06.09.2024, 21:49 ✶
Patrick zmrużył ciemne oczy, wpatrując się w kryształową czaszkę. Już raz to widział, a jednak… a jednak było coś fascynującego w tym, co się właśnie działo. W tej pochylonej lekko sylwetce Digby’ego szepczącego inkantacje, w wiedzionej uniesieniem twarzy Sebastiana, wreszcie w pojawiających się mglistych sylwetkach.
Steward wierzył. Może nie tak, żeby był regularnym uczestnikiem nabożeństw, ale gdzieś tam wiara odgrywała jakąś rolę w jego życiu. Ot, np. dodawała optymizmu jego sposobowi myślenia. Bo właściwie, gdy człowiek stykał się z sytuacją, która go – obiektywnie – przerastała, zawsze mógł, zamiast załamywać ręce i biadolić, zdać się na los i na to, co ten mu szykował. Może to nie było najbardziej dojrzałe myślenie, ale pozwalało łatwiej znosić wszystko co się działo dookoła. Zwłaszcza, że czasem to, co obserwował jeżyło mu włosy na głowie.
Nawet sytuacja z czaszkami – obiektywnie mogłaby przerosnąć każdego. Oto jakiś wariat postanowił mordować i więzić, tylko po to, by w krytycznym dla siebie momencie (na szczęście w przypadku dwóch czaszek, które odnaleźli nic z tego nie wyszło), żerować na energii własnych ofiar. Sprowadził ich do roli… pokarmu. Patrick czytał kiedyś, że krety budują pod ziemią spiżarnie, w których przetrzymują żywe dżdżownice. Uszkadzają im wcześniej głowy, tym samym paraliżując je i uniemożliwiając ucieczkę. I tak sparaliżowane i zamknięte w ciasnej, kreciej komorze dżdżownice czekają, czasem nawet kilka miesięcy, aż ich oprawca wróci i je pożre. Czarnoksiężnik, który więził dusze w kryształowych czaszkach, wydawał się Stewardowi właśnie takim kretem. I chociaż nie zdołali zapobiec śmierci tych nieszczęśników (do niedawna nie wiedzieli nawet, że ludzie ci w ogóle padli ofiarami przestępstwa), zdołali uchronić ich przed pożarciem. A Sebastian i pan Digby właśnie odprowadzali ich na drugą stronę. I jak tu nie wierzyć, że gdzieś tam istniała jakaś pokrętna sprawiedliwość? Że ktoś gdzieś ich tam celowo sprowadził najpierw na Mgliste Mokradła a potem do ruin kościoła w Windermere?
Patrick zamrugał. Umknął mu sam moment pocałunku, który widmowa sylwetka złożyła na policzku Sebastiana, ale z rozmyślań wyrwał go głos egzorcysty. Spojrzał pytająco w jego kierunku, mimowolnie zaciskając rękę mocniej na trzymanej przez siebie w ręku różdżce. Żadnego zagrożenia.
Tylko… czy McMillan miał zaczerwienie na policzku przypominające usta? Czy to tylko delikatne odmrożenie przyjęło na jego policzku taki niecodzienny kształt?
Auror powiódł wzrokiem po Brennie, Atreusie i panu Digbym, ale nie dostrzegł, by spotkało ich coś podobnego. Sam też nie poczuł, żeby pojawiły mu się na ciele odmrożenia.
Nie chciał teraz przerywać tego wzniosłego momentu, w którym znajdowali się egzorcyści, ale w jego umyśle pojawiła się głupia myśl, że wcześniej czy później, ale to musiało się tak skończyć. Najwidoczniej Sebastianem McMillanem zauroczył się jakiś duch, którego miał za zadanie odesłać.
Steward wierzył. Może nie tak, żeby był regularnym uczestnikiem nabożeństw, ale gdzieś tam wiara odgrywała jakąś rolę w jego życiu. Ot, np. dodawała optymizmu jego sposobowi myślenia. Bo właściwie, gdy człowiek stykał się z sytuacją, która go – obiektywnie – przerastała, zawsze mógł, zamiast załamywać ręce i biadolić, zdać się na los i na to, co ten mu szykował. Może to nie było najbardziej dojrzałe myślenie, ale pozwalało łatwiej znosić wszystko co się działo dookoła. Zwłaszcza, że czasem to, co obserwował jeżyło mu włosy na głowie.
Nawet sytuacja z czaszkami – obiektywnie mogłaby przerosnąć każdego. Oto jakiś wariat postanowił mordować i więzić, tylko po to, by w krytycznym dla siebie momencie (na szczęście w przypadku dwóch czaszek, które odnaleźli nic z tego nie wyszło), żerować na energii własnych ofiar. Sprowadził ich do roli… pokarmu. Patrick czytał kiedyś, że krety budują pod ziemią spiżarnie, w których przetrzymują żywe dżdżownice. Uszkadzają im wcześniej głowy, tym samym paraliżując je i uniemożliwiając ucieczkę. I tak sparaliżowane i zamknięte w ciasnej, kreciej komorze dżdżownice czekają, czasem nawet kilka miesięcy, aż ich oprawca wróci i je pożre. Czarnoksiężnik, który więził dusze w kryształowych czaszkach, wydawał się Stewardowi właśnie takim kretem. I chociaż nie zdołali zapobiec śmierci tych nieszczęśników (do niedawna nie wiedzieli nawet, że ludzie ci w ogóle padli ofiarami przestępstwa), zdołali uchronić ich przed pożarciem. A Sebastian i pan Digby właśnie odprowadzali ich na drugą stronę. I jak tu nie wierzyć, że gdzieś tam istniała jakaś pokrętna sprawiedliwość? Że ktoś gdzieś ich tam celowo sprowadził najpierw na Mgliste Mokradła a potem do ruin kościoła w Windermere?
Patrick zamrugał. Umknął mu sam moment pocałunku, który widmowa sylwetka złożyła na policzku Sebastiana, ale z rozmyślań wyrwał go głos egzorcysty. Spojrzał pytająco w jego kierunku, mimowolnie zaciskając rękę mocniej na trzymanej przez siebie w ręku różdżce. Żadnego zagrożenia.
Tylko… czy McMillan miał zaczerwienie na policzku przypominające usta? Czy to tylko delikatne odmrożenie przyjęło na jego policzku taki niecodzienny kształt?
Auror powiódł wzrokiem po Brennie, Atreusie i panu Digbym, ale nie dostrzegł, by spotkało ich coś podobnego. Sam też nie poczuł, żeby pojawiły mu się na ciele odmrożenia.
Nie chciał teraz przerywać tego wzniosłego momentu, w którym znajdowali się egzorcyści, ale w jego umyśle pojawiła się głupia myśl, że wcześniej czy później, ale to musiało się tak skończyć. Najwidoczniej Sebastianem McMillanem zauroczył się jakiś duch, którego miał za zadanie odesłać.