06.09.2024, 19:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.09.2024, 19:12 przez Brenna Longbottom.)
- Raczej ktoś tutaj coś ważył, i mu nie wyszło - odparła, wciąż krótko, wciąż oszczędzając oddech. Przekazała Roya Heather, spojrzała jak wędrują w stronę schodów, i tak jej przyszło do głowy, że w tych książkach i pary mugolskich produkcjach jakie oglądała, rozdzielanie się zawsze się źle kończyło. Ale co miała zrobić? Zostawić drugiego Brygadzistę? Pozwolić, aby ten nieprzytomny leżał tu dalej - i może wyzionął ducha?
To była dokładnie jednak z tych sytuacji, w których Brenna nie miała pojęcia, co robić, ale bardzo się starała udawać, że jest inaczej.
Gdy tamta dwójka weszła za schody, Brenna uniosła różdżkę i ostrożnie, nogą, pchnęła drzwi, przy których leżał wcześniej nieprzytomny mężczyzna.
Wciąż słyszała płacz. Osłabł, dobiegał jakby zza grubej szyby, ale drażnił, przyprawiał o nieprzyjemne dreszcze. Powtarzała sobie, że to omam - że nie ma tu żadnego dziecka, że Wood nie słyszała łkania, że był tu może tylko Roger i musiała go znaleźć - lecz dźwięk ją dekoncentrował.
Drzwi otworzyły się z przeraźliwym skrzypieniem, a oczom Brenny ukazało się coś, co wyglądało jak bardzo amatorska pracownia alchemiczna - od razu dało się zrozumieć, że nie, nie ważono tu na dużą skalę nielegalnych substancji, i raczej nie była to przestępczą dziupla, prędzej ktoś, kto nie chciał eksperymentować u siebie w domu wybrał opuszczony budynek. A chwilę później zobaczyła leżące na podłodze dwie osoby: jedną był Brygadzista, a drugą jakiś gówniarz, którego nie znała.
Syknęła mimowolnie. W powietrzu wciąż unosiły się resztki widocznego dymu, kociołek na blacie zniszczonej kuchni w opuszczonym mieszkaniu był przewrócony, całą ladę i kawałek podłogi pokrywała jakaś substancja. Nie trudziła się jednak oglądaniem tego miejsca, nie sprawdzała nawet, co z mężczyznami - trzeba było ich stąd wynieść. Szybko. Machnęła różdżką, tworząc nosze dla jednego, a potem dziwnego dzieciaka i powlekła go w stronę schodów.
Był bezwładny. Dopiero po chwili zwróciła też uwagę, jak chłodna jest jego skóra - przywykła trochę przy Zimnych, nie dziwiło jej to od dawna, ale u normalnego człowieka... zacisnęła szczęki, niepewna, czy nie ciągnie właśnie z trudem trupa.
Bąblogłowa zaczęła się powoli rozwiewać.
Tymczasem Heather zdołała doholować Roya na dół. Nie było już mroku, cieni, ale gdy wypadała na zewnątrz, na ciemne, zaniedbane podwórko, zdało się jej, że ktoś za nią znów się śmieje.
Roy jęknął cicho, jeszcze nie w pełni przytomny, ale powoli przytomność odzyskujący.
- P...potwory... - wybełkotał.
To była dokładnie jednak z tych sytuacji, w których Brenna nie miała pojęcia, co robić, ale bardzo się starała udawać, że jest inaczej.
Gdy tamta dwójka weszła za schody, Brenna uniosła różdżkę i ostrożnie, nogą, pchnęła drzwi, przy których leżał wcześniej nieprzytomny mężczyzna.
Wciąż słyszała płacz. Osłabł, dobiegał jakby zza grubej szyby, ale drażnił, przyprawiał o nieprzyjemne dreszcze. Powtarzała sobie, że to omam - że nie ma tu żadnego dziecka, że Wood nie słyszała łkania, że był tu może tylko Roger i musiała go znaleźć - lecz dźwięk ją dekoncentrował.
Drzwi otworzyły się z przeraźliwym skrzypieniem, a oczom Brenny ukazało się coś, co wyglądało jak bardzo amatorska pracownia alchemiczna - od razu dało się zrozumieć, że nie, nie ważono tu na dużą skalę nielegalnych substancji, i raczej nie była to przestępczą dziupla, prędzej ktoś, kto nie chciał eksperymentować u siebie w domu wybrał opuszczony budynek. A chwilę później zobaczyła leżące na podłodze dwie osoby: jedną był Brygadzista, a drugą jakiś gówniarz, którego nie znała.
Syknęła mimowolnie. W powietrzu wciąż unosiły się resztki widocznego dymu, kociołek na blacie zniszczonej kuchni w opuszczonym mieszkaniu był przewrócony, całą ladę i kawałek podłogi pokrywała jakaś substancja. Nie trudziła się jednak oglądaniem tego miejsca, nie sprawdzała nawet, co z mężczyznami - trzeba było ich stąd wynieść. Szybko. Machnęła różdżką, tworząc nosze dla jednego, a potem dziwnego dzieciaka i powlekła go w stronę schodów.
Był bezwładny. Dopiero po chwili zwróciła też uwagę, jak chłodna jest jego skóra - przywykła trochę przy Zimnych, nie dziwiło jej to od dawna, ale u normalnego człowieka... zacisnęła szczęki, niepewna, czy nie ciągnie właśnie z trudem trupa.
Bąblogłowa zaczęła się powoli rozwiewać.
Tymczasem Heather zdołała doholować Roya na dół. Nie było już mroku, cieni, ale gdy wypadała na zewnątrz, na ciemne, zaniedbane podwórko, zdało się jej, że ktoś za nią znów się śmieje.
Roy jęknął cicho, jeszcze nie w pełni przytomny, ale powoli przytomność odzyskujący.
- P...potwory... - wybełkotał.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.