06.09.2024, 14:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.09.2024, 14:06 przez Brenna Longbottom.)
Walentynki.
Oczywiście, że Brenna tego dnia była w pracy – i oczywiście, że poza zajmowaniem się tym, czym akurat zajmować się powinna, czyli przerzucaniem stosów danych na temat sześciu podejrzanych w sprawie tajemniczej śmierci pani Fisher, miała też iść w teren w razie nagłego wezwania, choć w teorii te "zwykłe" nie były do końca jej robotą. Tyle że Biuro świeciło pustkami. Nie była pewna, czy to mugole przejęli czarodziejskie święto, czy czarodzieje mugolskie, ale było swego rodzaju tradycją, że większość Brygadzistów tego dnia błagała, żebrała, prosiła i przekupywała, byleby mieć wolny wieczór. I było swego rodzaju tradycją, że Ry wciskała ten dyżur Brennie – wiedziała, że ta nie zaprotestuje, nawet jeśli nastąpiło to bodaj piąty raz z rzędu.
Nie zaprotestowała, siedziała z nosem w papierach, nie zwracając uwagi na to, że póki trwała zwykła „dniówka” w innych Departamentach wszędzie latało jakby więcej samolocików niż więcej, uśmiechnęła się raz czy dwa pod nosem, widząc, jak ktoś wybiega pośpiesznie z biura z pudełkiem czekoladek pod pachą albo któraś pracownica przemierza korytarz z wielkim bukietem, a potem na hasło „atak na mugola, niejasne okoliczności, chyba widział magię” poderwała się z miejsca, zawołała do Ry, żeby skombinowała jej kogoś z wydziału amnestazjatorów, złapała płaszcz – o kroju, który nie powinien zwrócić uwagi wśród mugoli – i wypadła do punktu teleportacyjnego. Powinna zabrać kogoś ze sobą od razu, ale dwóch innych Brygadzistów moment wcześniej wyszło do jakiejś kłótni zakochanych, którzy zaczęli demolować lokal, dwóch kolejnych miało patrol na Pokątnej, Apollo pojechał właśnie żebrać u jednego znajomego sędziego o nakaz przeszukania mieszkania kochanka pani Fisher, Roger poszedł z czekoladkami do Evy, pracującej w Biurze Magicznych Katastrof i Brenna nie miała serca go ścigać, a była jeszcze Lula, ale ktoś musiał zostać w Biurze. Sądząc po krótkich informacjach, jakie jej przekazano, nie zanosiło się na to, aby sprawa była bardzo poważna.
Electra musiała chwilę poczekać, ponieważ Brenna oczywiście nie mogła ot tak aportować się na zatłoczonej ulicy w Soho. Musiała zrobić to w jednej z wnęk, obłożonej zaklęciami zwodzącymi, ale znajdującej się kawałek od miejsca wezwania, a nie znała dokładnych koordynat, nie mogła więc pojawić się bezpośrednio – Brenna dotarła tam niemal biegiem.
– Jest tutaj ktoś? – spytała, zatrzymując się u wylotu alejki. Sprawdziła wcześniej sąsiednią, ale tam nikogo nie było. – Brygada – rzuciła, krótki komunikat, mugolowi jeśli tam tkwił, a ktoś chyba krył się za koszem na śmierci, niczego nie powie, za to komuś, kto zaatakował czy był świadkiem ataku, już więcej. Dłoń trzymała w pobliżu różdżki, bo cóż... nigdy nie wiadomo, co się zastanie.
Oczywiście, że Brenna tego dnia była w pracy – i oczywiście, że poza zajmowaniem się tym, czym akurat zajmować się powinna, czyli przerzucaniem stosów danych na temat sześciu podejrzanych w sprawie tajemniczej śmierci pani Fisher, miała też iść w teren w razie nagłego wezwania, choć w teorii te "zwykłe" nie były do końca jej robotą. Tyle że Biuro świeciło pustkami. Nie była pewna, czy to mugole przejęli czarodziejskie święto, czy czarodzieje mugolskie, ale było swego rodzaju tradycją, że większość Brygadzistów tego dnia błagała, żebrała, prosiła i przekupywała, byleby mieć wolny wieczór. I było swego rodzaju tradycją, że Ry wciskała ten dyżur Brennie – wiedziała, że ta nie zaprotestuje, nawet jeśli nastąpiło to bodaj piąty raz z rzędu.
Nie zaprotestowała, siedziała z nosem w papierach, nie zwracając uwagi na to, że póki trwała zwykła „dniówka” w innych Departamentach wszędzie latało jakby więcej samolocików niż więcej, uśmiechnęła się raz czy dwa pod nosem, widząc, jak ktoś wybiega pośpiesznie z biura z pudełkiem czekoladek pod pachą albo któraś pracownica przemierza korytarz z wielkim bukietem, a potem na hasło „atak na mugola, niejasne okoliczności, chyba widział magię” poderwała się z miejsca, zawołała do Ry, żeby skombinowała jej kogoś z wydziału amnestazjatorów, złapała płaszcz – o kroju, który nie powinien zwrócić uwagi wśród mugoli – i wypadła do punktu teleportacyjnego. Powinna zabrać kogoś ze sobą od razu, ale dwóch innych Brygadzistów moment wcześniej wyszło do jakiejś kłótni zakochanych, którzy zaczęli demolować lokal, dwóch kolejnych miało patrol na Pokątnej, Apollo pojechał właśnie żebrać u jednego znajomego sędziego o nakaz przeszukania mieszkania kochanka pani Fisher, Roger poszedł z czekoladkami do Evy, pracującej w Biurze Magicznych Katastrof i Brenna nie miała serca go ścigać, a była jeszcze Lula, ale ktoś musiał zostać w Biurze. Sądząc po krótkich informacjach, jakie jej przekazano, nie zanosiło się na to, aby sprawa była bardzo poważna.
Electra musiała chwilę poczekać, ponieważ Brenna oczywiście nie mogła ot tak aportować się na zatłoczonej ulicy w Soho. Musiała zrobić to w jednej z wnęk, obłożonej zaklęciami zwodzącymi, ale znajdującej się kawałek od miejsca wezwania, a nie znała dokładnych koordynat, nie mogła więc pojawić się bezpośrednio – Brenna dotarła tam niemal biegiem.
– Jest tutaj ktoś? – spytała, zatrzymując się u wylotu alejki. Sprawdziła wcześniej sąsiednią, ale tam nikogo nie było. – Brygada – rzuciła, krótki komunikat, mugolowi jeśli tam tkwił, a ktoś chyba krył się za koszem na śmierci, niczego nie powie, za to komuś, kto zaatakował czy był świadkiem ataku, już więcej. Dłoń trzymała w pobliżu różdżki, bo cóż... nigdy nie wiadomo, co się zastanie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.