06.09.2024, 18:30 ✶
W gruncie rzeczy słowa Florence były bardziej ironią niż czymkolwiek innym. Nie uważała, że jest pełna niespodzianek - i prawdopodobnie nie była. Jak każdy człowiek, różnie zachowywała się w różnych okolicznościach, ale bodaj najbardziej zaskakujące w niej zdaniem niektórych mogłoby pewnie się okazać, że miała serce: że bez wahania wyciągała ramiona do kuzynostwa potrzebującego pocieszenia, że umiała wiele wybaczyć tym, których kochała. Pod innymi względami była przewidywalna, i nigdy nie miała tego za wadę, raczej dumna że swojego uporządkowania i rozsądku, chętnie twierdzącą, że to inni mają go za mało. Rzadko kryła to, co myślała, i tylko profesjonalizm powstrzymywał ją czasem od wyrażania niektórych opinii na głos. Nie była imprezowa: chadzała na przyjęcia i nie wzbudzało to w niej niechęci, odwiedzała sabaty, bo była to część tradycji, mogła przyjść na tańce, bo poprosił o to przyjaciel, ale nigdy nie miała ani odnaleźć się w świecie klubów i spelun, ani stać się duszą towarzystwa.
Ona i Ambroise byli trochę z innych światów, po prawdzie jednak pod zwykłymi dla niej ironią i chłodnymi komentarzami kryła się pewna sympatią, jaką zwykle miała wobec tych pracowników, którzy byli kompetentni. Pomimo tego, że nie popierała niektórych jego metod, a jego spiskowe teorie były niegodne nawet przewrócenia oczyma, to jednak w swojej pracy kompetentny z pewnością był i nie zachowywał się ani jak idiota, ani jak zupełny gbur. Zresztą bycie gburem mogła wybaczyć, niekompetencję i zupełny brak rozumu już nie.
- Czy jeśli uważasz, że grozi nam... zdrapywanie kogoś ze ściany to nie jest moment na powiadomienie ordynatora i interwencję wydziału Ministerstwa od magicznych katastrof? - spytała, dalej opanowanym, niemal uprzejmym tonem. Nie była pewna, czy Greengrass wyolbrzymiał, bo chciał bronić swojej decyzji, czy też faktycznie oceniał sytuację jako aż tak niebezpieczną.
Wprawdzie wcześniej Florence, także po tym, co, co mówił, zakładała, że nie jest aż tak groźnie, ale kiedy chwilę później fragmenty trawy postanowiły uciekać przez korytarz, zaczęła się obawiać, że może jednak jest. Wszak czekał jeszcze jej gabinet, gdzie roślinność rosła gęściej i przejawiała bardziej mordercze intencje... a ona nie miała problemów z udawaniem się do specjalistów, gdy coś nie leżało ewidentnie w zakresie jej obowiązków i możliwości.
- Ani ja, ani nawet my dwoje, nie upilnujemy wszystkich materiałów, na wszystkich piętrach. Należałoby raczej sprawdzić, gdzie jeszcze występują rozbieżności... I cóż. Być może pozwolić sobie na małą prowokację - powiedziała, bardzo cicho. Nie miała jeszcze pomysłu, jaka miałaby to być prowokacja, ale jak już ustalili, jeden problem na raz. W tej chwili były to rośliny, później będą to żaby, a potem może myśleć o kradzieżach/chaosie zaopatrzenia (niepotrzebne skreślić).
Cofnęła się posłusznie. Była uparta, ale nie aż tak, by odmawiać wykonywania poleceń tylko po to, by udowadniać, że nie musi słuchać. Różdżkę znów trzymała w ręku, gotowa w razie czego otoczyć ławkę barierą, by rośliny nie rozbiegły się po oddziale. Jakaś pielęgniarka minęła ich, obojętna na rozgrywającą się scenę - nie takie rzeczy tu widziała. Młody uzdrowiciel zrobił w tył zwrot i ruszył w przeciwnym kierunku.
Florence obserwowała wymierające rośliny z niemal naukową ciekawością. Zastanawiała się nie tylko nad efektami tej nietypowej klątwy i skutecznością eliksiru - ale też jak poszłoby, gdyby po prostu pozbyć się tych roślin, wyrywając je zaklęciami bez jego użycia. Skoro jednak był skuteczny...
- Ile zużyłeś go na ławkę? - spytała rzeczowo, bo od tego zależało, czy mają go dość, aby próbować w gabinecie, czy raczej go plombują i wzywają kawalerię. A potem, kiedy upewniła się, że zawodzenie umilkło i nic już nie ruszą się na ławce, spróbowała drobnego zaklęcia, wyrywając dosłownie odrobinę uschniętych roślin.
Tym razem nic się nie stało: polewitowały do pojemnika, nieruchome.
- Klątwa jak nic do zgłoszenia Departamentowi - podsumowała uzdrowicielka, a z jej ust wyrwało się westchnienie. Wiedziała, że czeka ją trochę papierkowej pracy...
Ona i Ambroise byli trochę z innych światów, po prawdzie jednak pod zwykłymi dla niej ironią i chłodnymi komentarzami kryła się pewna sympatią, jaką zwykle miała wobec tych pracowników, którzy byli kompetentni. Pomimo tego, że nie popierała niektórych jego metod, a jego spiskowe teorie były niegodne nawet przewrócenia oczyma, to jednak w swojej pracy kompetentny z pewnością był i nie zachowywał się ani jak idiota, ani jak zupełny gbur. Zresztą bycie gburem mogła wybaczyć, niekompetencję i zupełny brak rozumu już nie.
- Czy jeśli uważasz, że grozi nam... zdrapywanie kogoś ze ściany to nie jest moment na powiadomienie ordynatora i interwencję wydziału Ministerstwa od magicznych katastrof? - spytała, dalej opanowanym, niemal uprzejmym tonem. Nie była pewna, czy Greengrass wyolbrzymiał, bo chciał bronić swojej decyzji, czy też faktycznie oceniał sytuację jako aż tak niebezpieczną.
Wprawdzie wcześniej Florence, także po tym, co, co mówił, zakładała, że nie jest aż tak groźnie, ale kiedy chwilę później fragmenty trawy postanowiły uciekać przez korytarz, zaczęła się obawiać, że może jednak jest. Wszak czekał jeszcze jej gabinet, gdzie roślinność rosła gęściej i przejawiała bardziej mordercze intencje... a ona nie miała problemów z udawaniem się do specjalistów, gdy coś nie leżało ewidentnie w zakresie jej obowiązków i możliwości.
- Ani ja, ani nawet my dwoje, nie upilnujemy wszystkich materiałów, na wszystkich piętrach. Należałoby raczej sprawdzić, gdzie jeszcze występują rozbieżności... I cóż. Być może pozwolić sobie na małą prowokację - powiedziała, bardzo cicho. Nie miała jeszcze pomysłu, jaka miałaby to być prowokacja, ale jak już ustalili, jeden problem na raz. W tej chwili były to rośliny, później będą to żaby, a potem może myśleć o kradzieżach/chaosie zaopatrzenia (niepotrzebne skreślić).
Cofnęła się posłusznie. Była uparta, ale nie aż tak, by odmawiać wykonywania poleceń tylko po to, by udowadniać, że nie musi słuchać. Różdżkę znów trzymała w ręku, gotowa w razie czego otoczyć ławkę barierą, by rośliny nie rozbiegły się po oddziale. Jakaś pielęgniarka minęła ich, obojętna na rozgrywającą się scenę - nie takie rzeczy tu widziała. Młody uzdrowiciel zrobił w tył zwrot i ruszył w przeciwnym kierunku.
Florence obserwowała wymierające rośliny z niemal naukową ciekawością. Zastanawiała się nie tylko nad efektami tej nietypowej klątwy i skutecznością eliksiru - ale też jak poszłoby, gdyby po prostu pozbyć się tych roślin, wyrywając je zaklęciami bez jego użycia. Skoro jednak był skuteczny...
- Ile zużyłeś go na ławkę? - spytała rzeczowo, bo od tego zależało, czy mają go dość, aby próbować w gabinecie, czy raczej go plombują i wzywają kawalerię. A potem, kiedy upewniła się, że zawodzenie umilkło i nic już nie ruszą się na ławce, spróbowała drobnego zaklęcia, wyrywając dosłownie odrobinę uschniętych roślin.
Tym razem nic się nie stało: polewitowały do pojemnika, nieruchome.
- Klątwa jak nic do zgłoszenia Departamentowi - podsumowała uzdrowicielka, a z jej ust wyrwało się westchnienie. Wiedziała, że czeka ją trochę papierkowej pracy...