- Masz na myśli zobowiązanie do pomocy? - Bycie czyjąś narzeczoną... Jego siostra miała się stać CZYJĄŚ narzeczoną i to w pełni niechcianie. Nie dlatego, że mężczyzny nie kochała, a dlatego, że bała się tak ważnego kroku. Zbliżała się już trzydziestka na jej karku, matka była coraz bardziej natarczywa, postawiła ultimatum, po którym... kto wie, co by się po nim działo? Laurent bardzo świadomie Aydayi odmówił. I poniekąd nałożył nacisk na Pandorę, żeby wyszła ze swoją inicjatywą, skoro i tak ma kogoś, kogo kocha. Zobowiązanie się do pomagania komuś mogły mieć różne źródło, ale rodzina zawsze była najważniejsza - tak jak dla Victorii był tak ważny Sauriel. Laurent trochę gubił się w tym, co chciał jej powiedzieć, ale nie dlatego, że chciał unikać prawdy. Nie wiedział, jak to ująć. Brakowało mu tych wszystkich ładnych słów, żeby opisać, jak wiele rzeczy stało się spierdolonych. Jak wiele on spierdolił. - Nie miał najlepszych wzorców, syndrom Sztokholmski to chyba jego drugie imię. - Nie znał Alexandra, który dzielił jedną skromną przyczepę z tym wrakiem człowieka, jakim był Edge, ale nie potrafił sobie wyobrazić, że to był DOBRY związek. Może był, może to po prostu Edge... wina na pewno leżała po obu stronach. Przeszłość w końcu bardzo wyraźnie rysowała prawdę: niektórzy musieli mieć kogoś, kto powie im, kiedy siedzieć, kiedy jeść i kiedy zająć się pracowaniem. Inni mieli naturę zupełnie do tego sprzeczną. Victoria słuchała się tak długo matki, bo nie widziała alternatywy, ale kiedy poparła ją jedna, druga, trzecia osoba okazało się, że można - i nikt ci wcale nie musi mówić, jak żyć. Ona tego nawet nigdy nie lubiła, bo nie zaliczała się do grona tych uległych osób. - Moje mądrości niekoniecznie mają pokrycie w praktyce. - Delikatnie się uśmiechnął, bo w alternatywie mógł jeszcze płakać. Mieli zaś tutaj taką atmosferę, że żadna łezka nie miała szans się prześlizgnąć. Szczególnie, że właśnie sypał mąkę, choć to częściowo mąka obsypała jego. Nie spodziewał się, że mąka może być taka delikatna, takim puszkiem, pyłkiem. Kaszlnął i zamachał ręką, żeby przepędzić ten mały obłoczek, co się wbił w powietrze. Ten fartuszek właśnie uratował jego odzież przed staniem się z mąką jednością. - Łatwo mi mówić, że nie podoba mi się to, że zadajesz się z kimś niebezpiecznym, bo jesteś dla mnie najważniejsza. Ale z perspektywy czasu żałuję tego, co ci mówiłem. Przepraszam. Powinienem cię bardziej wspierać. - Nie był pewien, czy dałby radę powiedzieć coś innego, kiedy widział - i słyszał - że Victoria cierpiała, ale teraz już by powiedział. W przeciągu ostatnich trzech miesięcy jego spojrzenie na relacje obróciło się o 180 stopni. Zawsze nosił głowę wysoko, bo nie pozwalał sobie na tę miłość, która przewracała umysł do góry nogami. - Masz rację. Chyba w końcu przestanę, bo ile można tak funkcjonować? - Nikt nie był niewyczerpywalnym zasobem energii, on się w tym wszystkim wyróżniał może tym, że miał jej nieco więcej od innych. Nadrabiał tym brakiem fizycznej siły. Tym nie mniej każdy kij miał dwa końce. Jeden z nich zazwyczaj był brudny. - Powiedz... między tobą a twoim wybrankiem wszystko teraz w porządku? - Nie musiał nawet pytać, widział to po niej, że musiało być co najmniej lepiej. Choć to też nie znaczyło, że było dobrze.
- To na pewno trzeba mieszać..? - Wątpliwości ciąg dalszy, ale nie zamierzał dyskutować z przepisem. Co najwyżej z tym, że czemu nie napisali JAK mieszać. I jak mogło też wyjść im ta sama substancja, skoro traktowali ją inaczej. A były identyczne w każdym calu. - Bardzo dziwne to wszystko. - Ale nie powiedział tego z negatywem, a prawie się śmiejąc, szczególnie kiedy przyszło do wsadzenia łapy do tego wszystkiego połączonego razem. - Całkiem przyjemne. - Zaśmiał się cicho, patrząc jak to wszystko się klei i lepi. - Tylko czy to naprawdę ma tak działać? Tak się zachowywać? Bardzo ciężko to wymieszać... - Nie chciał narzekać, ale już go ręka bolała. - Nie dołączyli żadnych zdjęć?