05.09.2024, 10:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.09.2024, 10:32 przez Brenna Longbottom.)
– Jedną gdzieś zgubili? – rzuciła Brenna, spoglądając na gobelin i zastanawiając się, czy było to celowe, czy po prostu właściciel dworku i biblioteki w wielkim sporze wobec tego, że odkryty w latach trzydziestych Pluton jest planetą, czy też nie, stał po stronie tych drugich.
Stała dotąd przy kadzidłach, rzucającymi się w oczy szczególnie, ale na słowa Shafiqa opuściła dłoń, która ledwo co przebiegła po jednym z talerzyków, sprawdzając jego fakturę. Odwróciła się zamiast tego do obrazów, to na nich skupiając uwagę. Skoro nie było ich tu wcześniej, a nie wydawały się doskonale wpisywać w wystrój biblioteki – albo były celową zmyłką, albo w nich kryła się odpowiedź.
Brenna po prawdzie mogłaby to przyspieszyć. Wystarczyłoby, aby świece zapłonęły w kręgu widmowidza, ale ani myślała się do tego przyznawać przez Shafiqiem – a i było do pewnego stopnia zabawne iść tą „zwykłą” drogą, zaczynając od twórcy zagadki właśnie. A więc igrać, a nie pasujące obrazy pojawiły się tu ostatnio.
Choć nie mniej uważnie niż wnętrze obserwowała momentami kątem oka Anthony’ego: nie ufała mu w końcu nie tylko za sykla, ale nawet nie za knuta. Brenna była tym przedziwnym rodzajem człowieka, który innych lubić zaczynał bardzo łatwo, albo wobec tych, z którymi nie dorastał – a czasem nawet i wobec nich, jeśli miało się ku temu powody – zachowywał pewną wewnętrzną podejrzliwość. Dzisiejsza wyprawa tutaj była w końcu dość dziwaczna, czyż nie?
I dlatego w jej dłoni też znalazła się różdżka, gdy on sięgnął po własną: niby to po, by pomóc sobie w poszukiwaniach.
– Ich tandetność mnie dziwi. Dlaczego w imię ukrywania manuskryptów miałby narażać na szwank opinię o swoim dobrym guście? – spytała retorycznie, posyłając mu lekki uśmiech. Co zabawne, Brenna nawet wyrażała się dziś inaczej niż w tamtym podniszczonym zamku – ale choć on tego nie wiedział, nie było to w gruncie rzeczy nic u niej nadzwyczajnego, bo od dobrych dwóch czy trzech lat dostosowywała się do sytuacji niemalże odruchowo, i sposobem bycia, i sposobem wyrażania, nawet nie wkładając w to żadnego wysiłku, bo… po prawdzie przychodziło jej naturalnie i odnalezienie się na tych balach, i plecenie durnot ze znajomymi.
Teraz ot wpasowywała się w tę opowieść: o wampirze i łowczyni, na eleganckim balu.
Obróciła się jednak, by podejść do tych obrazów, gotowa wspiąć się jeśli byłoby trzeba na jakieś krzesło czy je wyczarować, zbadać ramy, sprawdzić, czy ich nie zaklęto. W końcu należało zawsze sprawdzić każdy trop.
Stała dotąd przy kadzidłach, rzucającymi się w oczy szczególnie, ale na słowa Shafiqa opuściła dłoń, która ledwo co przebiegła po jednym z talerzyków, sprawdzając jego fakturę. Odwróciła się zamiast tego do obrazów, to na nich skupiając uwagę. Skoro nie było ich tu wcześniej, a nie wydawały się doskonale wpisywać w wystrój biblioteki – albo były celową zmyłką, albo w nich kryła się odpowiedź.
Brenna po prawdzie mogłaby to przyspieszyć. Wystarczyłoby, aby świece zapłonęły w kręgu widmowidza, ale ani myślała się do tego przyznawać przez Shafiqiem – a i było do pewnego stopnia zabawne iść tą „zwykłą” drogą, zaczynając od twórcy zagadki właśnie. A więc igrać, a nie pasujące obrazy pojawiły się tu ostatnio.
Choć nie mniej uważnie niż wnętrze obserwowała momentami kątem oka Anthony’ego: nie ufała mu w końcu nie tylko za sykla, ale nawet nie za knuta. Brenna była tym przedziwnym rodzajem człowieka, który innych lubić zaczynał bardzo łatwo, albo wobec tych, z którymi nie dorastał – a czasem nawet i wobec nich, jeśli miało się ku temu powody – zachowywał pewną wewnętrzną podejrzliwość. Dzisiejsza wyprawa tutaj była w końcu dość dziwaczna, czyż nie?
I dlatego w jej dłoni też znalazła się różdżka, gdy on sięgnął po własną: niby to po, by pomóc sobie w poszukiwaniach.
– Ich tandetność mnie dziwi. Dlaczego w imię ukrywania manuskryptów miałby narażać na szwank opinię o swoim dobrym guście? – spytała retorycznie, posyłając mu lekki uśmiech. Co zabawne, Brenna nawet wyrażała się dziś inaczej niż w tamtym podniszczonym zamku – ale choć on tego nie wiedział, nie było to w gruncie rzeczy nic u niej nadzwyczajnego, bo od dobrych dwóch czy trzech lat dostosowywała się do sytuacji niemalże odruchowo, i sposobem bycia, i sposobem wyrażania, nawet nie wkładając w to żadnego wysiłku, bo… po prawdzie przychodziło jej naturalnie i odnalezienie się na tych balach, i plecenie durnot ze znajomymi.
Teraz ot wpasowywała się w tę opowieść: o wampirze i łowczyni, na eleganckim balu.
Obróciła się jednak, by podejść do tych obrazów, gotowa wspiąć się jeśli byłoby trzeba na jakieś krzesło czy je wyczarować, zbadać ramy, sprawdzić, czy ich nie zaklęto. W końcu należało zawsze sprawdzić każdy trop.
Rzut Z 1d100 - 89
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.