06.09.2024, 23:33 ✶
Roy bełkotał coś, wciąż półprzytomny. Miał wyraźne problemy z koordynacją, spojrzenie nieprzytomne, twarz zlaną potem. Próbował schwycić Heather za rękę, ale nie zdołał nawet złapać dłoni Wood, nie mówiąc już o przytrzymaniu jej, powstrzymaniu od powrotu do zniszczonego budynku. Nie wyglądał na rannego, raczej nie oberwał żadnym zaklęciem, które poczyniłoby fizyczne szkody, ale albo jakiś czar, albo faktycznie te same zioła, których zapach wyczuwały, namieszały mu w głowie i wywarły też wpływ na cały organizm.
– Schodzimy! – zawołała Brenna, gdy usłyszała krzyki Heather. Spróbowała przyspieszyć, ale w efekcie tylko dzieciak, którego ciągnęła, zaczął wysuwać się jej z rąk. Syknęła, wpadła na ścianę, próbując utrzymać go lewą ręką, a prawą wciąż zaciskając na różdżce, ciągnąc za nimi nieprzytomnego Rogera.
W chwili, gdy podbiegła do nich Wood, zakasłała, bo jej bąblogłowa przestała działać. Drapało ją w gardle, zapach ziół uderzył niemal natychmiast w nozdrza. Jeśli Wood pomoc zaoferowała, przyjęła ją: we dwie mogły znacznie szybciej przeciągnąć bezwładnego gówniarza na dół, a potem przed budynek, i londyńskie powietrze, cuchnące smogiem nawet pod koniec lata, nigdy dotąd nie wydało się Brennie tak świeże i cudowne.
Wydawało się jej, że ktoś śpiewa gdzieś w pobliżu, ale gdy uniosła głowę, nie zobaczyła nikogo poza nimi. Może dobrze. Pewnie i tak zwrócą zaraz na siebie uwagę jakichś nocnych spacerowiczów, wracających z imprez czy późnych dyżurów…
– D…dasz radę się aportować? – wykrztusiła Brenna, pochylając się nad dzieciakiem i próbując znaleźć puls. Zaklęła, kiedy go nie wyczuła, nie była pewna, czy dlatego, że serce nie biło, czy biło słabo, a jej własne dłonie drżały: najwyraźniej też niekoniecznie dobrze zniosła wpływ tych oparów. Może miały to szczęście, że zorientowały się na czas, a może część już wywietrzała i nie powaliło ich dlatego tak szybko jak ich kolegów ze zmiany… – Jak tak, chowaj się w cieniu i leć po pomoc.
Na teleportację łączną by się teraz nie odważyła, póki istniał wybór.
– Schodzimy! – zawołała Brenna, gdy usłyszała krzyki Heather. Spróbowała przyspieszyć, ale w efekcie tylko dzieciak, którego ciągnęła, zaczął wysuwać się jej z rąk. Syknęła, wpadła na ścianę, próbując utrzymać go lewą ręką, a prawą wciąż zaciskając na różdżce, ciągnąc za nimi nieprzytomnego Rogera.
W chwili, gdy podbiegła do nich Wood, zakasłała, bo jej bąblogłowa przestała działać. Drapało ją w gardle, zapach ziół uderzył niemal natychmiast w nozdrza. Jeśli Wood pomoc zaoferowała, przyjęła ją: we dwie mogły znacznie szybciej przeciągnąć bezwładnego gówniarza na dół, a potem przed budynek, i londyńskie powietrze, cuchnące smogiem nawet pod koniec lata, nigdy dotąd nie wydało się Brennie tak świeże i cudowne.
Wydawało się jej, że ktoś śpiewa gdzieś w pobliżu, ale gdy uniosła głowę, nie zobaczyła nikogo poza nimi. Może dobrze. Pewnie i tak zwrócą zaraz na siebie uwagę jakichś nocnych spacerowiczów, wracających z imprez czy późnych dyżurów…
– D…dasz radę się aportować? – wykrztusiła Brenna, pochylając się nad dzieciakiem i próbując znaleźć puls. Zaklęła, kiedy go nie wyczuła, nie była pewna, czy dlatego, że serce nie biło, czy biło słabo, a jej własne dłonie drżały: najwyraźniej też niekoniecznie dobrze zniosła wpływ tych oparów. Może miały to szczęście, że zorientowały się na czas, a może część już wywietrzała i nie powaliło ich dlatego tak szybko jak ich kolegów ze zmiany… – Jak tak, chowaj się w cieniu i leć po pomoc.
Na teleportację łączną by się teraz nie odważyła, póki istniał wybór.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.