06.09.2024, 10:21 ✶
Brenna, w przeciwieństwie do Basiliusa, ani trochę nie przejmowała się tym, że idą za rękę przez Ministerstwo. Od małego nawykła wyciągać do innych ręce, a że otaczali ją ludzie, którym zwykle to nie przeszkadzało, stało się to dawno już zwyczajem. Chodź, idziemy, mówiła i ciągnęła Mavelle do Kniei, Victorię do sadu, brata nad rzekę, Cynthię szkolnym korytarzem, Samuela do ruin na wrzosowiskach… Nigdy z tego nie wyrosła. Może robiła to rzadziej, ale wciąż robiła, czasem w entuzjazmie, czasem w ramach wsparcia, czasem by nie zgubić kogoś w tłumie, a czasem w prostym odruchu. Nieraz widywano ją jak ciągnęła za rękę kuzynostwo, przyjaciółki, ale też czasem kolegów. Nie dotykała oczywiście osób zaangażowanych w sprawy - nie raz było to ciężkie, zwalczyć odruch wobec kogoś, kto wyraźnie potrzebował pocieszenia, ale łatwo było potem oskarżyć, że policjant manipulował świadkiem czy przekroczył jakieś granice. W tej chwili jednak Basilius nie był już przez nią przesłuchiwany, a że ktoś mógłby dopatrywać się w tym trzymaniu za rączkę czegoś więcej... to nawet nie pomyślała.
Na tę informację o trzech – czterech godzinach wyrwało się jej westchnienie. Nie przewidywała wprawdzie lądowania w przeklętej wodzie ani tego, że coś w ogóle spróbuje ich zabić, ale podejrzewała, że Prewett chciałby po prostu wrócić do domu i odpocząć. Był w żałobie. Właśnie pofatygował się na rozprawę, która nie doszła do skutku i za dwa czy trzy tygodnie będzie musiał fatygować się na kolejną. A teraz miał znosić biedak ją.
Jej własny harmonogram zajęć, na całe szczęście, choć dość pełny, to nie pękał w szwach, jak miał zacząć po wybuchnięciu wojny i nie uwzględniał na dziś niczego, czego nie dałoby się przełożyć - zamierzała po powrocie wyciągnąć Dorę na spacer, a potem przygotować kolację i lunch na jutro.
- Chyba nie powinnam była wspominać ostatnio o Włoszech – powiedziała, gdy ich „konsultant” wyszedł, Prewett zaś stwierdził, że nie rozumie, a jej ton zabrzmiał trochę przepraszająco. Bo tak, już wierzyła, że stali się ofiarami jakiejś dziwnej klątwy i zaczynała mieć wrażenie, że tę sprowokowała tamtą uwagą. Czy klątwę dało się sprowokować...? A może mieli pecha, bo wierzyli, że go mają? Jak w ogóle działały takie klątwy? – Cyfry rzymskie. Siedemnastka tak zapisana to anagram słowa „żyję”. Czyli „żyłem” albo „umarłem”. Dlatego Włosi uważają za pechowy piątek siedemnastego, nie trzynastego… – wyjaśniła dokładnie, do czego się dokopała podczas swoich badań nad ich klątwą.
A potem przypatrywała się mu uważnie długą chwilę, gdy zapytał, co właściwie zrobią. Przecież nie będą siedzieli tutaj trzy godziny. Nie mogła go też wprowadzić do biura BUM, i siedzieć z nim kolejne parę godzin przy biurku. A i nie pójdą razem do jego domu i rodziny: miała wrażenie, że byłoby w tym ostatnim coś niewłaściwego.
– Myślę – stwierdziła w końcu. - …że przydałaby się nam obojgu herbata.
Wprawdzie on wyglądał, jakby potrzebował kawy, ale nie była pewna, czy w żyłach nie miał już kofeiny zamiast krwi. Nie było to pewnie jego marzeniem na ten wieczór, ale i tak byli na siebie skazani, równie dobrze mogli więc usiąść przy herbacie i tiramisu, zamiast wpatrywać się w szare, ministerialne ściany.
– Co ty na to? Ja stawiam. Możemy wyjść do niemagicznego Londynu, jeśli nie chcesz, żeby nas razem widzieli i nie przeraża cię mugolska knajpa. W pobliżu mają niezłe ciastka.
Na tę informację o trzech – czterech godzinach wyrwało się jej westchnienie. Nie przewidywała wprawdzie lądowania w przeklętej wodzie ani tego, że coś w ogóle spróbuje ich zabić, ale podejrzewała, że Prewett chciałby po prostu wrócić do domu i odpocząć. Był w żałobie. Właśnie pofatygował się na rozprawę, która nie doszła do skutku i za dwa czy trzy tygodnie będzie musiał fatygować się na kolejną. A teraz miał znosić biedak ją.
Jej własny harmonogram zajęć, na całe szczęście, choć dość pełny, to nie pękał w szwach, jak miał zacząć po wybuchnięciu wojny i nie uwzględniał na dziś niczego, czego nie dałoby się przełożyć - zamierzała po powrocie wyciągnąć Dorę na spacer, a potem przygotować kolację i lunch na jutro.
- Chyba nie powinnam była wspominać ostatnio o Włoszech – powiedziała, gdy ich „konsultant” wyszedł, Prewett zaś stwierdził, że nie rozumie, a jej ton zabrzmiał trochę przepraszająco. Bo tak, już wierzyła, że stali się ofiarami jakiejś dziwnej klątwy i zaczynała mieć wrażenie, że tę sprowokowała tamtą uwagą. Czy klątwę dało się sprowokować...? A może mieli pecha, bo wierzyli, że go mają? Jak w ogóle działały takie klątwy? – Cyfry rzymskie. Siedemnastka tak zapisana to anagram słowa „żyję”. Czyli „żyłem” albo „umarłem”. Dlatego Włosi uważają za pechowy piątek siedemnastego, nie trzynastego… – wyjaśniła dokładnie, do czego się dokopała podczas swoich badań nad ich klątwą.
A potem przypatrywała się mu uważnie długą chwilę, gdy zapytał, co właściwie zrobią. Przecież nie będą siedzieli tutaj trzy godziny. Nie mogła go też wprowadzić do biura BUM, i siedzieć z nim kolejne parę godzin przy biurku. A i nie pójdą razem do jego domu i rodziny: miała wrażenie, że byłoby w tym ostatnim coś niewłaściwego.
– Myślę – stwierdziła w końcu. - …że przydałaby się nam obojgu herbata.
Wprawdzie on wyglądał, jakby potrzebował kawy, ale nie była pewna, czy w żyłach nie miał już kofeiny zamiast krwi. Nie było to pewnie jego marzeniem na ten wieczór, ale i tak byli na siebie skazani, równie dobrze mogli więc usiąść przy herbacie i tiramisu, zamiast wpatrywać się w szare, ministerialne ściany.
– Co ty na to? Ja stawiam. Możemy wyjść do niemagicznego Londynu, jeśli nie chcesz, żeby nas razem widzieli i nie przeraża cię mugolska knajpa. W pobliżu mają niezłe ciastka.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.