07.09.2024, 00:27 ✶
Zawsze czuła się źle, odkąd pamiętała. Mawiano, że pierwsze kroki na tym świecie rozpoczęła od lewej stopy i od tamtego momentu było tylko systematycznie gorzej. Marudna, markotna, uśmiechnięta jedynie wtedy, kiedy ktoś się przewróci na jej oczach. Elliott za dzieciaka był inny, miał w sobie tę dziecięcą radość, a ona mu tak zazdrościła wrodzonej beztroski, że tłamsiła to w nim przy każdej możliwej okazji. Zasłaniała się tym, że ojciec nie był tej frywolności przychylny, więc i ona być nie powinna. Nie przyznałaby się przecież, że czyni to z zawiści.
Zawsze miała tę głęboką depresję, tylko nie zdawała sobie sprawy. Myślała, że to normalne uczucie, że tak czuje się ktoś, kto spogląda na ten świat poważnym okiem, kto chce cokolwiek przed niechybną śmiercią osiągnąć. Nigdy nie zaznała prawdziwego szczęścia, co najwyżej jego przelotne namiastki, więc skąd miała wiedzieć, że właśnie tego jej brakuje? Dopiero Alastor sprawił, że poczuła się niedorzecznie. Jedynie on był w stanie uświadomić jej, że wcale nie pozjadała wszystkich rozumów, bo nadal tak wiele nie wiedziała o prawdziwym życiu. O tym, co znaczy być człowiekiem.
A Millie? Millie była tego wszystkiego zwiastunem.
- Nie, aż taka stara nie jestem - odrzekła, zdecydowanie odcinając się od domniemanego spowinowacenia z biblijnym Edenem. Kiedyś spytała matki, skąd pomysł na imię, ale Eleonora oświadczyła, że po prostu podobało jej się brzmienie. Kobieta chyba nie spodziewała się, że córka naprawdę weźmie sobie do serca swoje miano i stanie się chodzącym omenem upadku człowieka poprzez zbezczeszczenie wszystkiego, co święte.
- O ile zauważą, że czegoś mi brakuje... - mruknęła pod nosem, bardziej do siebie niż do Brenny, słysząc o bandzie rozwścieczonych Malfoyów. Kiedyś dałaby sobie ten łeb uciąć w zastawie, pewna, że ojciec pomści ją w iście popisowym stylu, aby już ani jeden blond włos nikomu nie spadł z głowy. Teraz już nie była tego taka pewna; Fortinbrasowi wykoleił się pociąg, z impetem wbił się w zabudowę peronu, po czym niewzruszony pociągnął go za sobą i pojechał dalej. Miała podejrzenia, że raczej nie byłby szczególnie przejęty losem latorośli, które nie wspierają jego pomylonej myśli politycznej.
- Powiedziałaś to tak, jakbyś oczekiwała, że zacznę ci klaskać - oznajmiła na wieść, jakoby nigdy nie pomyliła sukni wieczorowej z koszulą nocną, a kapelusza ze szlafmycą. Potrząsnęła głową, jakby to wszystko wydawało jej się niedorzeczne - owszem, tak było, ale zrobiła to też dlatego, gdyż alkohol zaczął zamykać jej oczy, a nie mogła zasnąć w takim stanie. Nie, zanim zobaczy nową propozycję piżamy.
Nagle nastała cisza. Eden normalnie przyjęłaby ją z pocałowaniem ręki, bo łeb pękał jej w szwach od bólu i nadmiaru alkoholu, ale w towarzystwie Longbottom mogło to oznaczać tylko dwie rzeczy - albo stało się coś poważnego, albo umarła. Po cichu liczyła na drugą opcję, ale ostatnimi czasy próbowała przestać być zawistna, więc otworzyła oczy szeroko i zdecydowała się sprawdzić, co uciszyło mistrzynię świata w pieprzeniu kocopołów na czas.
Wydawała się zdumiona? Zaskoczona? Kto wie, Eden dosłownie poczuła, jak bardzo jest pijana w tym momencie, bo nawet nie podejrzewała, co mogło być przyczyną. Tak bardzo walczyła o to, żeby najpierw znaleźć różdżkę, a obecnie, żeby nie zezgnonować tu i teraz, że zdążyła zapomnieć, co przed chwilą powiedziała. Nawet nie była świadoma, jak bezbrzeżnie szczera była.
Jednak Brenna po raz kolejny miała rację. Powinna być zła, że wyjaśnia ją ktoś, kogo na próg Longbottomów niechybnie podrzucił cyrk Bellów, bo nawet oni takiego egzemplarza nie byli w stanie odchować, ale... nie była. Ba, zgadzała się z nią, bo wyjawiając prawdę nie miała wiele do stracenia. Była w takim stanie upojenia i upodlenia, że było jej wszystko jedno.
- A to tylko jedna z wielu moich wad - oznajmiła, uśmiechając się rozbrajająco, jakby była z tego dumna niezwykle. A potem ten teatralny uśmiech opadł błyskawicznie, wraz z właścicielką, która wylądowała policzkiem na miękkiej poduszce. Już zupełnie wyparła z myśli tę zaginioną różdżkę. - Tylko się pośpiesz, bo jak przymykam oczy, to z oddali słyszę anielskie chóry - oświadczyła sennym głosem, choć doskonale wiedziała, że anielski orszak jej duszy nie przyjmie. Co najwyżej zasadzał się na nią z widłami.
Zawsze miała tę głęboką depresję, tylko nie zdawała sobie sprawy. Myślała, że to normalne uczucie, że tak czuje się ktoś, kto spogląda na ten świat poważnym okiem, kto chce cokolwiek przed niechybną śmiercią osiągnąć. Nigdy nie zaznała prawdziwego szczęścia, co najwyżej jego przelotne namiastki, więc skąd miała wiedzieć, że właśnie tego jej brakuje? Dopiero Alastor sprawił, że poczuła się niedorzecznie. Jedynie on był w stanie uświadomić jej, że wcale nie pozjadała wszystkich rozumów, bo nadal tak wiele nie wiedziała o prawdziwym życiu. O tym, co znaczy być człowiekiem.
A Millie? Millie była tego wszystkiego zwiastunem.
- Nie, aż taka stara nie jestem - odrzekła, zdecydowanie odcinając się od domniemanego spowinowacenia z biblijnym Edenem. Kiedyś spytała matki, skąd pomysł na imię, ale Eleonora oświadczyła, że po prostu podobało jej się brzmienie. Kobieta chyba nie spodziewała się, że córka naprawdę weźmie sobie do serca swoje miano i stanie się chodzącym omenem upadku człowieka poprzez zbezczeszczenie wszystkiego, co święte.
- O ile zauważą, że czegoś mi brakuje... - mruknęła pod nosem, bardziej do siebie niż do Brenny, słysząc o bandzie rozwścieczonych Malfoyów. Kiedyś dałaby sobie ten łeb uciąć w zastawie, pewna, że ojciec pomści ją w iście popisowym stylu, aby już ani jeden blond włos nikomu nie spadł z głowy. Teraz już nie była tego taka pewna; Fortinbrasowi wykoleił się pociąg, z impetem wbił się w zabudowę peronu, po czym niewzruszony pociągnął go za sobą i pojechał dalej. Miała podejrzenia, że raczej nie byłby szczególnie przejęty losem latorośli, które nie wspierają jego pomylonej myśli politycznej.
- Powiedziałaś to tak, jakbyś oczekiwała, że zacznę ci klaskać - oznajmiła na wieść, jakoby nigdy nie pomyliła sukni wieczorowej z koszulą nocną, a kapelusza ze szlafmycą. Potrząsnęła głową, jakby to wszystko wydawało jej się niedorzeczne - owszem, tak było, ale zrobiła to też dlatego, gdyż alkohol zaczął zamykać jej oczy, a nie mogła zasnąć w takim stanie. Nie, zanim zobaczy nową propozycję piżamy.
Nagle nastała cisza. Eden normalnie przyjęłaby ją z pocałowaniem ręki, bo łeb pękał jej w szwach od bólu i nadmiaru alkoholu, ale w towarzystwie Longbottom mogło to oznaczać tylko dwie rzeczy - albo stało się coś poważnego, albo umarła. Po cichu liczyła na drugą opcję, ale ostatnimi czasy próbowała przestać być zawistna, więc otworzyła oczy szeroko i zdecydowała się sprawdzić, co uciszyło mistrzynię świata w pieprzeniu kocopołów na czas.
Wydawała się zdumiona? Zaskoczona? Kto wie, Eden dosłownie poczuła, jak bardzo jest pijana w tym momencie, bo nawet nie podejrzewała, co mogło być przyczyną. Tak bardzo walczyła o to, żeby najpierw znaleźć różdżkę, a obecnie, żeby nie zezgnonować tu i teraz, że zdążyła zapomnieć, co przed chwilą powiedziała. Nawet nie była świadoma, jak bezbrzeżnie szczera była.
Jednak Brenna po raz kolejny miała rację. Powinna być zła, że wyjaśnia ją ktoś, kogo na próg Longbottomów niechybnie podrzucił cyrk Bellów, bo nawet oni takiego egzemplarza nie byli w stanie odchować, ale... nie była. Ba, zgadzała się z nią, bo wyjawiając prawdę nie miała wiele do stracenia. Była w takim stanie upojenia i upodlenia, że było jej wszystko jedno.
- A to tylko jedna z wielu moich wad - oznajmiła, uśmiechając się rozbrajająco, jakby była z tego dumna niezwykle. A potem ten teatralny uśmiech opadł błyskawicznie, wraz z właścicielką, która wylądowała policzkiem na miękkiej poduszce. Już zupełnie wyparła z myśli tę zaginioną różdżkę. - Tylko się pośpiesz, bo jak przymykam oczy, to z oddali słyszę anielskie chóry - oświadczyła sennym głosem, choć doskonale wiedziała, że anielski orszak jej duszy nie przyjmie. Co najwyżej zasadzał się na nią z widłami.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~