06.09.2024, 14:37 ✶
Brenna uniosła tost do ust, przeżuwała jak na siebie bardzo powoli, w myślach przetwarzając i analizując. Nie zwracała już większej uwagi na to, co mogło Millie strzelić do głowy apropos jej relacji, tych istniejących i nie istniejących, zbyt skupiona na innych rewelacjach.
Moody chciała więc, aby ktoś wskazał jej drogę. Nic co byłoby zaskakujące. Nie planowała wracać na służbę – to już było zdumiewające, bo zawsze zdawała się lubić tę pracę, zwłaszcza że ta terenowa pozwalała jej na zużywanie energii, która zdawała się wręcz dziewczynę roznosić. Mogła jeszcze zmienić zdanie, mogła pozostać przy tej decyzji – w to Brenna nie miała zamiaru ingerować. Mieli po Beltane za mało ludzi, ale w tej chwili kruche zdrowie psychiczne Mildred Moody było ważniejsze od tego. Nie przydałaby się nikomu i przede wszystkim nie samej sobie, gdyby się rozsypała.
Brenna wsunęła do ust kawałek bekonu, wciąż zamyślona. Czy dom, który był nawiedzony i miał tak mroczną historię, był naprawdę odpowiednim miejscem dla Millie? Ale po prawdzie… nawet gdy inni narzekali, to Brenna polubiła go od pierwszego wejrzenia, chyba dostrzegając w nim to samo co Millie. A raczej część tego, co widziała ona – bo dla niej, widmowidza, była też w tych salach historia, tak samo jak w Warowni.
Patrzenie na to z tego strony, że właściwie właśnie proszono ją o zgodę na zamieszkanie w domu, który kupiła i mogłaby woleć zostawić go tylko dla siebie, nawet nie przyszło jej do głowy. To miała być przystań dla Zakonu Feniksa, przynajmniej w najbliższych latach. A nawet gdyby wojna kiedyś się skończyła, gdyby Brenna faktycznie postanowiła, że pora przenieść się tam z Warowni, budynek był przecież duży.
Dom nie wydawał się jej nic nie znaczącym marzeniem. To nie tak, że Moody nie mieli nieruchomości. Mieli. Ale chyba w żadnej nie zatrzymywali się z myślą o tym, że to ma być coś więcej niż miejsce do noclegów.
– Wiesz, że niezbyt znam się na tarocie – powiedziała w końcu, uśmiechając się do niej znad kubka, po który sięgnęła. – Morpheus miał dla mnie Pazia Kielichów, Koło Fortuny, Głupca i Dwór Denarów: podobno chodziło w dużej mierze o zasoby. Zakładam, że... naszego klubu czytelniczego. Może też o Staw – stwierdziła i upiła ostrożnie kolejny łyk. – Musimy w takim razie zrobić większe zakupy. Spakuj rzeczy, powinnam znaleźć dość czasu pojutrze albo za dwa dni. Powiedzmy, że sprawdzimy jesienią, jak będziesz się tam czuła. Zostanę z tobą, przynajmniej na początku.
Brenna nie mogła zostać tam na stałe, bo gdyby spróbowała wyprowadzić się z Warowni, Erik pewnie spróbowałby zamknąć ją w piwnicy, ale i tak było w Stawie mnóstwo roboty, wszyscy wiedzieli, że Brenna będzie się tym zajmować, gdy znajdzie chwilę wolnego, mogła więc czasem wracać tutaj, czasem tam. Nie chciała odmawiać Millie. Ale nie mogła zostawić jej samej w domu pełnym duchów, szeptów i niewymiecionego jeszcze do końca mroku. Nie, kiedy odstawiła leki. Nie, kiedy szukała Króla Mieczy, który wskaże jej drogę. Przyszło Brennie do głowy, że pewnie powinna omówić to z Alastorem – ale Millie nie była małą dziewczynką, nie mogli decydować za nią, a Alastor też mógł się tam na jakiś czas przenieść, gdyby tak chciał.
– Pamiętaj, że nie możemy tam zapraszać nikogo spoza Zakonu. I pewnie będzie tam hałaśliwie. Jonathan chciał wybrać tapety do salonu.
Moody chciała więc, aby ktoś wskazał jej drogę. Nic co byłoby zaskakujące. Nie planowała wracać na służbę – to już było zdumiewające, bo zawsze zdawała się lubić tę pracę, zwłaszcza że ta terenowa pozwalała jej na zużywanie energii, która zdawała się wręcz dziewczynę roznosić. Mogła jeszcze zmienić zdanie, mogła pozostać przy tej decyzji – w to Brenna nie miała zamiaru ingerować. Mieli po Beltane za mało ludzi, ale w tej chwili kruche zdrowie psychiczne Mildred Moody było ważniejsze od tego. Nie przydałaby się nikomu i przede wszystkim nie samej sobie, gdyby się rozsypała.
Brenna wsunęła do ust kawałek bekonu, wciąż zamyślona. Czy dom, który był nawiedzony i miał tak mroczną historię, był naprawdę odpowiednim miejscem dla Millie? Ale po prawdzie… nawet gdy inni narzekali, to Brenna polubiła go od pierwszego wejrzenia, chyba dostrzegając w nim to samo co Millie. A raczej część tego, co widziała ona – bo dla niej, widmowidza, była też w tych salach historia, tak samo jak w Warowni.
Patrzenie na to z tego strony, że właściwie właśnie proszono ją o zgodę na zamieszkanie w domu, który kupiła i mogłaby woleć zostawić go tylko dla siebie, nawet nie przyszło jej do głowy. To miała być przystań dla Zakonu Feniksa, przynajmniej w najbliższych latach. A nawet gdyby wojna kiedyś się skończyła, gdyby Brenna faktycznie postanowiła, że pora przenieść się tam z Warowni, budynek był przecież duży.
Dom nie wydawał się jej nic nie znaczącym marzeniem. To nie tak, że Moody nie mieli nieruchomości. Mieli. Ale chyba w żadnej nie zatrzymywali się z myślą o tym, że to ma być coś więcej niż miejsce do noclegów.
– Wiesz, że niezbyt znam się na tarocie – powiedziała w końcu, uśmiechając się do niej znad kubka, po który sięgnęła. – Morpheus miał dla mnie Pazia Kielichów, Koło Fortuny, Głupca i Dwór Denarów: podobno chodziło w dużej mierze o zasoby. Zakładam, że... naszego klubu czytelniczego. Może też o Staw – stwierdziła i upiła ostrożnie kolejny łyk. – Musimy w takim razie zrobić większe zakupy. Spakuj rzeczy, powinnam znaleźć dość czasu pojutrze albo za dwa dni. Powiedzmy, że sprawdzimy jesienią, jak będziesz się tam czuła. Zostanę z tobą, przynajmniej na początku.
Brenna nie mogła zostać tam na stałe, bo gdyby spróbowała wyprowadzić się z Warowni, Erik pewnie spróbowałby zamknąć ją w piwnicy, ale i tak było w Stawie mnóstwo roboty, wszyscy wiedzieli, że Brenna będzie się tym zajmować, gdy znajdzie chwilę wolnego, mogła więc czasem wracać tutaj, czasem tam. Nie chciała odmawiać Millie. Ale nie mogła zostawić jej samej w domu pełnym duchów, szeptów i niewymiecionego jeszcze do końca mroku. Nie, kiedy odstawiła leki. Nie, kiedy szukała Króla Mieczy, który wskaże jej drogę. Przyszło Brennie do głowy, że pewnie powinna omówić to z Alastorem – ale Millie nie była małą dziewczynką, nie mogli decydować za nią, a Alastor też mógł się tam na jakiś czas przenieść, gdyby tak chciał.
– Pamiętaj, że nie możemy tam zapraszać nikogo spoza Zakonu. I pewnie będzie tam hałaśliwie. Jonathan chciał wybrać tapety do salonu.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.