04.09.2024, 14:54 ✶
Ten dygot przyszedł sam, nawet nie zdawała sobie z niego sprawy. Czarne dłonie wychylające się z czarnej wody, by opleść, porwać i pożreć jej ciało i duszę. Czuła ich lepki dotyk, czuła wzbierającą w sercu panikę, obezwładniający, atawistyczny strach istoty, która za moment ma umrzeć utopiona, umrzeć uduszona, trawiona w niekończącym się kręgu życia i koszmaru.
Jej głowa jednak zakotwiczona była w czarnych kędziorach w smutnym głosie Złotego Chłopca, który gasł w jej oczach i była to jej wina. Który wołał, a ona uciekła, stchórzyła, porzuciła go na żer demonom, upiorom, na żer zapomnienia, tak jak teraz żreć miała wylewająca się zewsząd woda. Nie był Umiarkowaniem, nie był aniołem, a ona nie była Arcykapłanką, ani księżycem. Byli parą zagubionych pozbawionych rodziców dzieciaków, które nie wierzyły, że cokolwiek mogłoby odwrócić ich los. Byli wieżami, które runęły a spod gruzów nie było widać wskazującej drogę Gwiazdy. Byli tonącymi i brzytwami, za które się chwytali, którymi cieli słabowite żyły okryte ledwie cienką warstwą białego pergaminu.
Dygot przyszedł sam, wzdrygnęła się raz, drugi, chlupot wody i drżenie ramion, które nagle wystrzeliły bielą ku jego szyi, by opleść, porwać, by pożreć ciało i duszę. Otoczyła go wiotkimi ramionami jak zjawa, jej wilgotne włosy stanowiły jedyne okrycie, lepiąc się do mokrej skóry twarzy i ciała, tańcem bieli i czerni zwiotczałego istnienia. Niczym nimfa, albo wodna zmora oplotła go ciasno, wyślizgując się z wanny, z łoskotem upadając na mokrą podłogę, znów podłogę, znów, kolejna błona przebita. Przylgnęła doń łapczywie, kryjąc twarz w krzywiźnie szyi, w nieutulonym żalu i osamotnieniu.
– Kochaj mnie... – wyszeptała nieoczekiwanie, wciąż drżąc – ...daj mi poczuć, chociaż raz, że ktoś kocha mnie prawdziwie...proszę... – błagała przyciskając go mocniej i mocniej do siebie, widząc w nim ostatnią deskę, która mogłaby uratować ją od utonięcia. Albo rozpaść się w dłoniach i pozwolić zdryfować na samo dno.
Jej głowa jednak zakotwiczona była w czarnych kędziorach w smutnym głosie Złotego Chłopca, który gasł w jej oczach i była to jej wina. Który wołał, a ona uciekła, stchórzyła, porzuciła go na żer demonom, upiorom, na żer zapomnienia, tak jak teraz żreć miała wylewająca się zewsząd woda. Nie był Umiarkowaniem, nie był aniołem, a ona nie była Arcykapłanką, ani księżycem. Byli parą zagubionych pozbawionych rodziców dzieciaków, które nie wierzyły, że cokolwiek mogłoby odwrócić ich los. Byli wieżami, które runęły a spod gruzów nie było widać wskazującej drogę Gwiazdy. Byli tonącymi i brzytwami, za które się chwytali, którymi cieli słabowite żyły okryte ledwie cienką warstwą białego pergaminu.
Dygot przyszedł sam, wzdrygnęła się raz, drugi, chlupot wody i drżenie ramion, które nagle wystrzeliły bielą ku jego szyi, by opleść, porwać, by pożreć ciało i duszę. Otoczyła go wiotkimi ramionami jak zjawa, jej wilgotne włosy stanowiły jedyne okrycie, lepiąc się do mokrej skóry twarzy i ciała, tańcem bieli i czerni zwiotczałego istnienia. Niczym nimfa, albo wodna zmora oplotła go ciasno, wyślizgując się z wanny, z łoskotem upadając na mokrą podłogę, znów podłogę, znów, kolejna błona przebita. Przylgnęła doń łapczywie, kryjąc twarz w krzywiźnie szyi, w nieutulonym żalu i osamotnieniu.
– Kochaj mnie... – wyszeptała nieoczekiwanie, wciąż drżąc – ...daj mi poczuć, chociaż raz, że ktoś kocha mnie prawdziwie...proszę... – błagała przyciskając go mocniej i mocniej do siebie, widząc w nim ostatnią deskę, która mogłaby uratować ją od utonięcia. Albo rozpaść się w dłoniach i pozwolić zdryfować na samo dno.