06.09.2024, 17:49 ✶
- Bo ta klątwa objawia się tylko w specyficznych okolicznościach. I to on mówi, że ona istnieje. Jest klątwiłamaczem, tak? W każdym razie, to jemu się przytafiają rzeczy, które nie zdarzyłyby się normalnie, więc nie jest wiarygodnym świadkiem, o.
Tylko twierdził, że to była klątwa Brenny albo że sama Brenna była klątwą, ale tego nie zamierzała dodawać.
Biorąc pod uwagę, że od ładnych paru lat nie zajmowała się złym parkowaniem mioteł ani przypadkami grafitti, to tak, ktoś mógłby postanowić trzasnąć ją klątwą. Kiedyś przecież nawet Basilius dwie takie z niej zdejmował, i istniała szansa, że jedna z nich została rzucona na odległość. Ale ostatnio ci, których sprawy prowadziła, trafiali za kratki jak czarnoksiężnicy z Londynu czy ginęli, jak ten z mokradeł, a śmierciożercy po Beltane z pewnością mieli znacznie ciekawsze cele niż ona.
Jej myśli biegły uparcie ku Borginowi, bo ta rodzina na pewno mogłaby rzucić klątwę, która działałby w ten sposób: że było jej cholernie zimno, cholernie źle i gdyby auror się nie pojawił, chyba wpadłaby w panikę, co nie zdarzyło się jej nigdy w życiu. Karteczki zaś potwierdzały zapiekłą urazę - choć Atreus oczywiście nic o nich nie wiedział. Nawet nie dlatego, że miałaby problem mu o nich wspomnieć, ale że nie była przecież przedszkolakiem, który przybiegnie do niego skarżyć się na jego kolegę.
Nie otworzyła okna. Cień obcej dłoni skutecznie ją ku temu zniechęcił. Odwróciła się do Atreusa, chcąc spytać, czy też to widział, czy może to jednak jej prywatne omamy - ale już szedł do drzwi wejściowych i...
- Widziałam na szybie jakiś cień. Dłoni, ale raczej nie mojej. Ja nie mam pazurów - powiedziała, bo to nie wyglądało na dzieciaki z sąsiedztwa ani nawet wisielca, który pofatygował się do wioski osobiście.
Cisza, a potem jakby dosłownie dzwonienie w uszach, i Brenna nie była pewna, czy teraz chłód rozlewający się po ciele, okruchy paniki, tłumione, ale wciąż obecne, wynikają z tego, jak się wcześniej czuła, czy że... Atreus coś wpuścił do domu.
- Może masz jednak rację - stwierdziła, wyciągając różdżkę, gdy z innego pomieszczenia dobiegły jakieś dźwięki. - Może faktycznie to ja przynoszę kłopoty i właśnie weszło tu przez drzwi coś, co tu za mną przyszło?
Bo pomyślała, że może jednak to nie klątwa, i że w domu nie było duchów. Może coś niewidzialnego wzięło ją na cel w lesie, i dlatego czuła się tak paskudnie? A teraz przyszło tu za ofiarą, grzecznie zapukało, poczekało aż zostanie wpuszczone?
Brenna nie zamierzała czekać - tym razem to ona przemieściła się bez pytania o zgodę do tego pomieszczenia, z którego dobiegały skrzypnięcia, a chwilę potem też stukanie, jakby ktoś pukał w ścianę. Ledwo jednak pchnęła drzwi, wpadając do środka, dźwięki umilkły jak ucięte nożem. Przez chwilę panowała absolutna cisza: Brenna tkwiła w bezruchu, nawet nie nabierając głębiej powietrza, i mogłaby przysiąc, że słyszy w tej ciszy bicie własnego serca. Nasłuchiwała. Przesuwała spojrzeniem po meblach, trzymanych w pokoju, szukając czegokolwiek, co mogłoby być źródłem hałasów.
A potem gdzieś z dołu dobiegł trzask.
I tak samo jak wcześniej ku pokojowi, tak teraz rzuciła się tam, z cichym przekleństwem na ustach, bo to coś, co tu siedziało, czymkolwiek było, zaczynało okropnie działać jej na nerwy.
Tylko twierdził, że to była klątwa Brenny albo że sama Brenna była klątwą, ale tego nie zamierzała dodawać.
Biorąc pod uwagę, że od ładnych paru lat nie zajmowała się złym parkowaniem mioteł ani przypadkami grafitti, to tak, ktoś mógłby postanowić trzasnąć ją klątwą. Kiedyś przecież nawet Basilius dwie takie z niej zdejmował, i istniała szansa, że jedna z nich została rzucona na odległość. Ale ostatnio ci, których sprawy prowadziła, trafiali za kratki jak czarnoksiężnicy z Londynu czy ginęli, jak ten z mokradeł, a śmierciożercy po Beltane z pewnością mieli znacznie ciekawsze cele niż ona.
Jej myśli biegły uparcie ku Borginowi, bo ta rodzina na pewno mogłaby rzucić klątwę, która działałby w ten sposób: że było jej cholernie zimno, cholernie źle i gdyby auror się nie pojawił, chyba wpadłaby w panikę, co nie zdarzyło się jej nigdy w życiu. Karteczki zaś potwierdzały zapiekłą urazę - choć Atreus oczywiście nic o nich nie wiedział. Nawet nie dlatego, że miałaby problem mu o nich wspomnieć, ale że nie była przecież przedszkolakiem, który przybiegnie do niego skarżyć się na jego kolegę.
Nie otworzyła okna. Cień obcej dłoni skutecznie ją ku temu zniechęcił. Odwróciła się do Atreusa, chcąc spytać, czy też to widział, czy może to jednak jej prywatne omamy - ale już szedł do drzwi wejściowych i...
- Widziałam na szybie jakiś cień. Dłoni, ale raczej nie mojej. Ja nie mam pazurów - powiedziała, bo to nie wyglądało na dzieciaki z sąsiedztwa ani nawet wisielca, który pofatygował się do wioski osobiście.
Cisza, a potem jakby dosłownie dzwonienie w uszach, i Brenna nie była pewna, czy teraz chłód rozlewający się po ciele, okruchy paniki, tłumione, ale wciąż obecne, wynikają z tego, jak się wcześniej czuła, czy że... Atreus coś wpuścił do domu.
- Może masz jednak rację - stwierdziła, wyciągając różdżkę, gdy z innego pomieszczenia dobiegły jakieś dźwięki. - Może faktycznie to ja przynoszę kłopoty i właśnie weszło tu przez drzwi coś, co tu za mną przyszło?
Bo pomyślała, że może jednak to nie klątwa, i że w domu nie było duchów. Może coś niewidzialnego wzięło ją na cel w lesie, i dlatego czuła się tak paskudnie? A teraz przyszło tu za ofiarą, grzecznie zapukało, poczekało aż zostanie wpuszczone?
Brenna nie zamierzała czekać - tym razem to ona przemieściła się bez pytania o zgodę do tego pomieszczenia, z którego dobiegały skrzypnięcia, a chwilę potem też stukanie, jakby ktoś pukał w ścianę. Ledwo jednak pchnęła drzwi, wpadając do środka, dźwięki umilkły jak ucięte nożem. Przez chwilę panowała absolutna cisza: Brenna tkwiła w bezruchu, nawet nie nabierając głębiej powietrza, i mogłaby przysiąc, że słyszy w tej ciszy bicie własnego serca. Nasłuchiwała. Przesuwała spojrzeniem po meblach, trzymanych w pokoju, szukając czegokolwiek, co mogłoby być źródłem hałasów.
A potem gdzieś z dołu dobiegł trzask.
I tak samo jak wcześniej ku pokojowi, tak teraz rzuciła się tam, z cichym przekleństwem na ustach, bo to coś, co tu siedziało, czymkolwiek było, zaczynało okropnie działać jej na nerwy.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.