06.09.2024, 22:00 ✶
Brenna, jak na czarodziejkę, w mugolskiej historii, geografii i tradycji orientowała się w miarę przyzwoicie, ale nie jakoś wybitnie, co z kolei oznaczało, że prawdopodobnie od przeciętnego mugola wiedziała mniej. Sięgając czasem po mugolską literaturę, wiedziała, że sytuacja Afryki w dużej mierze wynikała z tego, jak masowym zjawiskiem stało się niewolnictwo i uwarunkowań klimatycznych, ale nie rozumiała tego w pełni. Nie przyszłoby jej do głowy obwiniać o to tamtejszych mieszkańców, ale... tak skupiając się na problemach Anglii teraz, gdy w pierwszym odruchu myślała, że Thomas wrócił w paskudnych czasach, w drugim uświadomiła sobie, że właściwie to w Afryce mógł widywać równie wiele albo nawet więcej cierpienia i niesprawiedliwości. Różnica jednak istniała i to znaczna: jemu tam raczej nie groziło poważne niebezpieczeństwo, póki miał różdżkę w dłoni.
Nie mieli tam Voldemorta, jego mrocznych sług, znaku czaszki i węża na niebie. Byli jednak inni tyrani, i imperia budowane na krwi i wyzysku.
– Powinnam bezczelnie nakłamać, że wcale się nie cieszymy? – spytała, posyłając mu rozbawiony uśmiech. O ile były pewne rzeczy, do których nigdy nikogo nie dopuszczała, a zwłaszcza bliskich – jak rzeczy oglądane w dymie kręgu widmowidza, przychodzące w snach, szczegóły co paskudniejszych spraw, momenty zwątpienia, czy gdy było po prostu źle – to o tych pozytywnych uczuciach mówiła zwykle otwarcie. Nie wahała się przed komplementami i zawsze były szczere: nie bała się powiedzieć, że kogoś kocha.
Rozbawienie przeminęło, zamienione w pewną czujność, gdy dosiadła się do nich dziwna kobieta. Brenna wprawdzie sięgnęła po widelec i zaczęła jeść naleśnika, zresztą wykorzystując go jako pretekst, by przez chwilę się nie odzywać, ale zerkała na nią kątem oka.
– Oczywiście, najłatwiej tak mówić i nic nie robić – syknęła kobieta, spoglądając na nich z irytacją. – Patrzycie na mnie z góry, ponieważ nie jestem czystej krwi?
– Chcielibyśmy spokojnie zjeść kolację i porozmawiać o prywatnych sprawach – odparła Brenna spokojnie. Słyszała już gorsze oskarżenia: byli czystokrwiści, wyzywający ją od zdrajców, były mugolaki, oskarżające o żerowanie na uprzywilejowaniu i ich wyzyskiwaniu. Nie denerwowała się nawet: jeszcze nie, chociaż odrobina irytacji pojawiła się w duszy Brenny przy kolejnych słowach intruzki, bo Longbottom pojęła, że nie było szans na spokojny, miły posiłek, w ramach świętowania powrotu kolegi do kraju.
– Właśnie przez takie ignorowanie spraw najważniejszych, w Anglii nigdy nie zapanuje wolność.
– Z pewnością nikogo nie przekona pani do walki, przeszkadzając mu w jedzeniu.
Jakby ona albo Thomas potrzebowali jakiejkolwiek zachęty do takiej.
– Jesteście ślepi. Otworzycie oczy, kiedy będzie za późno.
Nie mieli tam Voldemorta, jego mrocznych sług, znaku czaszki i węża na niebie. Byli jednak inni tyrani, i imperia budowane na krwi i wyzysku.
– Powinnam bezczelnie nakłamać, że wcale się nie cieszymy? – spytała, posyłając mu rozbawiony uśmiech. O ile były pewne rzeczy, do których nigdy nikogo nie dopuszczała, a zwłaszcza bliskich – jak rzeczy oglądane w dymie kręgu widmowidza, przychodzące w snach, szczegóły co paskudniejszych spraw, momenty zwątpienia, czy gdy było po prostu źle – to o tych pozytywnych uczuciach mówiła zwykle otwarcie. Nie wahała się przed komplementami i zawsze były szczere: nie bała się powiedzieć, że kogoś kocha.
Rozbawienie przeminęło, zamienione w pewną czujność, gdy dosiadła się do nich dziwna kobieta. Brenna wprawdzie sięgnęła po widelec i zaczęła jeść naleśnika, zresztą wykorzystując go jako pretekst, by przez chwilę się nie odzywać, ale zerkała na nią kątem oka.
– Oczywiście, najłatwiej tak mówić i nic nie robić – syknęła kobieta, spoglądając na nich z irytacją. – Patrzycie na mnie z góry, ponieważ nie jestem czystej krwi?
– Chcielibyśmy spokojnie zjeść kolację i porozmawiać o prywatnych sprawach – odparła Brenna spokojnie. Słyszała już gorsze oskarżenia: byli czystokrwiści, wyzywający ją od zdrajców, były mugolaki, oskarżające o żerowanie na uprzywilejowaniu i ich wyzyskiwaniu. Nie denerwowała się nawet: jeszcze nie, chociaż odrobina irytacji pojawiła się w duszy Brenny przy kolejnych słowach intruzki, bo Longbottom pojęła, że nie było szans na spokojny, miły posiłek, w ramach świętowania powrotu kolegi do kraju.
– Właśnie przez takie ignorowanie spraw najważniejszych, w Anglii nigdy nie zapanuje wolność.
– Z pewnością nikogo nie przekona pani do walki, przeszkadzając mu w jedzeniu.
Jakby ona albo Thomas potrzebowali jakiejkolwiek zachęty do takiej.
– Jesteście ślepi. Otworzycie oczy, kiedy będzie za późno.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.