyła Thomasa. Wyciągnęła ręce, i jeśli wstał, uściskała go po prostu, a jeżeli nie, to dość bezczelnie pociągnęła, zmuszając, żeby poderwał się z krzesła i pozwolił się przywitać. Czarodzieje czystej krwi rzadko byli tak wylewni: ale nie byli na żadnym czystokrwistym balu, nie widzieli się od dawna, a po prawdzie większość ludzi przed nią stawiała w takich kwestiach nieco niższe wymagania nawet w socjecie, bo była po pierwsze, Longbottomem, po drugie gliną. – Czy ty jesteś opalony, czy to przez to światło? Ja cię kręcę, dziwię się, że ci się w ogóle chciało wracać do Anglii, pogoda tutaj jest w tym roku wyjątkowo paskudna – powiedziała, wypuszczając go z objęć i odsuwając sobie krzesło. Zabrała się za rozpisanie płaszcza, w wyuczonym odruchu wodząc już jednak spojrzeniem po pomieszczeniu: kto jest w środku, kto gdzie siedzi, kogo mają w zasięgu wzroku, gdzie są wyjścia.
Nie, nie spodziewała się dziś żadnych problemów – i nie, nie mieli rozmawiać o żadnych sprawach mrocznych, tajnych czy nawet ważnych dla kogoś poza nimi. Ale pewne rzeczy stawały się już u Brenny nawykiem, tak jak to, że pewnie gdyby umówiła się z kimś innym, to w tym lokalu napiłaby się co najwyżej wody gazowanej.
Figg był jednak ostatnią z osób, którą podejrzewałaby o cokolwiek, a paranoja jeszcze nie ewoluowała u niej tak bardzo. Rzuciła więc płaszcz na oparcie, zsunęła z szyi szalik i usiadła, chwytając za kartę dań. Nie musiał się martwić, że nie będzie chętna do jedzenia – naprawdę, Brennie nie zdarzało się niedojadać, nawet jeżeli czasem jej posiłki bywały nieregularne.
Nic nowego w Anglii, w której ostatnio zaczął panoszyć się Voldemort i śmierciożercy. Aurorzy mieli pełne ręce roboty, ale tej Detektywom też przybywało, na różnych frontach – pożary, napaści na tle rasistowskim, złodzieje podszywający się pod śmierciożerców czy ta cała siatka, która miała pomóc im działać…
Jeszcze nikt do tego nie przywykł w pełni – i jeszcze, jeszcze w styczniu 71 roku, mimo wszystkich paskudnych wydarzeń, Brenna nie miała wrażenie, że z każdym dniem trudniej jest oddychać. To dopiero miało nadejść.
– Tommy! – zawołała, przeciskając się pomiędzy stolikami i krzesłami, ledwo wypatrzyła Thomasa. Wyciągnęła ręce, i jeśli wstał, uściskała go po prostu, a jeżeli nie, to dość bezczelnie pociągnęła, zmuszając, żeby poderwał się z krzesła i pozwolił się przywitać. Czarodzieje czystej krwi rzadko byli tak wylewni: ale nie byli na żadnym czystokrwistym balu, nie widzieli się od dawna, a po prawdzie większość ludzi przed nią stawiała w takich kwestiach nieco niższe wymagania nawet w socjecie, bo była po pierwsze, Longbottomem, po drugie gliną. – Czy ty jesteś opalony, czy to przez to światło? Ja cię kręcę, dziwię się, że ci się w ogóle chciało wracać do Anglii, pogoda tutaj jest w tym roku wyjątkowo paskudna – powiedziała, wypuszczając go z objęć i odsuwając sobie krzesło. Zabrała się za rozpisanie płaszcza, w wyuczonym odruchu wodząc już jednak spojrzeniem po pomieszczeniu: kto jest w środku, kto gdzie siedzi, kogo mają w zasięgu wzroku, gdzie są wyjścia.
Nie, nie spodziewała się dziś żadnych problemów – i nie, nie mieli rozmawiać o żadnych sprawach mrocznych, tajnych czy nawet ważnych dla kogoś poza nimi. Ale pewne rzeczy stawały się już u Brenny nawykiem, tak jak to, że pewnie gdyby umówiła się z kimś innym, to w tym lokalu napiłaby się co najwyżej wody gazowanej.
Figg był jednak ostatnią z osób, którą podejrzewałaby o cokolwiek, a paranoja jeszcze nie ewoluowała u niej tak bardzo. Rzuciła więc płaszcz na oparcie, zsunęła z szyi szalik i usiadła, chwytając za kartę dań. Nie musiał się martwić, że nie będzie chętna do jedzenia – naprawdę, Brennie nie zdarzało się niedojadać, nawet jeżeli czasem jej posiłki bywały nieregularne.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.