05.09.2024, 18:40 ✶
– Mój drogi, znam swoją wartość i wiem, że nazywanie innych wybitnymi nic nie odbierze mojej wspaniałości – powiedział z uśmiechem, przymykając na chwilę oczy, gdy smukłe palce francuskiego dyplomaty zaczęły sunąć po jego ramionach w ramach przyjemnego masażu, a materiał wyjściowej szaty, zaczął jedynie irytująco tłumić potencjalną pełnię doznań.
Nie martw się o to. Nigdy nie zaznałem od niego jakiegokolwiek upokorzenia.
Chciał powiedzieć, ale nie powiedział. To znaczy powiedział, ale nie na głos, instynktownie naśladując rozmowę w myślach, co nie wydało mu się na razie niczym dziwnym.
Dał mu podciągnąć jeden z mankietów, zastanawiają kiedy kupił te spinki do nich i na jaką okazję. To było jakieś wesele. Tylko czyje? O ile pamięć go nie myliła, nie był ostatnio na żadnym weselu. Czemu więc, gdy z ust kochanka padło imię jego przyjaciółki, miał wrażenie, że poszli na jedno razem? Nie mógł sobie przypomnieć.
Roześmiał się, próbując zamaskować to chwilowe rozkojarzenie.
– Mój drogi, jest tylko jedna osoba na tym całym świecie, która kradnie mi dech w piersiach i zapewniam cię, że nie jest to ona – powiedział z zapraszającym uśmiechem i skinął głową w geście przyzwolenia na to, co się dalej miało wydarzyć. Nie. Nie skinął głową. Chciał skinąć, ale nie mógł, Kolejne wypowiedziane, niewypowiedziane, słowa, zalały jego umysł lodowatym dreszczem, zamykając go w bezruchu. Jean mówił coś dalej, coś o Morpheusu na co czuł, że powinien zareagować, krzyknąć, ale nie mógł. Serce zabiło mu mocniej, bynajmniej nie przez tę specyficzną bliskości, którą fundowały mu właśnie kły ukochanego.
Jean pomóż mi, krzyczał jeden głos w jego głowie.
Zostaw mnie, nie zbliżaj się do mnie, ani do nich, krzyczał drugi.
Chciał coś zrobić. Ruszyć się. Dalej nie mógł. Stał tam jedynie zamrożony, mogąc skupić się na bólu i narastającej panice, kiedy...
Zatrudniona dzisiejszej nocy orkiestra, zdecydowanie była godna każdych pieniędzy. Selwyn rozmawiał uśmiechnięty, racząc się wyborną muzyką, szampanem i francuskimi plotkami, ale...
Słyszałam mości ambasadorze, że jest pan bardzo smaczny.
Zamrugał oczami i odwrócił się wesoło do czarownicy.
– Przepraszam, ale chyba musiałem za bardzo oddać się muzyce i nie usłyszałem co pani mówiła – powiedział, a na jego ustach zagościł czarujący uśmiech. Nadgarstek, w którym trzymał kieliszek bolał. Czemu? Potrafił wybornie maskować ugryzienia, nie powinien już niczego czuć. Zerknął na rękę, by przełożyć szkło do drugiej dłoni.
Nie martw się o to. Nigdy nie zaznałem od niego jakiegokolwiek upokorzenia.
Chciał powiedzieć, ale nie powiedział. To znaczy powiedział, ale nie na głos, instynktownie naśladując rozmowę w myślach, co nie wydało mu się na razie niczym dziwnym.
Dał mu podciągnąć jeden z mankietów, zastanawiają kiedy kupił te spinki do nich i na jaką okazję. To było jakieś wesele. Tylko czyje? O ile pamięć go nie myliła, nie był ostatnio na żadnym weselu. Czemu więc, gdy z ust kochanka padło imię jego przyjaciółki, miał wrażenie, że poszli na jedno razem? Nie mógł sobie przypomnieć.
Roześmiał się, próbując zamaskować to chwilowe rozkojarzenie.
– Mój drogi, jest tylko jedna osoba na tym całym świecie, która kradnie mi dech w piersiach i zapewniam cię, że nie jest to ona – powiedział z zapraszającym uśmiechem i skinął głową w geście przyzwolenia na to, co się dalej miało wydarzyć. Nie. Nie skinął głową. Chciał skinąć, ale nie mógł, Kolejne wypowiedziane, niewypowiedziane, słowa, zalały jego umysł lodowatym dreszczem, zamykając go w bezruchu. Jean mówił coś dalej, coś o Morpheusu na co czuł, że powinien zareagować, krzyknąć, ale nie mógł. Serce zabiło mu mocniej, bynajmniej nie przez tę specyficzną bliskości, którą fundowały mu właśnie kły ukochanego.
Jean pomóż mi, krzyczał jeden głos w jego głowie.
Zostaw mnie, nie zbliżaj się do mnie, ani do nich, krzyczał drugi.
Chciał coś zrobić. Ruszyć się. Dalej nie mógł. Stał tam jedynie zamrożony, mogąc skupić się na bólu i narastającej panice, kiedy...
Zatrudniona dzisiejszej nocy orkiestra, zdecydowanie była godna każdych pieniędzy. Selwyn rozmawiał uśmiechnięty, racząc się wyborną muzyką, szampanem i francuskimi plotkami, ale...
Słyszałam mości ambasadorze, że jest pan bardzo smaczny.
Zamrugał oczami i odwrócił się wesoło do czarownicy.
– Przepraszam, ale chyba musiałem za bardzo oddać się muzyce i nie usłyszałem co pani mówiła – powiedział, a na jego ustach zagościł czarujący uśmiech. Nadgarstek, w którym trzymał kieliszek bolał. Czemu? Potrafił wybornie maskować ugryzienia, nie powinien już niczego czuć. Zerknął na rękę, by przełożyć szkło do drugiej dłoni.