06.09.2024, 17:06 ✶
Na jej słowa prychnął tylko nieco kpiąco. Oczywiście, że Atreus czuł satysfakcję czy nawet dumę z tego, jak ładnie potraktował Philipa podczas Lammas. Nie powinien tego robić, owszem, ale zadowolenie było tym większe, że Florence pozwoliła mu to wtedy zrobić, a Laurent też nie wydawał się mieć aż tak wiele przeciwko, kiedy wspomnieli mu potem o tym w kamienicy. Flosie natomiast... to nie tak że aż tak mu to przeszkadzało, bo gdzieś w głębi podchodził do tego rozbawieniem, ale takim które miało poczuć się pewniej gdzieś w dalszej przyszłości, zgodnie z zasadą, że kiedyś będziemy się z tego śmiali.
- O nie nie nie. Basilius się liczy i definitywnie nie jest przeklęty. Gdyby był, to bym o tym przecież wiedział, biorąc pod uwagę ile czasu z nim spędziłem w swoim życiu - oświadczył, gotowy kuzyna bronić, albo raczej walczyć o to, żeby to była jednak jej wina. Co zaś się tyczyło samych piątków trzynastego, które zdawały się łączyć Brennę i Prewetta, to o tym Atreus chyba nie wiedział. Chyba, bo brzmiało to jak coś, co z niezwykłą łatwością mogło mu wpaść do głowy jednym uchem, a drugim wypaść, jeśli Basilius kiedykolwiek podjął próbę pożalenia się na to. Szczególnie, kiedy wcześniej Brenna go w ogóle nie interesowała.
Kto miałby rzucić na nią klątwę, było natomiast naprawdę niemądrym pytaniem w jego mniemaniu. Nie chodziło tutaj nawet o Borgina, bo nawet jeśli Atreus zdawał sobie sprawę z tego jak bardzo zawsze był niechętny wobec Brenny, to nie posądzał go o coś takiego. O pozostawianych w poczcie Longbottom liścikach nie wiedział, nie mówiąc już o tym że wciąż posiadał jakieś resztki złudzeń, które posądzały Stanleya o odrobinę przyzwoitości. Chodziło o to, że była detektywem Brygady Uderzeniowej. Zawsze miał gdzieś z tyłu głowy, że ta akurat profesja, nawet jeśli nie tak niebezpieczna jak bycie aurorem, była w stanie skutecznie zaskarbić sobie antypatię niektórych członków społeczeństwa. Ci których złapała, spisała, albo chociażby ich rodziny, mogli być niezwykle niezadowoleni z jej poczynań i w pewnym momencie wziąć sprawy we własne ręce, nakładając na nią jakaś niemiłą klątwę. Takich przykładów było chyba na pęczki, bo Bulstrode sam mógł zrobić listę tych momentów, kiedy padł ofiarą jakiejś niewybrednej klątwy, nawet jeśli on sam miał styczność z ludźmi, którzy rzucali takim syfem na porządku dziennym.
- W piwnicy. Albo na strychu? - powiedział, samemu nie będąc w tym momencie pewnym, gdzie te dźwięki słyszał. Może jednak coś mu się pomyliło i wcale nie była to piwnica, tylko właśnie gdzieś dookoła domu? A może coś z tej piwnicy wylazło, bo w sumie to huk wie co ta ciotka tutaj trzymała, nie zagłębiał się w to jakoś bardzo.
Atreus nie miał aż takich dylematów jak ona, jeśli chodzi o otwieranie różnych rzeczy bez zastanowienia się nad tym, czy w ogóle powinien. Przystanął za nią, przez moment przypatrując się i oknu i jej wyciągniętej dłoni, oczekując że zrobi cokolwiek, ale w tym czasie skrobanie w drzwi tylko się wzmogło, drażniąc jego uszy.
- Nie wiem. Nic co by mi przeszkadzało na tyle, żeby to bardziej badać - rzucił tylko przelotnie, odsuwając się od niej szybko i zaraz znajdując przy drzwiach. W przeciwieństwie do niektórych nie miał problemu z tym by otwierać różne rzeczy bez uprzedniego zastanowienia się, czy w ogóle powinien to robić. Dźwięki drażniły, napawały odrobiną niepokoju, ale też zaciekawieniem. Obijały się też o wspomnienie nieznośnych dzieciaków i Atreus był teraz nieco przekonany, że to wszystko to wina dzieciarni z sąsiedztwa, której się nudziło w wakacje. - A może to jakiś trup spadł z okolicznego drzewa, bo przypomniał sobie, że jest nieumarły - sarknął jeszcze, a potem szarpnął za klamkę otwierając drzwi niemal na oścież.
Nie było tam trupa, całe szczęście z resztą, ale w tym momencie dźwięki ucichły, ucięte nagle i zapadła dziwna, nieprzyjemna cisza. Obydwoje mieli wrażenie, że zmienia się ona w dzwonienie, które zabrzmiało im w uszach, narastające powoli aż w pewnym momencie zniknęło gwałtownie. Brenna mrugnęła i cień na szybie rozmył się, tak jakby nigdy wcześniej go tam nie było, Atreus natomiast też z rozczarowaniem zauważył, że przed wejściem nic na niego nie czekało. Little Hangleton prezentowało się jak zawsze - cicho i ponuro, zamknięte w swojej szarej bańce. Cofnął się więc, zamykając drzwi i wtedy oboje usłyszeli skrzypnięcie drewnianej podłogi, dochodzące z pokoju obok, tam gdzie były poustawiane meble.
- O nie nie nie. Basilius się liczy i definitywnie nie jest przeklęty. Gdyby był, to bym o tym przecież wiedział, biorąc pod uwagę ile czasu z nim spędziłem w swoim życiu - oświadczył, gotowy kuzyna bronić, albo raczej walczyć o to, żeby to była jednak jej wina. Co zaś się tyczyło samych piątków trzynastego, które zdawały się łączyć Brennę i Prewetta, to o tym Atreus chyba nie wiedział. Chyba, bo brzmiało to jak coś, co z niezwykłą łatwością mogło mu wpaść do głowy jednym uchem, a drugim wypaść, jeśli Basilius kiedykolwiek podjął próbę pożalenia się na to. Szczególnie, kiedy wcześniej Brenna go w ogóle nie interesowała.
Kto miałby rzucić na nią klątwę, było natomiast naprawdę niemądrym pytaniem w jego mniemaniu. Nie chodziło tutaj nawet o Borgina, bo nawet jeśli Atreus zdawał sobie sprawę z tego jak bardzo zawsze był niechętny wobec Brenny, to nie posądzał go o coś takiego. O pozostawianych w poczcie Longbottom liścikach nie wiedział, nie mówiąc już o tym że wciąż posiadał jakieś resztki złudzeń, które posądzały Stanleya o odrobinę przyzwoitości. Chodziło o to, że była detektywem Brygady Uderzeniowej. Zawsze miał gdzieś z tyłu głowy, że ta akurat profesja, nawet jeśli nie tak niebezpieczna jak bycie aurorem, była w stanie skutecznie zaskarbić sobie antypatię niektórych członków społeczeństwa. Ci których złapała, spisała, albo chociażby ich rodziny, mogli być niezwykle niezadowoleni z jej poczynań i w pewnym momencie wziąć sprawy we własne ręce, nakładając na nią jakaś niemiłą klątwę. Takich przykładów było chyba na pęczki, bo Bulstrode sam mógł zrobić listę tych momentów, kiedy padł ofiarą jakiejś niewybrednej klątwy, nawet jeśli on sam miał styczność z ludźmi, którzy rzucali takim syfem na porządku dziennym.
- W piwnicy. Albo na strychu? - powiedział, samemu nie będąc w tym momencie pewnym, gdzie te dźwięki słyszał. Może jednak coś mu się pomyliło i wcale nie była to piwnica, tylko właśnie gdzieś dookoła domu? A może coś z tej piwnicy wylazło, bo w sumie to huk wie co ta ciotka tutaj trzymała, nie zagłębiał się w to jakoś bardzo.
Atreus nie miał aż takich dylematów jak ona, jeśli chodzi o otwieranie różnych rzeczy bez zastanowienia się nad tym, czy w ogóle powinien. Przystanął za nią, przez moment przypatrując się i oknu i jej wyciągniętej dłoni, oczekując że zrobi cokolwiek, ale w tym czasie skrobanie w drzwi tylko się wzmogło, drażniąc jego uszy.
- Nie wiem. Nic co by mi przeszkadzało na tyle, żeby to bardziej badać - rzucił tylko przelotnie, odsuwając się od niej szybko i zaraz znajdując przy drzwiach. W przeciwieństwie do niektórych nie miał problemu z tym by otwierać różne rzeczy bez uprzedniego zastanowienia się, czy w ogóle powinien to robić. Dźwięki drażniły, napawały odrobiną niepokoju, ale też zaciekawieniem. Obijały się też o wspomnienie nieznośnych dzieciaków i Atreus był teraz nieco przekonany, że to wszystko to wina dzieciarni z sąsiedztwa, której się nudziło w wakacje. - A może to jakiś trup spadł z okolicznego drzewa, bo przypomniał sobie, że jest nieumarły - sarknął jeszcze, a potem szarpnął za klamkę otwierając drzwi niemal na oścież.
Nie było tam trupa, całe szczęście z resztą, ale w tym momencie dźwięki ucichły, ucięte nagle i zapadła dziwna, nieprzyjemna cisza. Obydwoje mieli wrażenie, że zmienia się ona w dzwonienie, które zabrzmiało im w uszach, narastające powoli aż w pewnym momencie zniknęło gwałtownie. Brenna mrugnęła i cień na szybie rozmył się, tak jakby nigdy wcześniej go tam nie było, Atreus natomiast też z rozczarowaniem zauważył, że przed wejściem nic na niego nie czekało. Little Hangleton prezentowało się jak zawsze - cicho i ponuro, zamknięte w swojej szarej bańce. Cofnął się więc, zamykając drzwi i wtedy oboje usłyszeli skrzypnięcie drewnianej podłogi, dochodzące z pokoju obok, tam gdzie były poustawiane meble.